29

lip

Sculptor Undone

Jeśli nie nadążam z pisaniem o kolejnych fantastycznych polskich kolekcjach to chyba dobrze? Tak sobie tłumaczę, mając wciąż sporą kolejkę szkiców na temat wiosny i lata. Czas płynie coraz szybciej, jesień w modzie trwa od lutego. Postanowiłam zwolnić i tego się trzymam, ku zdziwieniu niektórych projektantów (nieduży odsetek miewa nawet podejrzenia, że z tajemniczych powodów się obraziłam – to dopiero ciekawostka!), lecz ku zadowoleniu Czytelników. Wokół panuje chaos, zacierają się sezony, mówi się nawet o rezygnacji z klasycznego podziału na pory roku. W Polsce jest to o tyle zabawne, że póki co nie doczekaliśmy się nie tyle porządnego tygodnia mody, co nawet przestrzegania przez twórców umownych granic danego roku. Jeden wyskakuje z latem 2018, podczas gdy inny ledwo nadgania aktualną wiosnę. Tu opóźnienia w szwalni, tam pragnienie wyrwania się na przód peletonu (niezbyt uzasadnione, bo które media będą czekać z publikacją rok czy dwa? Chyba że chodzi o przekonanie klientek, że oto noszą nowatorskie projekty, których jeszcze nawet Paryż nie widział! Bo w znanych mi przypadkach z pewnością nie istnieje aspekt kontraktacji na targach). Z własnego doświadczenia wiem, że ta zawrotna prędkość nam, detalicznym odbiorcom polskiej mody, zwyczajnie nie służy. Paradoksalnie to jest właśnie główny argument za zmianą dotychczasowej formuły tygodni mody i wprowadzeniem na szerszą skalę opcji: zobacz – kup. Już nie raz łapałam się na tym, że rzeczy z premierowych kolekcji wydawały mi się stare i przeterminowane. Bo widziałam je niemalże rok wcześniej. Zresztą wystarczy spojrzeć na wielki świat mody ulicznej (zwłaszcza tej blisko wybiegów), by stwierdzić, że nikt na przyszłe lato nie czeka. Dlatego nie chcę pokazywać kolekcji zbyt wcześnie. Nawet jeśli zobaczycie je u kogoś innego, tu będą czekać w samą porę. Późne lipcowe popołudnie na przykład okazuje się idealne, by podzielić się niezwykle zmysłowymi projektami duetu Acephala. To marka, która czerpie inspiracje ze źródeł nieoczywistych, często dyskusyjnych i budzących spore emocje. Tematyka ludzkiej psychiki czy fizyczności, erotyzm, przełamywanie barier, różne płaszczyzny świadomości – jestem przekonana, że projektanci mieliby sporo do przedyskutowania z Freudem. Wiosna i lato poświęcone zostały rzeźbiarce, Alinie Szapocznikow. Choć tematyka nieprosta, Acephala jak zwykle wychodzi z tego impasu z gracją.

SS_2016_LOOKBOOK__Page_08

Czytaj dalej

21

lip

Femi Pleasure ss16

Do Femi Pleasure zaglądam obowiązkowo w dwóch sytuacjach. Przed zimowym i przed letnim urlopem. Nawet jeśli nie kupię narciarskiego zestawu czy bikini na każdy dzień tygodnia, pocieszę się miłym drobiazgiem, chłonąc idealną atmosferę, której same wakacje wcale nie gwarantują. Paradoks, ale co zrobić? Wśród jesiennych ciuchów w klimatyczne nadruki choinek i niedźwiedzi, norweskich wzorów czy przytulnych krat można poczuć perfekcyjną zimę nawet w deszczowy listopadowy dzień. Z kolei towarzystwo pastelowych barw, palm i egzotycznych kwiatów z łatwością przeniesie daleko stąd, choć na moment. Podziwiam projektantki za konsekwencję i wypracowywaną przez lata estetykę. To już nie jest kolejna marka łącząca sport i ulicę. Femi Pleasure prezentuje bardzo konkretne podejście do życia, świata i – jak sama nazwa wskazuje – przyjemności.

Femi Pleasure ss16 (14)

Czytaj dalej

18

lip

Nouvelle Vague

Pora odpocząć od polskiej mody. Dziś jedziemy na zakupy do Francji. Sprawdzimy, jak miewają się marki, które powstały kilka lub nawet kilkanaście lat temu. Swego czasu, za sprawą francuskich blogerek, bacznie śledziłam tę i ową, wzdychając do poszczególnych ciuchów i poszukując ich odpowiedników w Polsce. Z różnym skutkiem. Na pewno pracowała wyobraźnia, motywując do kreatywnych działań, mających na celu upodobnić zwykłą bluzkę do bajecznego projektu Sandro czy kawałek materiału do spódniczki Kookai. Pojawiła się też Isabel Marant, w całkiem jeszcze przystępnych cenach, zanim zawojowała najbardziej stylowe ulice i butiki. Z zaskakującą łatwością odwróciła uwagę od całego mnóstwa ciekawych projektantów z nieco niższej półki. Na szczęście są osoby, które wiedzą, co w trawie piszczy, wyszukują to, co nieznane i z radością podają dalej. Należy do nich Edyta Rojek, która prowadzi w Warszawie sklep Kyosk (oddział internetowy również). Niektórzy podejrzewają, że jestem jego współwłaścicielką lub nielegalną lokatorką, a ja się po prostu niepoprawnie zakochałam. Zresztą czy kiedykolwiek spotkaliście się z nieszczerym zachwytem z mojej strony? Otóż to. Edyta ma oko do marek, zwłaszcza tych mało popularnych w Polsce. Z godnym pozazdroszczenia talentem wybiera te najbardziej interesujące, co sezon dokładając na półki i wieszaki nowe nazwy, z początku brzmiące obco, lecz za chwilę przemieniające się w muzykę dla harelowych uszu. Oto kilka z nich.

Mes Demoiselles (7)

Czytaj dalej

6

lip

MoMi-Ko

Po raz pierwszy spotkałam się z MoMi-Ko parę lat temu, podczas tygodnia mody w Łodzi. W strefie wystawców trafiłam na nieduże stoisko niezwykle interesujących ubrań i dodatków, świetnie utrzymujących się w ówczesnym trendzie na rzeczy wielofunkcyjne. Tu przeszycie, tam suwak, w zależności od ustawień można było nosić daną rzecz na kilka sposobów. Choć projektantka była jeszcze wtedy na studiach, te ubrania prezentowały się nadzwyczaj dojrzale. Spójnie, zarówno pod względem formy, jak i koloru, oszczędnie i delikatnie awangardowo. I chyba już wtedy wynikła rozmowa o Japonii. Nie tylko z powodu projektów, ale też egzotycznie brzmiącej nazwy. O dziwo, ta nie ma z Japonią nic wspólnego, wzięła się z pierwszych sylab imienia i nazwiska projektantki, Moniki Misiak-Kołsut. Za to kolekcje dyskretnie dotykają różnych stron Orientu, raz deseniami (były nawet żurawie origami i ubolewam, że nie napisałam o tamtej kolekcji…), innym razem fasonem czy głębokim kolorem. Tego lata Monika zaprasza do wspólnej gry w Mahjong. Zabawa jest fantastyczna, choć przyznam, że grywałam tylko wirtualnie. Podczas pisania pracy magisterskiej zostałam mistrzynią dwóch gier: Pasjansa i Mahjonga właśnie. Codziennie zasiadając do komputera i otwierając dokument w Wordzie, odprawiałam rytuał „trzech rund wygranych pod rząd”. Potrafiło to ciągnąć się godzinami, bo oczywiście trzy razy ustawić pasjansa czy zdjąć wszystkie pary kamieni graniczyło z cudem. Napatrzyłam się więc na motywy roślin, pór roku, symbole stron świata, smoki, monety i bambusowe drzewa, i choć wygrana przychodziła z trudem, do dziś kojarzą mi się z sukcesem. Miło było spotkać je po latach i to w tak zaskakującym miejscu.

LETS PLAY MAHJONG (9)

Czytaj dalej

3

lip

Harel po berlińsku cz. 2

Gdy mi źle, jadę do Berlina. Gdy mi dobrze – to samo. Nie ma momentu, w którym nie chciałabym tam być, a gdy już jestem, czuję szczęście w najczystszej postaci. Tak się zazwyczaj składa, że jestem tam w okolicach tygodnia mody lub różnych imprez z modą związanych. Ale nie uczestniczę, raczej odpoczywam od tematu, dawkując go sobie w bezpiecznych ilościach. Potem składam obietnicę, że następnym razem uda mi się połączyć jedno z drugim. Ale zbyt mało czasu, zbyt wiele planów. Wizja spędzenia choć pół godziny na pokazie na starcie przegrywa z degustacją tajskich burgerów lub zakupami japońskiego papieru. Na wieść o wyjeździe moi drodzy znajomi zasypują mnie kolejnymi adresami, których nie wypada nie znać. Przez parę lat z miejsc, które sama uwielbiam oraz tych polecanych, złożyłam całkiem rozległą mapę. Więc gdy kolejna osoba wybierająca się do Berlina zgłasza się do mnie z szeregiem pytań, co, gdzie i kiedy, zawsze wiem, co jej odpowiedzieć. Pomysł na ten tekst dość długo we mnie kiełkował. Bo jednak blog o modzie, a ja tu chcę poruszyć tematy dość dalekie. Z drugiej strony będę pisać o mieście, które nigdy z mody nie wychodzi. I może to wystarczy. Od czasu, gdy pisałam tu o nim ostatnio, sporo się zmieniło. Pora na drugą część cyklu. Możecie być pewni, że nie ostatnią. Gotowi?

KARL MARX ALLEE (2)

Czytaj dalej

23

cze

WEARSOLO9IC

Przecieram oczy ze zdumienia, widząc w nazwie dziewiątkę. Pojawia się nieprzypadkowo. WEARSOLO9IC to dziewiąta kolekcja Wearso Organic. Najwyższa więc pora przestać mówić o „młodej polskiej marce”, a umieścić w kategorii tych, które przetrwały lepsze i gorsze czasy, by zostać z nami – oby – na zawsze. Moja pierwsza sukienka, kupiona jesienią 2011 wciąż ma się dobrze, podobnie jak cały szereg kolejnych. Trwałość jest domeną bawełny organicznej. Tej prawdziwej, obwarowanej wszelkimi możliwymi certyfikatami (nie tej, która ostatnio zaczęła się pojawiać w sieciówkach, bo to kolejny przykład fantastycznego zamydlenia oczu zielonym mydłem, zwanym z angielska „greenwashingiem”). Ma się dobrze nie tylko sam materiał, ale też fason, który – jak się okazało – dziarskim slalomem przemyka między sezonami, ani nie zwalniając tempa, ani się nie starzejąc. WEARSOLO9IC jest swoistym podsumowaniem (czy gdyby Ola Waś nie chciała tego robić, umieszczałaby tak znaczącą cyfrę w tytule?), podróżą przez minione lata, zgarniającą na pokład starych znajomych, ale też pełną nowych i świeżych doznań.

WEARSOLO9IC (25)

Czytaj dalej