Miesięczne archiwum: Maj 2009

25

Maj

Lista ubrań wstydliwych

Czyli takich, które miałam, mam lub marzę, by mieć, a które stanowią szczyt obciachu, złego smaku lub kwintesencję stylowej tragedii :-). Myślę (a przynajmniej mam nadzieję), że nie jestem osamotniona.

1. Lateksowe legginsy – mam, noszę i nie przejmuję się, że podobne można dostać w internetowych sex shopach :-). Choć trzeba uważać na resztę dobranych ciuchów. Jeden nieostrożny krok i propozycje finansowe posypią się w mig :-).

2. Kowbojki – jeszcze nie mam. Może nigdy mieć nie będę. Ale podoba mi się, jak genialnie potrafią wyglądać ze zwiewną sukienką. Stylu Thelmy i Louise nie polecam stosować, choć miał on swój urok.

3. Bojówki – ich czas minął wraz z końcem roku 1998, ale ja byłam im wierna znacznie dłużej. Porzucone na rzecz rurek wróciły do moich łask w zeszłym miesiącu. Odkopałam jedną starą parę i kupiłam jedną nową. Ta nowa ciągnie w stronę kolekcji safari Ralpha Laurena, jest uszyta z lekkiego materiału i ma fajne detale, więc jakoś się broni. Ale stary egzemplarz jest niepokonany w swej brzydocie i za to go uwielbiam.

4. Japonki – po pięciu minutach łażenia po mieście stopy robią się czarne, no i ten typ obuwia niemiłosiernie „klapie” przy chodzeniu. Mimo to co roku kupuję sobie dwie pary ze słomkowej kolekcji H&M i noszę przez całe lato. Po sezonie mogę je bez żalu wyrzucić.

5. Arafatka – przyznaję, miałam chwilę słabości, podobnie jak duża część osób zafascynowanych modą, które niemal padły z wrażenia po obejrzeniu wyjątkowo jak na Ghesquiere’a i tę markę w ogóle miejskiej kolekcji Balenciagi na jesień 2007 z tuningowanymi arafatkami. Mimo że swoją pomalowałam w różowe serca, jakoś niespecjalnie dobrze się w niej czułam. Wymowa tej chusty okazała się zbyt ciężka i to przeważyło. Wolę mniej dosłowne inspiracje.

6. Lennonki – lat temu, nie przesadzając, osiemnaście, zaopatrzyłam się w swoje pierwsze lennonki. Były efektem ogromnej fascynacji zespołem The Beatles (choć wolałam McCartneya od Lennona – ale łatwiej było wyposażyć się w okulary niż strzyc na czeskiego piłkarza ;-)), która zresztą trwa do dziś (a „Revolver” i „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” wciąż zajmują wysokie miejsca na liście moich ukochanych płyt wszechczasów). Potem przyszły okulary „muchy” i lennonki poszły w długoletnią odstawkę. Aż nagle ujrzałam to zdjęcie i znów zaczęłam je nosić. Czy boję się, że będę, tak jak Mary-Kate Olsen, porównywana do Ozzy’ego Osbourne’a? Tylko troszkę ;-).

7. Kalosze – dlaczego kalosze wciąż funkcjonują jako modowe faux pas? Czy istnieje inne obuwie tak doskonale chroniące przed deszczem i błotem? Poniekąd jednak rozumiem negatywne „najazdy” na ten rodzaj butów. Bardzo trudno jest znaleźć ładnie wykonaną parę. Ja jeszcze nie znalazłam, ale wciąż poszukuję. Czy można w nich wyglądać dobrze? Po trzykroć tak! A skoro Miuccia Prada włączyła je do swojej najnowszej kolekcji, może wreszcie skończy się ich zła passa?

A co znajduje się na Waszych listach, drodzy Czytelnicy?

22

Maj

Trzy, dwa, jeden, zero…

Start!!! Dziś premiera Dilemmas Magazine:



A ja postanowiłam przedstawić numer „od kuchni”. A dokładniej mówiąc, pierwszy dzień sesji fotograficznych, które odbyły się w studiu udostępnionym przez Warszawską Szkołę Fotografii. Ile osób może się zmieścić w takim pomieszczeniu? Miałam wrażenie, że było nas w porywach do pięćdziesięciu. A ile ciuchów może się tam zmieścić? Wiedzą to tylko redaktor naczelna i stylistki, które własnoręcznie je tam przyniosły i od tamtej pory liczą ubrania nie na sztuki, a na kilogramy :-).

Poniżej Baglady, Ewa – redaktor naczelna i Sylwia – jedna z dwóch stylistek, które jako jedyne ogarniały ciuchowy misz masz na wieszakach i okolicach.



W koszuli w kratę Sara, szefowa działu mody:



Bubble Factory Team, czyli Aife i Villk. Wierzcie lub nie, ale będąc w Warszawie spędziły one w tej pozycji dwa pełne dni i mimo zmęczenia wciąż towarzyszył im uśmiech i pozytywna energia, która udzielała się wszystkim wokół.



Ze Styledigger gadałyśmy oczywiście o ciuchach, między innymi o tej kopertówce, którą potem ona kupiła, a ja nie i teraz trochę żałuję. Natomiast mamy te same czarne gladiatorskie sandały, tylko ona w nich śmiga niczym Carrie Bradshaw, a ja muszę jeszcze trochę poćwiczyć :-).



Prawdziwy backstage. Pierwsza z prawej stoi autorka tego bloga w przerobionych własnoręcznie butach, oczekująca na profesjonalny makijaż. Druga z prawej to Ryfka , matka przełożona, która rozpoznała mnie dopiero po kilkunastu minutach rozmowy :-). A gdy już siedziałam przed lustrem, pojawiła się Styledigger i powiedziała: „Dziewczyny, przyszłam wam oddać rzęsy”, co zabrzmiało niczym tekst rodem z „Rodziny Adamsów”. O co chodziło z rzęsami i jak wyglądały efekty tego intensywnego weekendu? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie tutaj .



Zdjęcia: Bubble Factory, Dilemmas.

19

Maj

Jasne perspektywy

Coraz bardziej podoba mi się nasza polska moda. Nie dość, że projekty ciekawe i nowoczesne, to jeszcze nadające się do (niemalże) codziennego użytkowania. Wiadomo, suknie z piór za sześć tysięcy złotych to wysokie krawiectwo i nie ma sensu krytykować, że nie da się w nich wyjść do sklepu po bułki (choć założę się, że znalazłoby się kilka odważnych kobiet) i że w ogóle są takie „nieprzystosowane”. Ale mam wrażenie, że jeszcze do niedawna pomiędzy tym wysokim krawiectwem a dołującymi jakościowo efektami szybkiej mody istniała w tym kraju niewypełniona luka. Zarówno sukienka za te przysłowiowe już sześć tysięcy, jak i taka za sześćdziesiąt złotych nadaje się do jednorazowego użytku. Ta pierwsza – ponieważ jest zbyt oryginalna, by się powtarzać. Ta druga – bo po pierwszym, względnie drugim praniu traci kształt, kolor i właściwie wszystko, co tylko stracić można. Konkludując, żadnej z nich nie opłaca się kupować.
I tu pojawiają się rzeczy stanowiące kompromis, znajdujące się w połowie drogi pomiędzy totalnym luksusem a jakościowym dołkiem. Te kolekcje można spokojnie przyrównać do prêt-à-porter, z tym że z półki wysokiej, tej, na której znajdują się Marc Jacobs czy Donna Karan, tej, która co pół roku ma swoje pokazy w najważniejszych miejscach na świecie. Mamy jednak o wiele więcej szczęścia niż rodacy Marca Jacobsa. W tym przedziale cena sukienki wynosi mniej więcej sześćset złotych, czyli wciąż o wiele, wiele taniej. Dużo? Owszem, dużo, ale gdyby policzyć wszystkie chybione zakupy, okazałoby się, ze bez problemu mogłybyśmy sobie na tę sukienkę pozwolić.
Nie będę się jednak rozpisywać o fast fashion oraz metodach unikania jego pułapek (zwłaszcza że ja wciąż w nie wpadam, mimo że czasem pozuję tu na eksperta od rozsądnych zakupów ;-)). Chodzi mi o przybliżenie pozytywnego zjawiska, które dokonuje się tu i teraz, na naszych oczach. Coraz więcej polskich projektantów serwuje nam ubrania przemyślane, ale niewydumane. Twórcy realizują swoje pomysły w sposób przyjazny przeciętnemu (w dobrym znaczeniu) klientowi. Powstają nowe kolekcje oparte na jakimś motywie przewodnim, a poszczególne elementy świetnie się ze sobą zgrywają w różnych konfiguracjach. Jeśli nawet polska moda z niezależnych od siebie przyczyn wciąż jest nieco „do tyłu” w stosunku do reszty świata (albo może raczej kilku światowych stolic), to moim zdaniem nadgania w godnym podziwu tempie.

Jako dowód projekty Ewy Morki:



Źródło zdjęć: saltandpepper.pl

i Ewy Jagielskiej-Żak dla Leo Lazzi:



Własność zdjęć: Leo Lazzi.

14

Maj

Odd Molly

Mała przerwa od prostych fasonów i oszczędnych krojów. Odd Molly to taka marka, która na pierwszy rzut oka może się wydawać krzykliwa i nazbyt kolorowa, ale gdy raz się spróbuje, trudno się będzie oderwać. To rzeczy wykonane niezwykle precyzyjnie i zaprojektowane tak, by czuć się w nich i swobodnie, i kobieco. Od niedawna jest dostępna także w Polsce, choć ceny nie należą do zachęcających.
A zaczęło się zupełnie przypadkowo, gdy niezależna projektantka Karin Jimfelt-Ghatan i … były mistrz świata w skateboardingu (!) Per Holknekt spotkali się przy okazji jakiegoś projektu w agencji reklamowej w Sztokholmie. Pół godziny później mieli gotowy pomysł na markę odzieżową – nie miał on nic wspólnego z pierwotnym celem ich spotkania. Cóż, nie znamy ani dnia, ani godziny, w której można spotkać swoją bratnią duszę – jak widać, w interesach to też ma swoje zastosowanie :-).
Odd Molly to nazwa na cześć pewnej dziewczyny, którą Per zapamiętał ze skate’owskich czasów. Jako jedyna pozostawała obojętna na nieodparty urok chłopaków na desce, w związku z czym budziła ich największe zainteresowanie. Ubrania Odd Molly tworzone są właśnie z myślą o kobietach, które ubierają się dla siebie. Takich, które nie tylko chcą dobrze wyglądać, ale także dobrze się czuć w tym, co mają na sobie. Przez sześć lat popularność marki wzrosła tak bardzo, że obecnie jest dostępna w ponad 1500 miejscach na całym świecie. Ma na swoim koncie także kilka ważnych nagród dla firm odzieżowych.
Gdy pierwszy raz zetknęłam się z tymi ubraniami, miałam ochotę wykupić całą kolekcję. Jednak w związku z tym, że tania nie jest, postanowiłam się zainspirować i nadać kilku swoim ciuchom podobny charakter. Relacja zapewne za jakiś czas ukaże się na Lookbooku, tymczasem zachęcam do obejrzenia kolekcji Odd Molly w sieci. I jeszcze ciekawostka (już kończę, już kończę), cała strona internetowa została wykonana na bazie zdjęć oryginalnych tkanin, z których szyte są ubrania tej marki.



Źródło zdjęć: oddmolly.com

13

Maj

Klimat jesienny

Nie tęsknię za jesienią, nawet specjalnie za nią nie przepadam, ale gdy widzę takie zdjęcia, jakaś część mnie nie może się doczekać pogody, która wymaga włożenia płaszcza i rękawiczek. Takie światło, kolory i rześkość powietrza (którą zaskakująco dobrze się w tych zdjęciach wyczuwa) zdarzają się tylko wtedy. Oto jesienna kolekcja francuskiej marki Bgn w obiektywie Matthew Brooksa. Twarzą kolekcji już kolejny sezon jest Małgosia Bela. Nic dodać, nic ująć.











fot. Matthew Brooks


8

Maj

Exclusive

Zanim uznacie, drodzy Czytelnicy, że H&M ostatnio zbyt często się tu pojawia, spójrzcie na poniższe zdjęcia. Po prostu nie mogłam sobie odmówić zaprezentowania choć części kolekcji Divided Exclusive, która łączy w sobie mnóstwo inspiracji, od Ghesquiere’a do Luelli, od disco po punk rock, w międzyczasie zapożyczając co nieco z lat dziewięćdziesiątych. To linia zdecydowanie imprezowa, według Ann-Sofie Johansson, głównej projektantki firmy przeznaczona na lato (ma się pojawić w sklepach już pod koniec maja), ale moim zdaniem te rzeczy spokojnie nam posłużą także w dalekim, lecz nieuniknionym sezonie jesiennym. Wybór małych czarnych jest imponujący, ja jednak zasadzam się na „poprute” legginsy i ćwiekowy naszyjnik.





Źródło zdjęć: hm.com

P.S. Wieści dla zainteresowanych! Dobra wiadomość: kolekcja Divided Exclusive będzie dostępna od 21 maja. Zła wiadomość: tylko w Warszawie na Marszałkowskiej.