Miesięczne archiwum: Kwiecień 2009

30

kwi

Ciąg dalszy nastąpi

Wiosenną część kolekcji Matthew Williamsona dla H&M mogli sobie wyrywać z rąk tylko nieliczni. Z letnią częścią będzie o wiele lepiej. Nawet jeśli po raz drugi nastąpi zmasowany atak, to tłum chętnych będzie miał do dyspozycji wszystkie sklepy w Polsce, a nie tylko jeden w Warszawie. Szczerze mówiąc zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu kolekcja letnia. Wprawdzie ze stylu boho chyba już nieco wyrosłam, ale dwie jasne sukienki ze zdjęć poniżej niepokojąco mnie kuszą. No i te wzory, zupełnie jak od Pucciego (co przestaje dziwić, gdy uświadomimy sobie, że Williamson jest tam od kilku lat dyrektorem artystycznym, więc może sobie zapożyczać do woli :-)). Znów jest kolorowo, ale klimat zdecydowanie bardziej wakacyjny.




A teraz, uwaga, coś, co często się u Harel nie zdarza. Mały podgląd na męską część kolekcji. Panowie, tym razem i Wy zajmijcie sobie miejsce w kolejce przed sklepem :-). Premiera 14 maja 2009.



Źródło zdjęć: hm.com, fot. John Scarisbrick

29

kwi

Ready to wear

Najświeższa wiadomość! Właśnie ruszył internetowy ciucholand Ready To Wear. Gdy dostałam e-mail, kliknęłam bez większego entuzjazmu – w końcu w sieci powstaje coraz więcej takich sklepów. Jednak to co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Starannie wyselekcjonowane ciuchy przepięknie przedstawione na modelce, która troszkę mi przypomina Charlotte Gainsbourg (którą uwielbiam). Sprzedaż prezentowanych artykułów odbywa się za pośrednictwem Allegro, w związku z czym zasady zakupów są bardzo proste i ogólnie znane. Ta metoda jest bardzo popularna u naszych bliższych i dalszych sąsiadów, a na e-bayu (zwłaszcza amerykańskim) wręcz roi się od sklepów oferujących ubrania z drugiej ręki, które poziomem dorównują bardziej komercyjnym przedsięwzięciom. Fajnie, że coś takiego ruszyło także w Polsce. Właścicielkom życzę wielu stałych klientów, a Czytelników zapraszam choćby do obejrzenia super zdjęć.



Źródło zdjęć: ready-to-wear.pl, fot. Aleksandra Pavoni

27

kwi

Harel na papierze?

Jakaś dobra dusza zgłosiła mnie do konkursu, za co serdecznie jej dziękuję. A teraz do rzeczy. Drodzy Czytelnicy, jeśli lubicie mój blog i chcielibyście poczytać Harel „w realu”, głosujcie :-). Wystarczy jedno kliknięcie myszką. Wygraną jest autorski artykuł na łamach Elle lub In Style. A nuż mi się uda!


konkurs

24

kwi

Dilemmas

Jeszcze całkiem niedawno siedziałyśmy w kawiarni na Nowym Świecie i dyskutowałyśmy, jak powinien wyglądać idealny magazyn o modzie. Gdybym wtedy wiedziała, że rozmawiam z redaktor naczelną, na pewno nie włożyłabym starych dżinsów i szarego swetrzyska, tylko zestaw zdecydowanie bardziej in vogue… Wnioski z rozmowy były takie, że właściwie każde nowo powstające pismo o modzie jest wariacją na temat tych istniejących.
Coraz większa liczba osób (w tym ja także) znajduje inspiracje głównie w internecie, na dobre porzucając papierowe wydawnictwa. Dzięki blogerom z całego świata możemy poznać modę, jakiej nie znajdziemy w żadnej gazecie. Reakcja na trendy jest natychmiastowa, powstają nowe style, zaskakujące pomysły. Mimo ogromnej siły, jaką mają w sobie stylowe blogi, do tej pory w Polsce jakoś nikt ich specjalnie nie docenił. Celem powstającego właśnie magazynu Dilemmas jest totalny przewrót w ułożonym i dość nudnym świecie serwowanym przez polskie gazety. Jednocześnie nie będzie on stanowić dla nich konkurencji, a raczej przyjemną alternatywę. Będzie bazować przede wszystkim na sile blogów modowych i ich autorów. Ma być kreatywnie i odkrywczo. Sama jestem ciekawa, jak to będzie wyglądać. A skromnie dodam, że mam swój mały udział w tym przedsięwzięciu. Magazyn będzie można czytać w sieci, po uprzednim zalogowaniu. Premiera wkrótce! Jeśli nie chcecie jej przegapić, możecie zamówić newslettter na stronie Dilemmas Magazine.



23

kwi

Spóźniłam się

Na miejscu byłam trzy kwadranse po uroczystym otwarciu. Co zastałam? Jeden pusty wieszak i pracowników H&M ekspresowo zapełniających puste miejsca ubraniami z regularnej kolekcji. Po projektach Matthew Williamsona nie było śladu! Znikome jej ilości można było znaleźć w przymierzalniach. Chwyciłam jedwabny kombinezon, żółty ozdobny top i wzorzystą sukienkę z falbanami, akurat w moim rozmiarze i w tym samym momencie zrobiła się do nich kolejka, a ja musiałam zapamiętać, której pani mam je wręczyć, gdy opuszczę kabinę. Wiedziałam, że kombinezonu na pewno nie kupię, bo osiemset złotych to duża przesada, ale chciałam chociaż sprawdzić, jak będę wyglądać w czymś, na co ostrzyłam sobie pazurki. Był naprawdę niezły, choć jak dla mnie zbytnio nawiązywał do stylu, który osobiście nazywam „JLo”, a chodzi w nim przede wszystkim o wygląd „na bogato”. Dużo błyskotek, krzykliwe kolory, szlachetne tkaniny, ale w lekko kiczowatym klimacie. I tak właśnie przedstawiała się zarówno kolekcja Williamsona, jak i większość pań w kolejce do moich chwilowych zdobyczy. Wyszłam z przymierzalni i szybko pozbyłam się „ciężaru”, tymczasem pusty wieszak przy witrynie nieco się zapełnił. Zapragnęłam chociaż dotknąć chabrowej marynarki, która cudownie się na nim objawiła, ale w tym samym momencie zapragnęły tego trzy inne kobiety. No cóż, aż tak bardzo mi nie zależało, więc uniknęłam udziału w walce. Kto tylko miał w ręku coś z kolekcji, był natychmiast otaczany przez spory tłumek i zarzucany pytaniami, czy wszystko kupuje, czy może coś odwiesza. Generalnie bardzo nerwowa atmosfera. Postanowiłam skorzystać z okazji i chwilę pogadać ze sprzedawcą. Na moje pytanie, jak sytuacja się miała punkt dziesiąta, odparł: „Dziwimy się, że nikt nie ucierpiał”. Ceny były dość wysokie, ale atrakcyjność kolekcji wzrosła po tym, jak okazało się, że w całości będzie dostępna tylko w Warszawie i tylko na Marszałkowskiej. Nie będę zadawać tu oczywistych pytań, bo robiłam to już niejednokrotnie. Idea luksusu za grosze upadła już dawno. A gdy wychodziłam, upadła też jedna z kolorowych świetlówek na wystawie i podwieszony pod spodem manekin, robiąc potworny hałas. Akcent niczym ze starej komedii :-).
Poniżej krajobraz po bitwie. Nie wiem, czy te manekiny były ubrane, ale nawet jeśli, to nie dłużej niż przez dwie minuty…



fot. Harel

P.S. Na pocieszenie mam informację, że czternastego maja pojawi się druga część kolekcji i będzie dostępna we wszystkich sklepach.

23

kwi

Trendy bardzo subiektywne

Z roku na rok z trendami jest coraz trudniej. Zalewa nas mnóstwo informacji o tym, co będzie modne, a co było i już nie wróci (a i tak wraca). Sama się tym zajmuję dość intensywnie i opisuję różne tendencje i zjawiska. Jest ich tyle, że trudno się zdecydować, co naprawdę się podoba, a co przyszło nam do głowy tylko dlatego, że jest uparcie lansowane przez różne źródła. To trochę jak z muzycznymi listami przebojów – zwykle znajdują się na nich te piosenki, które są najczęściej odtwarzane przez stacje radiowe, a nie te, które mają rzeczywistą wartość artystyczną. Poniższe przykłady to kierunki, które najbardziej przypadły mi do gustu. Nie wykluczają innych, ale to na nich skupiam się najbardziej. Oto lista subiektywna bardziej niż kiedykolwiek.

Marynarskie paski – żadna to nowość w moim przypadku, bo od pasków jestem uzależniona już kilka dobrych lat. Kojarzą mi się z Paryżem, a takie skojarzenie nie może być negatywne. Gdy nie mam czasu na długie rozważania, co na siebie włożyć, wybieram proste dżinsy, koszulkę w paski, baleriny i trencz. Zestaw niezastąpiony.



Kwiaty i koronki – trudno mi w to uwierzyć, ale jeszcze rok temu koronki zupełnie mi się nie podobały. Na kimś, owszem, ale na sobie? Kwiatowo – koronkowe wiosenne wybiegi zainspirowały mnie do tego stopnia, że obecnie jestem na etapie poszukiwania koronkowej sukienki. Tak to jest, jak na suknię ślubną wybierze się skromne kimono :-).



Szale i chusty z różnych stron świata to nawet nie trend, to moje życie :-). Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się znudzą. Latem przekształcają się w spódnicę, top albo turban. Akurat tak się złożyło, że tej wiosny będę w nich bardzo na czasie :-).



Ćwieki – na butach i paskach. Własnej roboty lub gotowe. Nie ma tu jednak ani cienia inspiracji wiekowymi subkulturami. Tworzymy nową: subkulturę wielbicielek stylu Carrie Bradshaw :-).



Japonia i okolice – wzory kwitnącej wiśni, kimonowe rękawy, paski obi, pałeczki we włosach – czyli dość stereotypowa wizja. Na tyle jednak przekonująca, że nawet Marc Jacobs się skusił i wykorzystał obi zarówno w swojej autorskiej kolekcji, jak i tej dla Louisa Vuittona.



Tatanka! – na to hasło zareagują filmowo wtajemniczeni :-). Te buty kupiłam trochę zamiast kowbojek, wobec których wciąż jestem dość nieśmiała. Gdy je przymierzyłam, nie mogłam się oprzeć – to najwygodniejsze pantofle, jakie kiedykolwiek miałam! Alternatywa dla balerinek i dość zaskakująca jak na mnie zmiana frontu :-).



Kulki! Oto efekt fascynacji letnią kolekcją Driesa van Notena i geometryczną biżuterią. Byłam gotowa zrobić coś podobnego sama, ale w końcu znalazłam genialne bransoletki za… 20zł.



I jeszcze trochę biżuterii, ale tym razem zmiana kontynentu. Te kolory to moja letnia paleta barw. Świetnie wyglądają łączone w dowolny sposób. Ostatnio odkryłam zestawienie elektrycznego błękitu i cynobrowej czerwieni (a tak swoją drogą, pamiętacie, drodzy Czytelnicy, tajemniczo brzmiące nazwy plakatówek? Ochra, siena palona czy cynober właśnie na zawsze wryły mi się w pamięć).



Znudziły mi się Wayfarery i wszelkie nimi inspiracje. Teraz czas na kocie oczy, zarówno w kwestii oprawek, jak i makijażu. Na razie jestem na etapie poszukiwania eye-linera, który by się nie rozmazywał – może przy okazji ktoś doświadczony coś mi podpowie?



Róż – w tym sezonie to on jest moim ulubieńcem. Nie potrzebuję szminki, przetrwam nawet bez cieni do powiek. Ale róż być musi. Jestem wierna wypiekanym różom Bourjois, choć niedawno spróbowałam konsystencji musu i muszę (musę?) przyznać, że też jest niezły. Do opalonej cery polecam brzoskwiniowe odcienie.



fot. Harel

I czyż ta wiosna nie jest piękna?