23

cze

O wygodzie subiektywnie

Jakiś czas temu miałam okazję przymierzyć prawdziwe cudo. Ba, miałam nawet okazję je kupić, ale nie skorzystałam. Cudo przypominało sukienkę Galaxy Rolanda Moureta, kolor miało czarny, a z tyłu rząd guzików od góry do dołu. Miło ze strony właścicieli showroomu, że umieścili w przymierzalni fotel. Mogłam bowiem na nim usiąść i stwierdzić, że sukienka nadaje się tylko do stania. A szkoda. Pojawiła się myśl: na ile mogą mnie skusić takie niepraktyczne rzeczy? Odpowiedź nie jest prosta. Bo też różnie z tą niepraktycznością bywa. Jeśli chodzi o wygodę, stawiam ją na pierwszym miejscu. W szafie mam pełno sukienek, w których wyglądam jak żona ze Stepford i noszę je na co dzień, nie przejmując się, że może to komuś przeszkadzać. Dopóki mnie nic nie przeszkadza, jest dobrze. Ale mówię zdecydowane „nie” butom, które uwierają już podczas pierwszego mierzenia (w sławetne słowa: „one się rozejdą” nigdy nie uwierzę) oraz ubraniom, w których mam ograniczoną swobodę ruchów. Z bólem serca, ale odłożyłabym na półkę nawet kieckę od Prady, gdyby nie nadawała się do mojego codziennego życia. Nawet na uroczyste okazje lubię ubierać się tak, żeby strój nie zaprzątał moich myśli. A jak jest z Wami, drodzy Czytelnicy?

13 myśli nt. „O wygodzie subiektywnie

Dodaj komentarz
  1. cledomro

    a ja z jednej strony stawiam na maksymalną wygodę, z drugiej zaś czasem godzę się na maksymalną (jak na moje możliwości) niewygodę. nie zawsze to, co strasznie mi się podoba i w czym po prostu świetnie wyglądam (skromność ;), jest wygodne i skrojone idealnie do moich potrzeb. takie zakupy nie zdarzają mi się zbyt często, ale jest pewna kategoria strojów i obuwia, w której jestem w stanie się na pewien rodzaj niewygody zgodzić za cenę ogólnego looku (błe, anglicyzmy fe). np. ostatnio kupiłam sandałki podobne do Twoich zarowych na obcasie, sęk w tym, że jeden z pasków nieco mnie uwiera. nie jest to super wielki dyskomfort, ale jednak. sęk w tym, że sandałki piękne, ja w nich wyglądam świetnie i nikt nie musi wiedzieć o mojej niewygodzie. to głupie, wiem, ale czasem próżność bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i umiłowaniem wygody.

    Odpowiedz
     
  2. tres-magnifique

    Cenie sobie wygode, ale… No wlasnie. Nie przepadam za plaskimi butami, choc wygodne sa bezwzglednie – mysle, ze moj nikczemny wzrost jest glowna przyczyna mojej niegasnacej milosci do obcasow, ktorej nie zmienia nawet odciski na nogach i zbolale podeszwy. Ubranie musi byc wygodne, ale jesli niewygoda jest nieznaczna, a efekt wizualny piorunujacy, zagryzam zeby i napawam sie tym, ze swietnie wygladam :)

    Odpowiedz
     
  3. modomania

    też jestem rozdarta między potrzebą wygody a wyglądania oszłamiająco ;) Parę dni temu mierzyłam przeboską sukienkę, z którą prawie wszystko było idealnie…no właśnie, prawie. Kiecka miałą trochę za bardzo wycięty dekolt, jak stałam to nawet nie przeszkadzało, ale w końcu jej nie wzięłam, bo zapewne wywinęłaby mi jakiegoś psikusa przy codziennym noszeniu :) Podobnie robię w innych przypadkach – zwycięża jednak zdrowy rozsądek.

    Odpowiedz
     
  4. tuzilove

    Zgadzam sie z toba na 100%…jak cos kupuje musi to byc nie tylko fajne tylko tak ze wygodne.Duzo jezdze autobusem i jak bym miala na sobie cos nie wygodnego to by byla tragedia dla mnie, a buty dla mnie nie raz jest problme znalesc te odpowiedzialne, a czesto sie zdarza ze musze wiecej na nich wydac niz chcialam bo tylko te najdrosze sa wygodne (i to nie jest fajne bo ja strasznie malo zarabiam!!)ale…wszystko co nosze musi byc wygodne, innaczej zostawie to w sklepie!!!

    Odpowiedz
     
  5. morven

    Ze mną jest tak samo jak z Tobą Harel – wygoda na pierwszym miejscu. Wyjątek potwierdzający regułę to wysokie obcasy, ale w sumie nie noszę ich codziennie, bo jestem za leniwa.

    Odpowiedz
     
  6. escritora

    Niby wygodę stawiam na pierwszym miejscu – mogę nawet wyglądać jak kloszard – istotne jest to, że czuję się dobrze, nic mnie nie uwiera, nic mnie nie ciśnie, nic mnie nie ciągnie, że czuję się swobodnie. wtedy przede wszystkim jestem ubrana, a nie przebrana. ten stan najbardziej odpowiada mi w pracy, kiedy muszę się męczyć przez 8 godzin przy biurku, na spacerze, zakupach itp.
    Czasem jednak zdecyduję się np. na buty, które nadają się tylko i wyłącznie do tego, żeby przemieszczać się samochodem (oczywiście na siedzeniu pasażera), ale moje nóżki wyglądają w nich niemal jak pęcinki źrebaka (wiecie, o co mi chodzi), co, nie powiem, wspaniale poprawia mi nastrój. może po prostu lubię mieć czasem coś niekoniecznie praktycznego ;)

    Odpowiedz
     
  7. real_girl

    Hm, o wygodzie zapomniec można jak ma się tak cholernie niewymiarową stopę jak ja. Już od paru lat nie mam nieuwierających mnie butów. Ciśnie wszystko- sandałki, tenisówki, buty na obcasach. Choc wszystko pasuje przy kupnie, to nie jestem w staie przewidziec, gdzie mnie będzie but uwierał po kilku godzinach chodzenia.

    Odpowiedz
     
  8. hakiru

    W mojej szafie jest wiele niewygodnych rzeczy, które za to wyglądają fenomenalnie. Sukienki, w których nie da się usiąść, buty, które ma się ochotę zdjąć po 10 minutach noszenia. Kiedy chcę zrobić piorunujące wrażenie ( i to niekoniecznie chodzi o jakieś wielkie okazje, może to być też zwykły wypad na zakupy), odsuwam wygodę na bok, jestem w stanie znieść trochę bólu w imię wyższych wartości ;) Ale oczywiście bez przesady. Te najwyższe, najbardziej niewygodne buty, zostawiam na sytuacje, kiedy wiem, że nie będę zmuszona cały dzień biegać po mieście.
    Myślę, że tolerancja na niewygodę jest zależna od okazji, trudno sobie wyobrazić, że ktoś na górską wycieczkę zakłada szpilki, bo są najmodniejsze i najpiękniejsze. Są sytuacje, kiedy wygoda jest absolutnie niezbędna i takie, kiedy można sobie pozwolić na jej brak za cenę boskiego wyglądu.

    Odpowiedz
     
  9. blondynechka

    Ważne by w ubraniach, które nosimy czuć się dobrze i sobą czyli ubrania muszą być wygodne. Bo nawet najbardziej efektowny stój zepsuje nasze złe samopoczucie w nim

    Odpowiedz
     
  10. very_famous

    Wczoraj w przymierzalni znanego sklepu usłyszałam jak sprzedawczyni namawiała niezdecydowaną klientkę do zakupienia (wg słów klientki) zbyt ciasnych spodni. Argumentacja sprzedawczyni mnie „zabiła”: ‚one (spodnie) się rozejdą, za dwie godzinki będą rozciągnięte i dopasowane jak trzeba’.
    Zawsze unikałam tego sklepu i raczej będę unikać w dalszym ciągu.

    Osobiście nie lubię „czuć” na sobie ubrania. Uwieranie, drapanie, wrzynanie i męki na źle wyprofilowanych obcasach są zdecydowanie nie dla mnie. Zawsze poszukuję takich ubrań, które oprócz dobrego wyglądu są uszyte z dobrych materiałów, mają porządne wykończenia no i po prostu świetnie leżą.

    Odpowiedz
     
  11. foamclene

    Zahartowana w bojach o bezpieczenstwo na motocyklu (jazda w szynach na nogach, ciezkich i sztywnych butach, pancerzu, ciasnym kasku i utrudniajcych oddychanie goglach, ze juz nie wpsomne o temperaturach jakie towarzysza wytwarzanej podczas jazdy w terenie energii ;) kilka godzin w najniewygodniejszych szpilkach to dla mnie relaks ;).
    Jest jednak czesc garderoby przyzwoitej kobiety, ktora jest dla mnie tortura – biustonosz!

    Odpowiedz
     
  12. alicepoint

    U mnie bardzo podobnie. Buty to dla mnie część garderoby, która musi być wygodna! Musi! Nie ma zmiłuj się, że buty są boskie itd. Szanuje swoje stopy i tyle. Nie będe cierpieć dla urody;)
    Dlatego też nie kupuje butów np. w Bershce.

    Odpowiedz
     
  13. rayon_de_soleil

    Ja cenię sobie wygodę i kupuję ubrania, w których dobrze się czuję. Zdarzają się jednak odstępstwa od wyżej wspomnianej reguły :) Kiedy coś mierzę i moje odbicie w lustrze jest niesamowite, kupię tę rzecz nawet za cenę pewnej niewygody. Potem od czasu do czasu się poświęcam i zakładam tę rzecz, wiem jednak, że wyglądam extra, więc opłaca się pocierpieć odrobinę :)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *