22

gru

Odnaleźć swój styl

Od jakiegoś czasu dostaję maile z powtarzającym się pytaniem, co zrobić, żeby mieć swój styl. Zawsze mi miło, ale też trochę nieswojo, bo wskazanie drugiej osobie drogi w znalezieniu odpowiedniego stylu to rzecz, która bardzo rzadko udaje się nawet najznamienitszym stylistom. Postanowiłam jednak, że podzielę się tym, czego doświadczyłam na sobie. Nie mam pojęcia, czy mój styl da się jakkolwiek określić, ale na pewno ma jedną istotną cechę: czuję się w nim dobrze. Oto kilka punktów, których według mnie warto się trzymać.

1. Cierpliwość. Własnego stylu nie znajdzie się z dnia na dzień. Trzeba dać sobie czas i dużo luzu. To ma być przyjemność, nie ciężka praca.

2. Inspiracje. Można je znaleźć wszędzie. Magazyny o modzie i blogi to podstawa. Ja uwielbiam szukać pomysłów w filmach. Warto być czujnym: inspiracje lubią przychodzić znienacka. Wyłaniają się z obrazów, rzeźb, teledysków… Niektórzy szukają pomysłów w nietypowych źródłach, choćby ornitologicznych. Przepiękne zestawienia kolorystyczne prezentują np. paw i sójka :-))).
Można stworzyć sobie miejsce z ulubionymi zdjęciami i pomysłami: katalog na komputerze albo całkiem realny notes. Bardzo miło jest potem oglądać, jak ewoluowały nasze upodobania.

3. Wzór do naśladowania. To nieprawda, że naśladowanie do niczego nie prowadzi. Trzeba tylko wiedzieć, jak to robić. Nie chodzi o to, żeby biec do sklepu i kupować identyczne rzeczy. Warto raczej podpatrzeć triki, jakie stosuje osoba, której styl nas interesuje. Muszę przyznać, że kiedyś dość często wpadałam na genialnie ubraną kobietę. Nigdy się nie poznałyśmy, ale rozpoznawałam ją z daleka i zawsze w jej ubiorze coś mnie fascynowało. Zazdrościłam jej rozpoznawalnego stylu i teraz widzę, że miała ona duży wpływ na moje poszukiwania.

4. Łamanie zasad. Od dziesiątego do dwudziestego roku życia unikałam wszystkiego, co różowe. Już tu kiedyś pisałam o mierzeniu wściekle różowej sukienki tuby z piórami „dla jaj”. To był szok i prawdziwy przełom: teraz to jeden z moich najukochańszych kolorów. Od tamtej pory często eksperymentuję, biorąc do przymierzalni najdziwniejsze egzemplarze. Dzięki temu wciąż odkrywam coś nowego, w czym dobrze się czuję i wyglądam, ale też pozbywam się złudzeń :-).

5. Znajomość własnej sylwetki. To bywa trudne, ale trzeba się postarać i obiektywnie spojrzeć na swoje ciało. Poznać plusy i minusy, nauczyć się tworzyć odpowiednie proporcje. Czasem to, co uważamy za wadę, umiejętnie podkreślone przeistacza się w zaletę. Świetne (choć czasem nieco zbyt znerwicowane) są pod tym względem Trinny i Susannah. Ich podział na dwanaście typów kobiecych sylwetek bardzo ułatwia sprawę. Za męskie sylwetki też się brały, ale niestety brak mi szczegółowych danych…

6. Dobra bielizna. Dotyczy to przede wszystkim kobiet, bo chodzi przede wszystkim o stanik. Gdy znajdziemy idealny rozmiar, ubrania zaczynają się lepiej układać. Okazuje się, że da się nosić fasony, które wcześniej ze względów technicznych były niemożliwe. Sprawdziłam na sobie, więc wiem, co mówię. Niewtajemniczonym polecam Stanikomanię, dzięki której można bezboleśnie rozpoznać właściwy rozmiar, poczytać fachowe teksty i znaleźć sklepy, w których nie będziemy besztane w przymierzalni przez zwariowaną ekspedientkę.

7. Mniej znaczy więcej. Lepiej podkreślić jedną charakterystyczną rzecz, niż przeistoczyć się w Annę Piaggi. Nie oszukujmy się, ona jest niepowtarzalna. No chyba że… patrz punkt 10 :-).

8. Strefa bezpieczeństwa. Nasza szafa powinna mieć bazę. Niekoniecznie chodzi o tzw. „klasykę”, raczej o to, by nie trzeba było się zbyt długo zastanawiać, co na siebie włożyć. Moim zestawem ratunkowym są rurki i koszula. Nad butami nie muszę już myśleć, bo większość pasuje – zazwyczaj na wybór ma wpływ pogoda :-). Do tego trencz – powtórzę się, ale wciąż uważam, że można go nosić nawet na piżamę i będzie się wyglądać świetnie. A potem idą dodatki – i to już nie jest trudne.

9. Oszczędność. Tak, tak, mówi to Wam prawdziwa zakupoholiczka. Nie ma nic gorszego niż szafa przepełniona byle jakimi rzeczami kupionymi pod wpływem chwili. Nałóg można oswoić i umiejętnie rozwinąć :-). Obecnie kupuję znacznie mniej rzeczy, za to zwracam większą uwagę na jakość. Wybieram też więcej rzeczy uniwersalnych niż takich na jeden sezon. Choć oczywiście daję się czasem zwieść ulotnym trendom, to przecież czysta przyjemność :-).

10. Pewność. Nawet baśniowy zestaw od Prady nie będzie wyglądał dobrze na kimś, kto nie jest do niego przekonany. Nie ma sensu nosić czegoś, w czym nie czujemy się dobrze. Idealne ubranie nie zawraca nam sobą głowy. To ono jest stworzone dla nas, nie odwrotnie. Podobnie z upartym trzymaniem się danego rozmiaru (oprócz butów i stanika, rzecz jasna ;-)). Ja na przykład noszę i 34, i 42. Ani mnie nie rozwesela ten mniejszy, ani nie załamuje największy numer (i odwrotnie ;-)). Wybieram to, co najlepiej według mnie leży, w czym lepiej się czuję. Ubranie często odzwierciedla nastrój, a cudownie jest, jak ten nastrój może jeszcze poprawić.

To na pewno nie wszystko, ale myślę, że na początek wystarczy. Powodzenia!

18 myśli nt. „Odnaleźć swój styl

Dodaj komentarz
  1. jgn

    pisanie takich porad to zawsze śliska sprawa, ale wyszłaś z tego obronną ręką :)
    myślę, że najważniejszy jest punkt 10. Pewność zapewni nam styl ;)

    Odpowiedz
     
  2. ryfka81

    Oj, brakowało mi tych Twoich postów :)
    Podpisuję się pod wszystkimi punktami, zwłaszcza pod 4. Nie ma nic gorszego niż narzucić samej sobie jakieś głupie zasady („tego nigdy nie założę”; „to jest fajne, ale nie w moim stylu”; „chciałabym, ale nie mam odwagi”; „chłopak/znajomi/rodzina będą się dziwić”). Strojenie się powinno być zabawą. Otwartość i dystans do siebie bardzo wskazane :)
    A co do punktu 10, wryła mi się w pamięć zasłyszana gdzieś złota myśl: „Noś co chcesz, byle z przekonaniem”. Patrząc na Annę Piaggi, trudno się nie zgodzić :)

    Odpowiedz
     
  3. black_magic_women

    Do mnie przemawia rada nt rozmiarów.Od jakiegos czasu obserwuje fetyszyzacje rozmiaru-numerek ma byc niby wazniejszy od tego jak wyglądam?!Jeszcze niedawno 38było uważane za optymalne,teraz co druga chce nosic 34.Nie powiem,sama sie czasem na tym łapie.Np wczoraj w Mango.Czekałam aż przecenia takie świetne podkoszulki z neonowymi nadrukami.Ku mojemu zdziwieniu ostała sie jedna jedyna…XLka.Wziełam,z możliwością ewentualnego zwrotu.Rozmiar nie był wcale wielki(takie M),a wersji ciasniejszej ,nawet sobie jej nie wyobrażam;)

    Odpowiedz
     
  4. black_magic_women

    czula-halina
    Mango ma małą rozmiarówkę.Zauważyłam to mierząc kiedyś sukienkę i nie mogąc jej następnie zdjąć w przymierzalni.

    Oj małą.Bluzka jest tylko lekko luzna,za to ciut za dluga

    Odpowiedz
     
  5. vesper_lynd

    O, najbardziej spodobał mi się punkt ostatni – nie rozumiem skąd ta rozpacz przy zakupie np. rozmiaru 40. Mam w swojej szafie ciuchy od XS po XL, co marka to miarka i nie śni mi się tym przejmować :) No i kwestia bielizny jest ważna – bez tej podstawy sylwetka może wiele tracić. Smutnie spłaszczony biust nie ozdobi żadnej kreacji. Ostatnio z wielką frajdą noszę najprawdziwszy gorset z fiszbinami pionowymi, który w dodatku jest przepiękny… A sylwetka jak u pin-up girl :) pozdrawiam!

    Odpowiedz
     
  6. kasica_k

    To ja jeszcze nawiążę do ostatniego punktu – rozmiaru stanika też nie można trzymać się niewolniczo. Po pierwsze, warto systematycznie oceniać, czy dany rozmiar nadal właściwie leży (nasze sylwetki się zmieniają), a po drugie – nie tylko marka, ale i model modelowi czasami nierówny pod względem rozmiaru. Podobnie jak z ciuchami – może różnice nie są tak dramatyczne, ale są. Mam w szafie bluzki S i XXL, staniki oscylują wokół brytyjskich 34-36 FF-GG (na 85D nie ma szans :). Warto pamiętać, że nie istnieje coś takiego, jak Ostateczny Rozmiar Stanika dla danej osoby.

    No i wspomniana wyżej fetyszyzacja rozmiarów w niczym chyba nie jest widoczna tak bardzo, jak w bieliźnie – przywiązanie do cyfr czy liter („ale ja mam B i w życiu żadnego D nawet nie przymierzę!”) jest niezwykle silne. Podsumowując, trzeba zerwać z tym magicznym czy też życzeniowym myśleniem i zacząć dobierać bieliznę i ubrania do tego, jakie jesteśmy naprawdę.

    A wracając do ubrań, bardzo podoba mi się punkt o łamaniu zasad – mam wrażenie, że wiele kobiet, zwłaszcza młodych, ma skłonność do strasznego usztywniania się stylistycznego („nigdy nie włożę nic różowego”, „źle wyglądam w sukienkach”, „kwiatki to nie dla mnie”, „mama mówiła, że w czarnym wyglądam blado”). Taka sztywność nigdy nie jest dobra. Warto poszukiwać, choćby po to, by nie żałować potem, że nie spróbowało się tego czy tamtego, bo im dłużej tkwimy w jakimś schemacie, tym trudniej z niego wyjść. A własny styl to coś więcej niż schemat.

    Zresztą wszystkie punkty są bardzo inspirujące.

    Pozdrawiam – już bardziej noworocznie :)

    Odpowiedz
     
  7. kasica_k

    Pozwolę sobie jeszcze zareklamować nowego stylistyczno-biuściastego :) bloga bra-fitting.eu/ – autorka przedstawia w nim propozycje krojów ubrań dla różnych sylwetek, trochę w stylu T&S, ale moim zdaniem dużo wnikliwiej. Na razie głównie propozycje dla najróżniejszych odmian figury z niedużym biustem (ostatnio sukienki sylwestrowe), ale blog dopiero się rozkręca :)

    Odpowiedz
     
  8. maith

    Bardzo podoba mi się to, co napisałaś. W ogóle uwielbiam mądre teksty, z których wynika, że to ubranie jest dla nas, a nie my dla ubrania. Nie nosimy przecież tak naprawdę metki czy marki, czy informacji, którego wizażysty słuchałyśmy. Nosimy coś, co albo podkreśli naszą urodę, albo nas oszpeci.

    Świetnie, że napisałaś o łamaniu zasad, szczególnie że one często są narzucone np. przez modę panującą w jakimś okresie. Pamiętam jeszcze dyskusje z ludźmi, którzy wyobrażenie o tym, jak powinny się ubierać miały np. z lat 80-tych, kiedy nie stosowano np. niektórych zestawień kolorystycznych. Jak choćby różu z szarością. Znam osoby przekonane, że brązobeże gryzą się z szarym (absurd) czy że nie można połączyć czerwieni z zielenią (też absurd). Do tego dochodzą kolory uważane w danym momencie za passe (np. przez jakiś czas fioleciki, czy obecnie bardzo popularny zestaw „pomarańcz-brąz”). Ludzie sobie takie mody narzucają na stałe (szczególnie, że kiedyś elementy mody potrafiły się utrzymywać przez całą dekadę) i potrafią długo odrzucać coś, w czym tak naprawdę im dobrze.

    Równie absurdalne jest noszenie danego kroju „bo jest modny”. Widziałam już np. dziewczyny z krótkimi nogami, które jeszcze bardziej je skracały modnymi akurat szerokimi spodniami do pół łydki. Inna sprawa, że w Polsce jak jest moda, to nie da się kupić czasem niczego innego w sklepie.

    Myślę, że się zgodzimy, że kwintesencją własnego stylu jest stawianie siebie przed modą. Różnych rzeczy warto próbować, ale nosić wyłącznie, jeśli rzecz pasuje do nas. A nadal zbyt wiele kobiet martwi się, że one nie pasują do chwilowej mody. Już pomijam po prostu szkodliwe artykuły w stylu „w tym sezonie modny jest duży biust, nie tak jak w poprzednim mały” (zupełnie jakby ktoś chciał doprowadzić do tego, żeby kobiety co pół roku to szły na jedną, to na odwrotną operację piersi).

    Typy T&S to świetna rzecz, bo znacząco poszerza horyzonty w stosunku do wyobrażenia, że kobiety dzielą się na klepsydry, cegły i gruszki, koniec. Oczywiście tu też trzeba mieć świadomość, że wszystkie zestawy cech nie zostały i tam uwzględnione i nie martwić się, jeśli żaden z typów tak do końca nie pasuje. Ich też jest jeszcze za mało, no i określają wyłącznie nasz widok na wprost, a przecież jesteśmy trójwymiarowe :)

    Odpowiedz
     
  9. wera9954

    Bardzo mi się podoba ta notka :) Z tym, że ja szukam własnego stylu inaczej. Kupuję i noszę to, co mi się po prostu podoba. Co do rozmiarów – kiedyś miałam „fobię rozmiarową”
    i nawet nie przymierzałam ubrań w rozmiarze większym niż 36 dlatego, że byłam przekonana, że to dla mnie jedyny słuszny rozmiar. Przy wymiarach 94-76-96 była to oczywiście kompletna bzdura, ale trafiało się duże 36. No i ubzdurałam sobie, że mam inne wymiary, dopiero potem się wymierzyłam i przyjęłam do wiadomości, że jestem jaka jestem. Jednak schudłam, obecnie noszę rozmiar 34-36 przy wymiarach 94-66-90 (w biuście jednak nie schudłam ;). Nie zawsze trzymam się jednak tych rozmiarów, czasami noszę 38, jeśli wypada małe, lub jeśli coś mi się bardzo podoba, a nie ma mniejszego rozmiaru. A mój rozmiar stanika to 28H, nietabelkowa jestem, bo ten rozmiar jest na 96,5 cm w biuście. No i nie zawsze należy się trzymać tego rozmiaru, bo staniki nie zawsze trzymają rozmiarówkę ;) Czasami trzeba wziąć mniejszy lub większy obwód, bo staniki mają różną rozciągliwość, nieraz się też zdarza, że miski wypadają większe lub mniejsze niż standardowo.

    Odpowiedz
     
  10. ensoleillement1

    Świetny artykuł, zgadzam się absolutnie ze wszystkim:) normalnie jakbym o sobie czytała, moje spostrzeżenia są identyczne w każdym z punktów. Nic dodać nic ująć:) No, może poza stanikami- bo jakoś ciągle nie daję się zarazić stanikomanią, i strefą bezpieczeństwa- bo u mnie musiałaby się zmieniać co minutę;) ale to chyba kwestia czasu. Pozdrawiam

    Odpowiedz
     
  11. agrado_22

    Dla mnie najważniejszy jest punkt 9 – oszczędność. w liceum mając np. 200 zł wolałam kupić 3 tańsze swetry niż jeden porządny. efekt był taki, że miałam dużo ciuchów, ale marnej jakości, które po jednym praniu nadawały się tylko do wyrzucenia. teraz kupuję mniej, ale lepsze (i droższe) rzeczy. może mam mniej ubrań, ale noszę je dłużej i są o wiele fajniejsze. nauczyłam się też, że bardzo ważna jest „baza”: czarne spodnie, biała koszula, dobre jeansy, czarny płaszcz i kozaki to podstawa. dopiero gdy to mam, mogę szaleć z kolorami i fasonami.
    Super przewodnik napisałaś, na pewno wielu osobom da wiele do myślenia i pomoże. Pozdrawiam i życzę szczęścia w Nowym Roku:)

    Odpowiedz
     
  12. trendsetterki

    Uważam, że całkiem zgrabnie udało Ci się stworzyć te 10 punktów ;) Dzięki za stronke do typów wg Trinni i Susannahy ;)
    Zapraszam do nas! Są nowe piękne rzeczy do kupienia!! trendsetterki.blox.pl

    Odpowiedz
     
  13. boovca

    Nie mam żadnych zastrzeżeń, wręcz zgadzam się ze wszystkim co napisała. Najważniejszą zasadą dla mnie jest pkt 5 znajomość własnej sylwetki. Jako właścicielka nietypowej figury niestety, muszę zrezygnować z noszenia wielu fasonów, które uwielbiam na kimś. Dzięki zaakceptowaniu własnej sylwetki, można umiejętnie zamaskować jej niedoskonałości, dodatkowo podkreślając swoje zalety.

    Do notki dopisuję jeszcze znajomość swojego typu urody, dzięki czemu można dobrać odpowiednią gamę kolorów własnej garderoby.

    aby okreslic swoj typ urody wystarczy odpowiedziec na kilka pytan (oczywiscie glebsza analiza kolorystyczna u profesjonalisty lepiej okresli typ urody, ale sprobowac zawsze mozna;)

    http://www.makijaz.net/tt.html

    Odpowiedz
     
  14. lilu.lilu

    Bardzo mi się podoba ta notka :) Podpisuję się pod wszystkimi punktami, tylko dałabym je w innej kolejności (chyba że nie są jakoś zhierarchizowane)!:))

    myśle że znajomość własnej sylwetk to podstawa:) bardzo ważna jest też pewność siebie!

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *