14

sty

Vintage: same plusy…

… i jeden minus. Ponieważ moje wizyty w popularnych sklepach odzieżowych mogę śmiało określić jako regularne, bez większych problemów rozpoznaję większość produktów zarówno na ulicy jak i w magazynach o modzie czy na blogach. Coś mi się podoba, idę do sklepu, oglądam sobie spokojnie i podejmuję decyzję. Kupić? Poczekać na przecenę? Poszukać lepszego rozmiaru? Koloru? Pełen komfort. Oczywiście czasem zdarzają się sytuacje, w których wydaje mi się, że bez konkretnej rzeczy moja cała szafa nie będzie miała sensu i pojawia się odrobina desperacji. Zazwyczaj jednak desperacja zostaje szybko zażegnana (zakupem lub nie, ale znika :-)). Potem spotykam tę rzecz na różnych osobach w różnych miejscach świata. Ot, taka cecha sieciówek. Ale…
Ostatnio coraz bardziej podoba mi się idea vintage. Owszem, mam w szafie trochę rzeczy, które kiedyś nosiła moja mama. I których raczej nikt inny nie ma. Raz w życiu zdarzyło mi się spotkać identyczną skórzaną marynarkę. Wisiała sobie w taniej odzieży na Francuskiej w Warszawie (już nie ma tego sklepu, a był jednym z lepszych w tym mieście, filia mieściła się przy Chmielnej, w bramie po schodkach – znowu robię dygresję, ale może ktoś pamięta?). Mam też kilka niezłych skarbów z second handów. Ale szczerze przyznam, przez ostatnich kilka lat strasznie się rozleniwiłam i jeśli chcę kupić coś konkretnego, poszukiwania zaczynam od sieci odzieżowych. Na nich też zwykle kończę, bo znajduję tam wszystko, czego potrzebuję. Teraz stopniowo przypominam sobie, że istniały czasy bez Zary, H&M itp. i jakoś dawało się radę. Może było trudniej zdobyć wymarzoną rzecz, ale wymagało to więcej kreatywności… i czasu. Teraz wymaga jeszcze szybkiego refleksu.
Bez metki i w jednym egzemplarzu? Wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki i nagle okazuje się, że upatrzona sukienka to… vintage! Nigdzie się jej nie kupi. Najgorzej jest ze sklepami internetowymi, gdzie można obejrzeć sobie okazje, jakie przeszły nam koło nosa :-). I to jest jedyny minus tego zjawiska.
Poza tym już od jakiegoś czasu obserwuję modowe sesje zdjęciowe z różnych krajów i coraz częściej spotykam pojedyncze elementy, niedostępne w sklepach. Model Chanel 2.55 sprzed dwudziestu lat, jeansowa sukienka Vintage Ralph Lauren, kozaki z lat siedemdziesiątych (własność stylisty – jak te słowa czasem potrafią wyprowadzić z równowagi! ;-)). Moda na vintage zatacza coraz szersze kręgi. Ona sobie trwa już od wielu lat, ale, nie wiedzieć czemu, dopiero teraz zaczęłam ją na nowo doceniać.
Nie wiem jak Wy, drodzy Czytelnicy, ale ja jestem rozpuszczona przez sieciówki do granic możliwości. Z prawdziwą przyjemnością spróbuję czegoś innego.
Będę wracać do tego tematu.

9 myśli nt. „Vintage: same plusy…

Dodaj komentarz
  1. black_magic_women

    Jako że nie jestem warszawianka zawsze miałam utrudniony dostęp do tzw sieciówek.Jeszcze w pierwszych latach XXI(jak to brzmi!)wieku ciuchy musiałam kombinować,przerabiać(kto pociął garniturowe spodnie taty?!),wyszukiwać perełki w tanich odzieżach śmierdzących odkażaczami..A teraz kiedy u i w Lublinie jest większość popularnych sieci,w dodatku tuz koło mojej pracy z radościa tam zaglądam,ale…rzadko kupuję.To co mi się podoba,jest dla mnie stanowczo za drogie,a to na co mnie stać..Zostają mi więć lumpeksy i allegro.A także najcenniejsza rzecz,czyli własny gust i wyrobione oko

    Odpowiedz
     
  2. boovca

    ojoj jak ja kocham notki o vintage i ciuszkolandach dzieki za wpis i naprawde super ze idziesz w tym drugim kierunku – pojedynczych egzemplarzy bez metki ;) jak znasz jakies ciekawe second handy on-line to prosze podaj linki :)

    Odpowiedz
     
  3. miss_large

    Szczerze mówiąc, mam zupełnie odwrotnie niż Ty (zastanawiam się czy nie powinnam powiedzieć Pani? Mam nadzieje, że nie czujesz się urażona takim bezpośrednim zwrotem). Mieszkam w małym mieście, jedyne firmowe sklepy jakie się tu znajdują to te zaopatrzone w sprzęt sportowy i bieliznę (co akurat jest plusem) i (o dziwo) Vertus. Kupując coś w jednym z naszych miejskich sklepów mogę mieć pewność, że za kilka dni spotkam w szkole osobę, która ma na sobie tą samą rzecz i automatycznie przechodzi mi ochota na jej noszenie. Za to przemysł zajmujący się używaną odzieżą bardzo szybko u nas kwitnie. Oczywiście bilet do najbliższego centrum handlowego kosztuje mnie 14 zł co nie jest wygórowaną ceną za bilet, ale to wymaga także poświęcenia całego dnia i wydania sporej ilości pieniędzy. A ja jestem patologicznym wręcz sknerą ;) Z resztą uszycie sobie czegoś samemu, czy przerobienie rzeczy znalezionej w SH daje wielką satysfakcję i gwarancję, że mam jedyny taki egzemplarz na świecie, a to przynosi największą radość

    Odpowiedz
     
  4. aga.pier

    Ja tez pamietam ten sklep na Chmielnej, w podwórku po schodkach. Tam było mnóstwo odziezy w stylu wojskowym ale i inne fajne. To juz tego sklepu nie ma? Nawiązując do Twojej wypowiedzi to ja własnie jestem taką vintagową babcią juz od ponad 20 lat. Ale z sieciówek tez lubię cos dołożyć i prawdę mówiąc kupowanie w H&M czy Zarze odkryłam dzięki forum Moda i Szafiarkom :-) i czasem coś tam nabywam :-)

    Odpowiedz
     
  5. agrado_22

    A ja nie umiem kupować w SH. mimo że czasy wielkich koszy z wrzuconymi byle jak ciuchami są już raczej przeszłością i teraz wszystko grzecznie wisi na wieszakach, to i tak nie mogę nic wypatrzeć. no i ten zapach mnie odstrasza. zdecydowanie lepiej czuję się w „normalnych” sklepach. pewnie wiele przez to mnie omija, ale jakoś nie mogę się przemóc.
    Co do nieobecności dużych galerii w małych miastach, to wiem coś o tym: do niedawna mieszkałam w mieście, gdzie jedyną sieciówką był Troll;) po przeprowadzce do dużego miasta, gdzie galerii jest sporo, na początku dziwnie się czułam: ciągle się w nich gubiłam, nie umiałam poruszać się po poszczególnych sklepach, nie wiedziałam jaki styl w nich panuje i w których znajdę coś dla siebie. masakra. na szczęście w ciągu 5 lat mieszkania tutaj już się jakoś połapałam i galerie są dla mnie jednym z najmilszych miejsc;)

    Odpowiedz
     
  6. kath.leen

    może nie kończy sie tylko na sieciówkach, ale ewidentnie za rzadko odwiedzam sh. moze raz na dwa miesiące. ale to jest zalezne od tego, ze sieciowe sklepy sa otwarte zawsze a lumpeksy niestety nie.

    Odpowiedz
     
  7. la_comadreja_roja

    ja zdecydowanie wolę wyszukać coś w lumpeksie niż kupić w galerii handlowej. sknerstwo nie pozwala mi poczuć pełnej satysfakcji po wywaleniu na jakąś szmatkę 100zł, lub, o zgrozo, więcej. Za to mam wiele rzeczy, kupionych za 1-5zł, których odpowiedniki widuję potem w Mango czy H&M. Ale jak coś mnie urzeknie, to marka się zupełnie nie liczy. Co do sklepów internetowych, to faktycznie- najczęściej najlepsze rzeczy dziwnym trafem są już wykupione! Tak było zawsze w vitageshop. Odkąd mam newsletter wchodzę w godiznach dostawy, ale jakość ich towaru tak się pogorszyła a ceny wzrosły, że nic mi się już od dawna nie spodobało. Polecam AE vintage i opisywane juz vintage Agi. A ostatnio i tak moim ulubionym butikiem wogóle jest… allegro.pl!

    Odpowiedz
     
  8. yourjoseph

    Vintage nie kochać się nie da(o czym same niedawno pisałyśmy). Szkoda tylko, że w Polsce wciąż brakuję vintage butików z prawdziwego zdarzenia i pozostają tylko te internetowe, które swoją drogą, też pozostawiają wiele do życzenia..Może marudzę, ale po prostu marzy mi taki skarbiec modowy, na miarę Paryża czy NY…

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *