17

sty

Zaquad

Zaczęło się w 2014 roku. A może o wiele wcześniej? W przypadku Zaquadu nazwa opowiada wszystko. Anna Banaczek, założycielka marki, całe dzieciństwo spędziła w atmosferze tworzenia. Jej mama prowadziła… zakład produkcji i konstrukcji odzieży. Krojenie materiałów, szycie ich na maszynie czy wykańczanie to była codzienność. W dorosłym życiu Anna postanowiła nawiązać do tradycji polskich pracowni krawieckich, dzięki którym przecież nawet w czasach, gdy dostęp do dóbr odzieżowych był ograniczony, kobiety mogły realizować swoje najmodniejsze marzenia.

ZAQUAD

Czytaj dalej

16

sty

Polly & more…

Polly odmawia bycia dłużej dzieckiem, dzielnie przenosi się na Saską Kępę i otwiera butik w doborowym towarzystwie. Choć nazwa może brzmieć obco, Polly to nowe wcielenie polskiej marki Pola & Frank. No dobrze, nie takie nowe, bo już pewien czas pod tą nazwą funkcjonuje. Ale u Harel w nowej odsłonie pojawia się po raz pierwszy. Sporo tu zmian, przede wszystkim zdecydowanie więcej „dorosłych” ubrań i całkiem inna komunikacja, czego dowodem są m.in. zmysłowe zdjęcia autorstwa Aleksandry Voy z cudowną Aną Zalewską w roli głównej. Kolekcja jesienno zimowa stanowi swoisty pomost między tym, co było, a tym, co nadejdzie. Bo charakterystyczne autorskie nadruki jak najbardziej zostają, podobnie z komfortem, który bez względu na grupę docelową zawsze będzie ważny. Tu i ówdzie jednak zwiastuny metamorfozy są jasne i wyraźne. Bliżej ciała, krócej, odważniej. W nowym kontekście pomagają się odnaleźć zaprzyjaźnione marki. W warszawskim sklepie znajdziemy zarówno piękną bieliznę, naturalne kosmetyki czy niebanalne dodatki do domu.

Polly and more

Czytaj dalej

12

sty

MIMA MIMA

Błogosławiony Instagram! Ostatnio to głównie dzięki niemu odkrywam nowe polskie (i nie tylko) marki. Pojawiają się w podpowiedziach (błogosławiony algorytm!) albo następuje jakaś interakcja (błogosławieni ci, którym wciąż chce się komentować). Zaglądam i zostaję na zawsze. Oczywiście co innego zachwycić się zdjęciami, a co innego obejrzeć projekty na żywo. Tego się trzymam i trzymać będę, póki mi pisanie miłe. Veni, vidi, vici. Wczoraj odwiedziłam przestrzeń, w której mieszka MIMA MIMA. Jest to pokój w centrum Warszawy, gdzie kryją się przeurocze futrzane akcesoria. Pomysł na ich stworzenie przyszedł do głowy Kamili Biskup – absolwentce poznańskiej School of Form.

MimaMima

Fot. Tom Biskup

Czytaj dalej

6

sty

Mood Scent Bar

Był rok 1996 i bez żadnego szczególnego powodu mój tata postanowił kupić mi perfumy. Choć zaskoczona, świetnie wiedziałam, które wskazać. Moją ulubioną marką był w owym czasie Jackpot (chyba jeszcze jako linia Carli Gry, nie osobny byt) i tak się składało, że prócz kraciastych koszul i kwiecistych sukienek w ofercie miał perfumy. Okrągły flakon z mlecznego szkła z długim metalowym korkiem, ozdobiony charakterystyczną grafiką różowo czerwonego kwiatu, krył w sobie najpiękniejszy zapach, jaki do tamtej pory spotkałam. Kwiatowy, wiadomo, ale zmieszany z czymś jeszcze, co czyniło go nieprzesłodzonym, świeżym i uroczym. Szybko wplótł się w cudowne wspomnienia z owego czasu, na tyle silnie, że gdy znalazłam próbki wiele lat później (niestety po jego nieodwołalnym wycofaniu), wrócił nie tylko klimat, ale konkretne rozmowy, pogoda, a nawet ubrania, które wtedy nosiłam. I uczucia, oczywiście, co nie zmieniło się do dziś. Od tamtej pory każdy kolejny zapach rozpoczynał i zamykał jakiś etap w moim życiu. A ponieważ w liceum tych etapów bywa wiele (bo człowiek sam je sobie wyznacza – najprostszy przykład: od jutra zmieniam styl – i zmieniałam), liczba buteleczek na moim biurku rosła. Fascynowały mnie zarówno owocowe wody toaletowe z Yves Rocher (brzoskwiniową pachniały wakacje 1998), wszystkie odmiany Salvadora Dali, jak i klasyki (konwaliowe Diorissimo kocham do dziś, choć niekoniecznie na sobie). Aż pewnego dnia w perfumerii na Nowym Świecie, która wtedy nie była jeszcze Sephorą, lecz częścią Empiku, odnalazłam perfumy swojego życia. Zabawne, że byłam tego pewna, mając dziewiętnaście lat. Nie myliłam się, używam ich do dziś. Sprawiłam je sobie w prezencie po dostaniu się na studia.

mood-scent-bar

Czytaj dalej

4

sty

ANATOMIZING

Tym razem Wearso Organic zadaje pytania, nie oczekując konkretnej odpowiedzi. W roli głównej ciało i jego budowa, a w opozycji konstrukcja ubrania. Jak mają się do siebie? W jaki sposób jedno wpływa na drugie i gdzie jedno się zaczyna, a drugie kończy? Na ile ubranie przejmuje nasze cechy, na ile je podkreśla, a na ile ukrywa? Cielesność i fizyczność tak bliska przecież nurtowi, z którego marka wyrasta, czyli świadomej mody. Bo jedno to warunki, w jakich powstają konkretne surowce czy potem ubrania, a drugie – wpływ zarówno tego, co nosi w sobie przędza, jak i energii, która kryje się w danej rzeczy. Z chemią jest łatwiej – sporo da się udowodnić, zresztą bezpośrednie oddziaływanie materiału na skórę, a co za tym idzie, nasze wnętrze, jest już od dawna zbadane. I to jest fizyczność naszego ubrania, konkretny skład, nici, barwniki itd. A co z emocjami? Choć sama należę do osób racjonalnych, od dawna jestem przekonana, że coś musi być na rzeczy. Dlatego czasem tak trudno mi się rozstać z ciuchem, którego nie noszę od lat: bo na przykład miałam go na super randce albo zdałam w nim ważny egzamin. Z kolei z innymi ubraniami rozstaję się bez żalu, a wręcz z ulgą – bo towarzyszyły mi w momentach, których nie chcę pamiętać. Miałam nawet taki czas w życiu, gdy pozbyłam się prawie całej szafy. Finansowo – porażka. Ale duchowo – istne katharsis! ANATOMIZING opowiada różne historie ze wspólnym wątkiem. Słów niewiele, meritum przekazują zdjęcia. Najwyraźniej to działa, skoro uruchomiło we mnie tyle wrażeń.

wearso-anatomizing-21

Czytaj dalej

2

sty

MOYE

Jak cudownie zdać sobie sprawę, że czasy, w których kupienie pięknej i wygodnej piżamy graniczyło z cudem, bezpowrotnie minęły. Ani kotki-psotki, ani bohaterowie kreskówek, ani poliestrowe atłasy klejące się niemiłosiernie do ciała, ani szyte nie wiadomo w jakich warunkach urocze skądinąd kimona z hiszpańskich czy szwedzkich sieciówek. Nisza była ogromna i wciąż jest w niej miejsce dla konkurencji. Nie mogę tu nie wspomnieć o piżamowej pionierce, Joannie Glogazie, która pod egidą Lunaby utorowała drogę kolejnym markom, przedzierając się przez chaszcze niepochlebnych opinii i niekończących się pretensji o zbyt wysoką cenę. Teraz cena już mało kogo dziwi. Świadomość kosztów lokalnej produkcji rośnie z roku na rok, choć narzekań wciąż sporo, klientów doceniających jakość i etyczne prowadzenie biznesu – coraz więcej. Z radością odkryłam markę stosunkowo nową, bo działającą od połowy zeszłego roku: MOYE. Założyły ją dwie siostry: Melania i Magdalena Wyszomierskie. Piżamy to tylko część asortymentu. MOYE stawia na szeroko pojętą odzież do noszenia po domu, ze zdecydowanym wykluczeniem rozciągniętych dresów czy wątpliwej urody sztucznych koronek. To wysokogatunkowe zestawy, trochę bielizny, a trochę elementów bazowych – wszystko w jednolitym, konsekwentnym stylu i urzekających, niestandardowych kolorach.

moye-3

Czytaj dalej