24

lip

Świat Osadzińskiej

Czy można nosić buty z dumą? Skoro ja mogę, to najwyraźniej tak. Choć początkowo zamierzałam schować je w szafie na wieczną pamiątkę, potraktować jak dzieło sztuki, nie przedmiot codziennego użytku. Na szczęście strona praktyczna zwyciężyła i tak oto od paru miesięcy dumnie noszę owoc współpracy Olki Osadzińskiej z marką Reebok. To przedsięwzięcie miało miejsce już drugi raz i po raz drugi osiąga skalę światową. Kiedyś Keith Harring i Basquiat, teraz Osadzińska. W sprzedaży na całym świecie.

„Chciałam stworzyć projekt nawiązujący do amerykańskiej kultury ulicznej, do hip-hopu, street artu, nowojorskiego graffiti i ulicznego tańca. Projekt, który byłby dziewczyńską odpowiedzią na klasyczne buty Reeboka prezentujące prace Harringa i Basquiata. Wszyscy pamiętamy kolorowo ubranych chłopaków tańczących do muzyki z boom boxów w teledyskach z lat ‘80 i ‘90, chciałam stworzyć buty, w których taki taneczny konkurs mogłyby odtańczyć dziewczyny. Żując różową gumę balonową” – opisuje autorka. W świecie, który tworzy, wszystko jest możliwe. Kolorowy, radosny, imprezowy, pełen uśmiechu. Buty zapewniają teleportację w tę i z powrotem (powrót to te ciężkie momenty, gdy trzeba czyścić zabłocone noski – koniec imprezy, drodzy państwo). A także – sprawdziłam na sobie – dają sporo wiary w nawet wątpliwe umiejętności taneczne.

Płótnem dla artystki został model Workout Mid, podobno kultowy w latach osiemdziesiątych (nie pamiętam, więc zdaję się na informacje prasowe). Jak na ową dekadę jest zaskakująco stonowany i niezbyt szpanerski. Dopiero ilustracje nadają mu interesującej aparycji. Dodatkowo zdobią go kawałki złotej wytłaczanej skóry, a także zawieszka z trzeba kolorowymi kroplami (wkurza przy chodzeniu, choć jest ładna – można odczepić i nosić przy kluczach).

Wiadomość o współpracy nowa nie jest, ale może i lepiej dla Was, bo w związku z końcem sezonu (!!!) Wokout Mid został całkiem przyzwoicie przeceniony (dla chętnych: tu i tu).

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_4

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_10

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_5

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_6

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_7

Zdjęcia: Reebok

22

lip

Modny pan

Bohater tej historii nie ma ani określonego wieku, ani konkretnego miejsca zamieszkania. Wiemy, że żyje w Polsce i chciałby się dobrze ubierać. Co to znaczy dobrze? Nie wie tego ani pan, ani jego otoczenie, ale życzliwych porad będzie mnóstwo. Bo w kwestii mody każdy jest ekspertem, prawda?

Pan obserwuje innych panów, oni obserwują pana. Jedni poszukują odpowiedzi u drugich, ale doszukać się nie mogą. Pan kupuje magazyn dla mężczyzn z jakimś tam działem poświęconym stylowi. Owszem, dowie się, która kurtka żeglarska jest najmodniejsza w maju albo pozna nowy model kultowych butów, które i tak do niczego mu nie pasują. Ale do celu go to nie przybliży. Postanawia iść na zakupy i wraca do domu z naręczem ubrań, których potem nie włoży (ekspedientki były takie miłe i na pewno wiedzą najlepiej, co dla niego dobre). A nawet nie wie, że mógłby je oddać z powrotem do sklepu. Wreszcie wpisuje w wyszukiwarkę hasło „modny pan” i wyskakuje mu kilka męskich blogów. Jeśli będzie miał szczęście, trafi na ten merytoryczny. Jaki będzie finał?

Chciałabym zaznaczyć, że nie piszę o mężczyznach, którzy swój styl już odnaleźli. O tych, którzy mają łatwość wychwytywania odpowiednich dla siebie zjawisk, czują się wśród ciuchów jak ryba w wodzie i mają dziką przyjemność z oglądania pokazów męskich kolekcji czy śledzenia nowinek z Pitti Uomo. Zwykle są oni związani z branżą mody (choć istnieją wyjątki, ale nie będę się rozdrabniać). Mam też absolutnie dość opinii, jakoby polski mężczyzna nie potrafił się ubierać, a co w dalszej kolejności: polskie ulice są szare i smutne, jesteśmy sto lat za mitycznym Zachodem. Jak w każdym cywilizowanym kraju, w Polsce istnieją pewne enklawy, wynikające w bardzo prosty sposób z geograficznego położenia. Trochę to stereotypowe, ale przede wszystkim całkiem naturalne. Zanim wydamy osąd, polecam poobserwować inne miejsca, choćby w Europie. Na Północy Francji nie znajdziemy szykownych paryżan, a na Sycylii – mediolańskich pięknych chłopców. Mam wrażenie, że tu w Polsce lubujemy się we wpędzaniu w kompleksy. Całkiem niepotrzebnie. Niestety nie pomagają ci, którzy wiedzą trochę więcej (albo wydaje im się, że wiedzą), taksując zagubionych w temacie nieboraków od góry do dołu przy każdej możliwej okazji.

Ten pan, o którym piszę, może wydawać się nieco bezradny. Może swoim podejściem wkurzać. Branżowym wyjadaczom może się nawet jawić jako całkiem nieprawdziwy. Może też budzić zazdrość swoim ignoranckim podejściem do spraw mody. Wymyśliłam go na potrzeby tekstu, ale nie wziął się z powietrza. W swoim „pozamodowym” życiu spotykam mnóstwo osób, które składają się na tę postać. Łączy ich jedno. Chcieliby, ale nie wiedzą, od czego zacząć.

Śmiejemy się z katalogów, gotowych zestawów na manekinach, zachowawczych stylizacji w lookbookach. A one przecież nie powstają bez przyczyny. To może być bezpieczny start. Ludzie mody nie potrzebują poradników. Ale mój bohater będzie przeszczęśliwy, jeśli trafi na takie podstawowe kompendium wiedzy. Skąd się wziął sukces książki Michała Kędziory (blogera znanego jako Mr Vintage)? Wydawnictwo już dwa razy musiało dodrukowywać egzemplarze, bo „Rzeczowo o modzie męskiej” znikała z półek szybciej niż świeże pączki w Tłusty Czwartek. Autor opisał wszystko, co najważniejsze. Wydał legalną ściągawkę zawierającą odpowiedzi na większość egzaminacyjnych pytań. Znam takich, którzy tę książkę trzymają w ukryciu, bo przecież moda to babskie zajęcie. Ale czytają po kątach i uczą się stopniowo. A potem nagle zaskakują celnym wyborem na zakupach. Wkręcają się w temat i poszukiwanie ubrań czy inspiracji zaczyna sprawiać im najnormalniejszą w świecie przyjemność.

Powoli kiełkuje też pozytywny snobizm na polskie rzeczy. Sensownych propozycji przybywa. Bo o ile jeszcze kilka lat temu tzw. niezależne czy też młode marki oferowały raczej modele eksperymentalne (albo dla osób odważnych), o tyle obecnie coraz częściej skłaniają się w stronę statystycznego klienta. Choć statystyczny zawiera w sobie sporo znaczeń – czasem nawet przeciwstawnych. Odeszły na szczęście czasy, w których mój bohater, chcąc ubierać się po polsku, miał przed sobą trzy wyjścia: koszulki z napisem i szary dres „od projektanta”, prujący się mundurek z sieciówki albo garnitur uszyty na sylwetkę przeciętną (której chyba nikt tak naprawdę nie posiada). Wybór jest tak dobry, jak w przypadku marek kobiecych. A może nawet lepszy, bo mniej ubrań byle jakich, szytych na wzór bestsellerów, mniej lub bardziej umiejętnie kopiowanych.

Zjawisko szycia na miarę przeżywa właśnie swój renesans. Dopasowanie gotowego produktu w sieciowym salonie to już norma (coraz częściej wliczana w cenę), ale bohater tekstu coraz częściej udaje się w tym celu do miejsc dedykowanych. Nawet jeśli swoje przeczytał, zwykle czuje się dość zagubiony. Zresztą, jak podkreśla właściciel pracowni krawieckiej Rudolf & Co., Jarosław Adamczak, paradoksalnie im mniej sprecyzowane oczekiwania klienta, tym efektywniejsza z nim współpraca. „Bywają panowie, którzy zobaczyli coś gdzieś na manekinie i chcą dokładnie to samo, mimo że ich wymiary znacznie od modelowych odbiegają. Czasem naprawdę trudno człowieka przekonać, że to nie najlepszy pomysł. Ale gdybyśmy zgodzili się na realizację takiego zamówienia, wyrządzilibyśmy klientowi ogromną krzywdę. A tego nie chcemy”. I dodaje: „Nasze najfajniejsze realizacje to te, w których klient daje nam kredyt zaufania. Widzi, że znamy się na swoim fachu, więc ma pewność i spokój, że wykonanie będzie bez zarzutu. To daje satysfakcję obydwu stronom”. Bardzo często pan chce zainwestować w jeden porządny garnitur na wiele okazji. W większości takich przypadków pretekstem jest ślub. Tu zaufanie jest bardzo ważne, zwłaszcza gdy klient nie ma pojęcia, jak wyglądają przymiarki. Skąd ma wiedzieć? Od tego są fachowcy.

Coraz częściej za męskie sylwetki biorą się też projektanci, którzy do tej pory trzymali raczej z kobietami. Ostatnio na wybiegu pokazał kilka propozycji dla mężczyzn Michał Szulc (choć on akurat ma warsztat świetny, od lat tworzy męskie kolekcje dla firm odzieżowych). Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski także oswajają męską publiczność, przemycając do swojej dodatkowej linii nieco prostych elementów. Ania Kuczyńska jako jedna z pierwszych parę lat temu zaczęła włączać do swoich kolekcji rzeczy typowo męskie lub uniseksowe. Młodych marek dedykowanych facetom jest znacznie mniej niż tych dla kobiet, ale coś drgnęło. Najwidoczniej jest realna potrzeba, skoro wciąż powstają nowe. Te z kilkuletnim stażem rozwijają się, aż miło patrzeć. Monika Ptaszek, Piotr Drzał, Madox, Rejkjavik District – każda z nich tworzy dla swojego klienta. I każda ma napęd do działania. A bohater historii powoli oswaja się z tematem.

Tekst ukazał się w trzecim numerze Hush Magazine.

21

lip

Secco

Gdy tworzysz przedmioty cenne, zawsze ryzykujesz, że część grupy Twoich wielbicieli będzie je tylko podziwiać przez szybkę. Bo piękne, ale drogie. Bo może i jakość jest w cenie, ale na wyprzedaży były podobne z plastiku… I tak dalej, i tak dalej. Galanteria nie od dziś ratuje wielkie domy mody (nie mówiąc już o kosmetykach, dzięki którym można mieć w domu Chanel za nieco ponad stówkę). To działa także na mniejszą skalę. Do projektantów respektujących potrzeby mniej zasobnych albo po prostu oszczędnych klientów dołączyła niedawno Aga Prus. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nigdy wcześniej nie poświęciłam jej tu miejsca. Na szczęście nie mogę tego napisać o czasie, bo jesienią zeszłego roku przeprowadziłam z nią rozmowę, która ukazała się na Qelement.

Obuwie, które tworzy, to rzemieślnicze arcydzieła, jak tylko wiem, że będzie gdzieś z nimi obecna, pojawiam się choć na chwilę, żeby nacieszyć wzrok (może w przyszłości nacieszę także stopy). O naszej rozmowie wspominam nie tylko po to, żebyście mogli to i owo przeczytać. To spotkanie bowiem w niewielkim (lecz jednak) procencie przyczyniło się do słusznej decyzji o wprowadzeniu do kolekcji toreb. Gdy już wychodziłam od Agi, moją uwagę przykuła parciana torba wisząca przy drzwiach. Duża, praktyczna, z kieszeniami, dająca wrażenie niezniszczalnej. Czyli to, co Harele lubią najbardziej. Na pytanie, skąd takie cudo, Aga skromnie odpowiedziała, że uszyła ją dla siebie. Stwierdziłam, że powinna uszyć ich więcej i sprzedawać. Dwa sezony później dostałam wiadomość i te piękne zdjęcia.

Secco to kolekcja, na którą składają się trzy modele toreb (tobołek mały, duży oraz „shopper”) oraz buty: całkiem nowy model, tzw. wiedenki (w dwóch wersjach – z odciętym i gładkim noskiem) żółto-złote mokasyny, niebieskie angielki i sandałki z pełnym noskiem. Kolory całości zaczerpnięte są z natury, co świetnie podkreśla sceneria sesji zdjęciowej. Brązy, beże, szarości, indygo – jednocześnie mocne i neutralne, nieprzekombinowane. A do tego dyskretne logo projektantki wytłoczone w skórze. Fasony toreb, jak już wspominałam, praktyczne. Ale też urzekające w swojej prostocie. Wiem, to banalne sformułowanie, ale czyż nie jest tu najodpowiedniejsze?

aga prus secco (4)

secco 1

aga prus secco (5)

10343691_816293418389482_5510459704932078953_n

1909635_816293545056136_3084742947033580385_n

aga prus secco (6)

aga prus secco

aga prus secco (2)

10527570_816293345056156_5697967193763834326_n

aga prus secco (3)

10367803_816293358389488_6328586748654907608_n

Fot. Tomasz Pasternak
Modelka: Ula Jurgiel
Włosy i makijaż: Olga Lolka Dackiewicz
Ubrania: Diana Jankiewicz, Borko

16

lip

SUPERBACTER

Wydawałoby się, że marka UEG znalazła sobie odpowiednie miejsce i nie ma potrzeby ani konieczności, żeby się ruszać. W tym przypadku taki bezruch nie oznaczałby niczego złego. Skoro pomysł sprawdza się od tylu lat, wystarczą delikatne zmiany. Zwłaszcza że operując niezmiennie tylko dwoma kolorami ciężko o spektakularne zwroty. A jednak. Najpierw „56 billion” z udającym futro nadrukiem, potem współpraca z Filipem Pągowskim, która przeciągnęła się od kolekcji kapsułowej aż po letnią „To be or not to be”, graficznie poruszającej temat ginących pszczół, a teraz chyba najbardziej rozbudowany sezon w historii marki.

„Superbacter” to bohater negatywny, bez dwóch zdań. Na szczęście stanowi tylko pretekst wariacji na temat organicznego świata bakterii. Mocne grafiki nieco miękną, przybierając kształt nieregularnych groszków (znamiennych dla projektantów Japońskich i tu także „po japońsku” potraktowanych), atramentowych kleksów czy sprytnie ugranego graficznie moro. Tyvek ustępuje nieco miejsca innym materiałom, m.in. nurkowej piance. Utrzymana jest idea garderoby totalnej, złożonej tylko i wyłącznie z produktów UEG. I na szczęście coraz mniej tu pierwotnego „usa e getta”, czyli jednorazowości czy tymczasowości ubrań. Są coraz trwalsze (choć tyvek też przecież do słabych nie należy), coraz bardziej praktyczne. I coraz bardziej idą w stronę nie tylko mody tzw. ulicznej (street style – kto to lepiej przetłumaczy, temu nagroda się należy), ale mody wybiegowej.

No i na koniec wisienka na torcie. Kto chce nosić bluzę z podobizną bakterii, niech lepiej sprawdzi najpierw, cóż to takiego neisseria gonorrhoeae. Serdecznie polecam.

P.S. Kolekcja „Superbacter” będzie w sprzedaży pod koniec sierpnia. Wprawdzie warszawski sklep stacjonarny UEG już nie istnieje, ale wciąż można kupić ubrania w sieci.

UEG SUPERBACTER (5)

UEG SUPERBACTER (6)

UEG SUPERBACTER (7)

UEG SUPERBACTER (8)

UEG SUPERBACTER (9)

UEG SUPERBACTER (10)

UEG SUPERBACTER (11)

UEG SUPERBACTER (12)

UEG SUPERBACTER (13)

UEG SUPERBACTER (14)

UEG SUPERBACTER

UEG SUPERBACTER (3) UEG SUPERBACTER (4)

Zdjęcia: UEG

11

lip

Mum & Co

Uwielbiam takie historie. Zwłaszcza z takim zakończeniem (albo raczej rozwinięciem, bo pierwszy finisz dał nowy początek). Była sobie rodzina. Mama, tata, dwie córki oraz dwa psy. Jedna z córek wymarzyła sobie skórzany plecak. Matka wzięła sprawę poważnie i zanim przystąpiła do pracy, poświęciła się porządnym poszukiwaniom. I surowców, i perfekcyjnego fasonu. Powstały szkice, pojawiły się też próbki skór, podszewki, sznurków, klamerek… Stara maszyna Singer pewnego dnia poszła w ruch. W ciszy i tajemnicy powstał pierwszy egzemplarz. Był idealny. Tak idealny, że nie wolno było na nim poprzestać. W dodatku pięknie pachniał skórą, co najbardziej doceniły psy, badając go nosami. Z kolei ojcu z zachwytu odjęło mowę (na szczęście tylko na chwilę). Tak się zaczęło, a teraz trwa w najlepsze. Więc Mum & Co to żaden chwyt reklamowy, tylko autentyczna rodzinna spółka.

Z czasem kolekcja się rozrosła i obok plecaków pojawiły się worki oraz torby różnej wielkości. Z bezpiecznych brązów mama powędrowała w stronę pudrowego różu, szarości oraz zawsze pożądanej czerni. Rzeczy wykonane są z zamszu albo skóry naturalnej. Jestem zdecydowanie za tymi ze skóry, ponieważ nie należę do osób dbających o swoje rzeczy (nawet jeśli innych gorąco do tego zachęcam). A zamsz, zwłaszcza w jasnych barwach, wymaga troski szczególnej. Jest niezwykle piękny, matowa faktura odbija światło w sposób, którego gładka skóra nigdy nie osiągnie. ale zbiera kurz skandalicznie.

Fasony? Raczej lekkie, czasem może nawet zbyt lekkie (albo zbyt cienkie – czy takie zamszowe „spaghetti” dadzą radę z utrzymaniem przeciętnej liczby przedmiotów, które musi mieć przy sobie kobieta?), choć wędrują na szczęście w kierunku solidności. Im większy projekt, tym mniej skomplikowany. A dzięki zachowaniu charakterystycznej kolorystyki nawet torby typu „shopper” wyróżniają się na tle innych marek stosujących podobne rozwiązania. Brawa dla mamy, brawa dla rodziny!

P.S. Dla zainteresowanych projekty Mum & Co. do nabycia również tutaj albo tutaj.

mum and co1

Mum and Co (7)

Mum and Co (8)

Mum and Co (9)

Mum and Co (10)

Mum and Co (4)

Mum and Co (11)

Mum and Co (2)

Mum and Co (12)

Mum and Co (3)

Mum and Co (13)

Mum and Co (5)

Mum and Co (6)

Mum and Co

Zdjęcia: Mum & Co.

9

lip

Topshop Unique

Stali czytelnicy znają moje zamiłowanie do marzeń. Dziś połączę je z zamiłowaniem do wspomnień, co stworzy mieszankę wybuchową. Oglądam sobie tę kolekcję od pewnego czasu i zachwyt miesza się z żalem. Dlaczego? Bo oto brytyjska marka Topshop, zwyczajna sieciówka przecież, co pół roku wypuszcza linię wybiegową Unique, która nie odbiega poziomem od regularnych wybiegowych kolekcji brytyjskich (i nie tylko) projektantów. Dostępna jest potem tylko w kilku wybranych miejscach (w tym w sklepie internetowym, na szczęście), a ceny ma na równie wysokim pułapie co wykonanie. I co? I znika równie szybko jak jej pięć razy tańsze odpowiedniki. Oto sukces bez dwóch zdań. Domyślam się, że jej zaistnienie poprzedzone zostało szeregiem badań, a prezentowane tendencje nie należą do przypadkowych. Warto było poświęcić na to czas i pieniądze. Efekt za każdym razem zachwyca.

I teraz sedno rzeczy. Jak jest w Polsce? Która sieciówka pokroju Topshopu pokazuje swoje kolekcje na wybiegu? A jeśli pokazuje, to z jakim skutkiem? Odpowiedź jest smutna: żadna. Mamy kilka marek z nieco wyższej półki, które od czasu do czasu się na to decydują. Linię pokazową posiada Aryton, ale niestety większość prezentowanych elementów nie wchodzi potem do sprzedaży. Deni Cler swego czasu zorganizowało pokaz, który okazał się jednym z lepszych w owym czasie. Ale potem nastąpiło długie i nieprzerwane milczenie. O łódzkich prezentacjach marek Solar czy Monnari wolę nie wspominać – marzyłam, by jak najszybciej o tym zapomnieć i się udało. W LPP przez kilka dobrych lat funkcjonował twór o nazwie Reserved Fashion (o ile dobrze pamiętam), stworzony tylko i wyłącznie na potrzeby stylistów. To były naprawdę niezłe ubrania, niestety do obejrzenia tylko w gazetach i na wieszaku w showroomie. Podobno były plany wprowadzenia go do sprzedaży, ale najwyraźniej się rozpłynęły, podobnie jak on sam.

Pamiętacie początki polskich sieciówek w latach dziewięćdziesiątych? Kraciaste i kwieciste kolekcje z Trolla, szereg sportowych koszulek frotte z Diverse’a czy lekki i kobiecy Qiosque? Cotton Club i rozłożyste sukienki do ziemi, przyprawiający o zawrót głowy wybór dżinsów w Americanosie czy Big Starze? Każdą markę można było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Nawet jeśli część asortymentu była zamawiana na targach odzieżowych w Chinach czy gdziekolwiek indziej, nie dało się tego stwierdzić. Marka miała charakter, dbała o niepowtarzalność, każda kolekcja niosła w sobie pomysł, świeżość i budziła szczere zainteresowanie. Aktualnie gdyby nie metka, w życiu nie odróżniłabym Reserved od Top Secret czy Trolla od Mohito.

Po raz kolejny ilość pokonała jakość. I nie chodzi mi o to, że dziesięć czy piętnaście lat temu polskie ubrania z sieciówek były nie wiadomo jak wysokiego gatunku (choć po części były, z pewnością wyższego niż obecnie). Było ich zdecydowanie mniej. Siłą rzeczy wzbudzały więcej emocji. Dbało się o szczegół, pomagały w tym z pewnością mniejsze powierzchnie sklepów. Tak jak nie znoszę robić zakupów w supermarketach, tak odstręczają mnie gigantyczne sieciówki, w których towar jest upchany dokładnie tak samo jak na półkach z serami czy płynami do naczyń.

A więc marzy mi się polski Unique. I naprawdę nie wiem, dlaczego do tej pory nikt nie wpadł, by coś takiego stworzyć. Czyż nie byłoby przyjemnie pośród natłoku ciuchów „w trendzie”  znaleźć wytchnienia w postaci czegoś, co aspiruje do prawdziwej mody? Pozostawiam Was z tematem otwartym i zdjęciami letniej kolekcji Topshop Unique, której chyba nie muszę opisywać. Zrobi to sama.

P.S. Czytelniczka doniosła, że w LPP coś się jednak kroi. Oby było ciekawe.

1294@969@unique_rtw_ss14_1001

1294@969@unique_rtw_ss14_1002

1294@969@unique_rtw_ss14_1004

1294@969@unique_rtw_ss14_1005

1294@969@unique_rtw_ss14_1006

1294@969@unique_rtw_ss14_1008

1294@969@unique_rtw_ss14_1009

1294@969@unique_rtw_ss14_1011

1294@969@unique_rtw_ss14_1013

1294@969@unique_rtw_ss14_1014

1294@969@unique_rtw_ss14_1015

1294@969@unique_rtw_ss14_1018

1294@969@unique_rtw_ss14_1020

1294@969@unique_rtw_ss14_1021

1294@969@unique_rtw_ss14_1027

1294@969@unique_rtw_ss14_1028

1294@969@unique_rtw_ss14_1031

1294@969@unique_rtw_ss14_1034

1294@969@unique_rtw_ss14_1037

Zdjęcia: Topshop

8

lip

Nadzwyczajność

Im głośniej o zjawisku „normcore”, tym bardziej mam ochotę uciec w jego przeciwieństwo. Drodzy niezorientowani, wolicie prawdziwą definicję czy przemaglowaną przez osoby, które nie zadały sobie trudu nawet pobieżnego przejrzenia pierwotnego źródła? Łatwość, z jaką wydajemy osąd, bywa powalająca. Dobrze wiem, bo sama też byłam tego bliska. Ale znalazłam, zajrzałam i przeczytałam. Za późno, termin „normcore” już żyje własnym życiem, magazyny o modzie śpieszą z manifestami „pochwały normalności”, prezentując szereg zwyczajnych płaszczy, spodni i butów na jesień, przeplatając prognozy zdjęciami modelek w dżinsach i t-shirtach jako najlepszą ilustracją zjawiska. Ach, jeszcze czasem się napatoczy Steve Jobs – ikona nurtu. W czarnym golfie i trampkach, o ile dobrze zapamiętałam.

Ale wróćmy na początek. W pięknym Nowym Jorku istnieje grupa badaczy trendów pod nazwą K-HOLE. To oni w październiku zeszłego roku we współpracy z BOX 1824 (w dużym skrócie, podobnymi badaczami) opracowali biuletyn „YOUTH MODE. A REPORT ON FREEDOM” (można go w całości pobrać ze strony). Na dobrą sprawę to analiza całego naszego pokolenia, dążenia do indywidualności, którego rezultatem jest powstanie masy identycznych jednostek (znów w dużym skrócie), zwanych „mass indie”. Paradoksalnie w przeciwnym narożniku plasuje się „normcore”. Wolny od dążenia do czegokolwiek oprócz własnej wolności. Ba, wolny od definiowania tejże wolności nawet. „To be truly Normcore, you need to understand that there’s no such thing as normal” – ten fragment wystarczy, by obalić wszelkie wariacje na temat, których i tak już nic nie zatrzyma. Polecam zagłębić się w całość, dywagacje na temat młodości są znacznie bardziej fascynujące niż sam normcore. Ale…

Cała uwaga poszła w ciuchy. Czy to dziwne? W końcu to poprzez ciuchy wyrażamy siebie (podobno – banał, banał, banał). Mnie też dopadło. Nagle okazało się, że najbardziej na czasie jest mój mąż, który ubraniom poświęca może jeden procent wszystkich swoich myśli i planów. Podobne zdanie przeczytałam w felietonie Joanny Bojańczyk na temat tego zjawiska w lipcowym numerze „Twojego Stylu”. Czy to znaczy, że jeśli od tygodnia chodzę w tym samym dresie, bo mam w domu remont i szafę zastawioną kartonami, to wpisuję się w najpopularniejszą obecnie tendencję?

Do czego to doszło, żeby zwyczajność siłą opatrywać mianem trendu i rozpisywać się o niej na wszelkie sposoby? W efekcie mam ochotę ten dres zrzucić i nigdy do niego nie wracać. Tak mnie wkurza wpasowywanie w sztuczne ramki. A jeszcze bardziej wkurza, że ktoś miał czelność odebrać mi moje dwie ukochane: nudę i lenistwo. Odebrać i nadać im nadzwyczajne znaczenie – poprzez sprowadzenie do modnej zwyczajności. Najwyraźniej potrzebowaliśmy czegoś nowego, bo niepowtarzalny indywidualny styl okazał się mrzonką. Wystarczyło płytkie podejście do tematu, brak głębszego zainteresowania, czytanie co drugiej linijki i proszę bardzo – mamy manifest na kolejne miesiące. Teraz będziemy normalni!

Pojawiła się nuta buntu – to oczywiste. Chcę być inna, działać po swojemu. A więc – według K-HOLE, wolę wciąż trzymać się masy. I wciąż będę zniewolona. Trudno. Nie jestem sama. Z którym projektantem bym nie rozmawiała, wyraża podobne przekonania (nawet jeśli o przedmiocie tego tekstu nie ma pojęcia). Niektórzy nazywają to „jechaniem na patencie”, inni „spoczywaniem na laurach”. Pisałam o porzucaniu schematów przy okazji letniej kolekcji Wearso. Wczoraj w polskim wydaniu Elle przeczytałam, że dziewczyny z LOUS chciałyby stworzyć coś na miarę & Other Stories – poszerzyć ofertę o bieliznę, akcesoria i kosmetyki. Wystarczy spojrzeć na dyplomowe kolekcje studentek warszawskiej Katedry Mody, by wymówić magiczne słowa: „Wiedz, że coś się dzieje”.

Normcore w modzie to zabawna sprawa. Nie ma odwrotu, trzeba będzie przetrwać tę falę. Niezwykle interesująca jest obserwacja, jak z jednej analizy wyrosło coś kompletnie nieprzewidywalnego, wciąż rośnie i nie wiadomo, gdzie nas zaprowadzi. Czyżbyśmy aż tak pragnęli nowości, żeby utożsamić z nią zwyczajność? Najwyraźniej.

P.S. Poszukiwania nowych rozwiązań, pomysłów, proporcji itp. odbywają się m.in. na moim Pintereście. Zapraszam!

2

lip

Si-Mi

Oto marka, która z powodzeniem łączy w sobie najlepsze rozwiązania zarówno projektów autorskich jak i szybkiej mody. Czy to w ogóle możliwe? Okazuje się, że owszem. Wystarczyło porzucić utarte schematy i zaryzykować. Si-Mi powstała rok temu. Już na samym początku jej twórcy zrezygnowali z dzielenia kolekcji na sezony. W każdym tygodniu w sklepie pojawia się coś nowego. Najpierw internetowym, a od dwóch tygodni warszawskim stacjonarnym. Gdzie? W miejscu idealnym, na Mokotowskiej (tak, wiem, ciężko tam zaparkować, więc nie do końca idealnym, ale nie czepiajmy się). Stała klientka nie musi się martwić, że ulubiony fason skończy się wraz z daną porą roku. Z powtarzalności marka uczyniła swój atut. Regularny przypływ ubrań zawdzięcza własnej szwalni zlokalizowanej w Warszawie. O opóźnieniach czy niedoróbkach nie ma mowy. Mamy więc do czynienia z typowymi manewrami stosowanymi przez sieciówki. Częste dostawy to najlepszy wabik, czyż nie? Za to jakość materiałów na całe szczęście od sieciówkowej znacznie odbiega. Surowce sprowadzane są z Włoch, z tych samych źródeł, w których zaopatruje się np. Rick Owens. Pojawia się nawet dzianina Missoni, ale raczej jako sezonowy deser, nie danie w stałym menu. Dla marki pracują różni młodzi projektanci, głównie polscy, choć niekoniecznie w Polsce stacjonujący. Jednak póki co nie zależy im na promowaniu własnych nazwisk. Tworzą zespół, a dzieło jest wspólne. Nad całością czuwa pomysłodawca i właściciel – Janusz Bielenia.

Główny nurt inspiracji to londyńskie ulice – możemy przeczytać na stronie. Ja dodałabym od siebie, że chyba każdy projekt został stworzony z myślą o Kate Moss. I nie, nie chodzi mi o perfekcyjną figurę czy status celebrytki. Po prostu na który ciuch bym nie patrzyła, wyobraźnia podsuwa mi obraz modelki. A zwłaszcza jej styl z przełomu tysiącleci. Ten, który kopiowałyśmy, zanim pojawiły się blogi, ba, zanim internet stał się taki szybki (pamiętam godzinne oczekiwanie na załadowanie się zdjęć jednej – słownie jednej! – kolekcji na style.com). To te setki razy wertowane magazyny z poradami „ubierz się w stylu…”, nie serwujące gotowych rozwiązań w postaci nazw sklepów czy linków, a pozostawiające naszej wyobraźni i kreatywności spore pole do popisu. Tak zapamiętałam końcówkę lat dziewięćdziesiątych i wizyta w Si-Mi obudziła te wspomnienia. Nie będę Was zanudzać opowieściami, jak to poszukiwałam długiej szarej spódnicy tuby czy flanelowej koszuli w kratę z kapturem. Po latach nagle zobaczyłam to wszystko w jednym miejscu. A ponieważ wracam do lat dziewięćdziesiątych także stylem, poczułam się jak w raju.

Cieszy bardzo, że Si-Mi nie jest zachowawcza. Trzyma się pewnej charakterystycznej estetyki, ale ma szeroko rozpostarte gałęzie. Będzie więc trochę rocka, trochę grunge’u, ale też spokój i kobiecość. Dwustronna ołówkowa spódnica po jednej stronie zwyczajnie czarna, po drugiej kryje deseń moro albo złowieszcze trupie czachy. Wielka wełniana koszula w kratę okazuje się zmyślnie dopasowana do sylwetki – posiada miejsce na to i owo. Sporo tu kaftanów i „otulaczy” – ich popularność w Polsce można wyjaśnić jednym słowem: pogoda. Nieśmiało wychodzą na światło dzienne dodatki – i tu moim zdaniem jest jeszcze sporo miejsca do wykorzystania. Na razie w ofercie znajdziemy lekkie czapki oraz wielkie drelichowe torby. Mam nadzieję, że z czasem marka się rozkręci i wspomniane gałęzie sięgną jeszcze dalej i odważniej.

Jeśli miałabym się bawić w przewidywanie przyszłości, to widzę same optymistyczne barwy. Wiem, że wkrótce Si-Mi pojawi się w innych miejscach Polski. Jeśli uda się zachować ideę, od której marka wyszła na początku, może wreszcie będziemy mieli sieciówkę plasującą się pomiędzy tymi tanimi a luksusowymi (a przynajmniej tak się określającymi). I słowo „sieciówka” przestanie brzmieć tak pejoratywnie.

simi (11)

4553590947

simi (12)

simi (13)

simi (14)

simi (15)

simi (16)

simi (17)

simi (18)

simi

simi (2)

simi (3)

simi (4)

simi (5)

simi (7)

simi (8)

simi (9)

simi (10)

Zdjęcia: Patryk Bułhak
Stylizacja: Mona Kinal, Kasia Banach
Makijaż i włosy: Lidka Winiczenko
Modelka: Ania Sakowicz
Postprodukcja: Bartek Stępień