Miesięczne archiwum: Lipiec 2009

21

lip

Nostalgicznie

Jakiś czas temu w którejś z gazet (nie pamiętam już w której, tak to jest, gdy podczas dwóch tygodni zasłużonych wakacji czyta się wszystko, co popadnie) znalazłam bardzo fajny tekst o przebojach minionego dwudziestolecia. Mimo pozorów, niewiele z wymienionych pozycji dotyczyło muzyki. Za to część związana była z modą i zainspirowana tym, co przeczytałam, postanowiłam podzielić się z Wami odzieżowymi grzechami mojej młodości (po cichu licząc na odzew drugiej strony).
Moim największym ciosem w stronę mody były dresy, tzw. „szelesty”. Owszem, wstydzę się, potwornie się wstydzę (mimo że miałam wtedy zaledwie jedenaście lat), ale nie będę udawać, że przez pewien (na szczęście krótki) czas ich nie nosiłam. Zwłaszcza że zostało to udokumentowane fotograficznie. Były takie wakacje (spędzone w Łebie, rzecz jasna – kto pamięta lody z jagodami i bitą śmietaną sprzedawane w małych żółtych domkach w drodze na plażę?), gdy każda rodzina była zaopatrzona w szeleszczące komplety. Na szczęście wtedy coś mnie tknęło i porzuciłam czarno różowy dres (tak, tak…) na rzecz znacznie spokojniejszej szarej bawełnianej wersji :-).
Numerem dwa były seledynowe ogrodniczki dla kobiet w ciąży, które nosiłam w siódmej klasie, nie zważając na szkody, jakie wyrządzały mojej figurze. Szkód w kwestii figury było więcej. W erze dominacji stylu grunge najlepsze koszule w kratę znajdowałam w szafie taty. Nie szkodzi, że sięgały mi do kolan i mogły się w nich zmieścić jeszcze ze dwie trzynastoletnie Harel… Wprawdzie dziś uważam, że z podkreślaniem figury trzeba się wyluzować i nie robić tego na siłę – wciąż wolę męskie białe koszule od damskich (z niemal zawsze idiotycznie wykonanymi zaszewkami, które na kobiecej figurze nie mają szans dobrze się ułożyć), ale nie podbieram ich żadnemu mężczyźnie z szafy, tylko kupuję w działach męskich (z zawsze pustą przymierzalnią i porządkiem wśród wieszaków :-)).
Następnie… Białe skarpetki i mokasyny. Nie miałam pojęcia, że coś jest nie tak, dopóki nie usłyszałam piosenki Kukiza o Shazzie :-). Komentarz zbędny.
Męski płaszcz za szeroki w ramionach i tak stary, że nie miał już żadnego wyglądu, podciągnę pod popularny wśród ofiar mody „styl na kloszarda”. Powiedzmy, że bawiłam się wtedy w trendsetting… Ale wzbudzałam negatywne zainteresowanie wśród ochrony chyba w każdym sklepie.
Zbrodni przeciw modzie było znacznie więcej, ale akurat te zapamiętałam najlepiej. Teraz Wasza kolej, drodzy Czytelnicy. Nie zostawiajcie mnie samej, dajcie mi, proszę, nadzieję, że błądzić jest rzeczą ludzką ;-).

16

lip

The Catorialist

Dawno nic nie wywołało u mnie tak długotrwałego uśmiechu. Zapewne znacie, drodzy Czytelnicy, najsłynniejszy chyba blog street fashion (choć jego autor wciąż podkreśla, że ze street fashion ma niewiele wspólnego), The Sartorialist. Już od niemal roku ma on potężną konkurencję. Świat kotów okazuje się nie mniej stylowy niż świat ludzi. Udowadnia to Maxwell Krivitzky w blogu The Catorialist. Znajomy szablon, podobne tytuły postów, a wszystko z cudnym przymrużeniem oka. Poniżej białe kozaczki prosto z Los Angeles. Mój ulubiony wpis to Grunge Look – nonszalancki kocur uchwycony w Mediolanie. Polecam – na poprawę lub utrwalenie dobrego humoru.



Źródło: thecatorialist.blogspot.com

15

lip

Ech, Coco…

Słyszałam, że wielu wielbicieli i znawców biografii Coco Chanel spotyka w kinie rozczarowanie. Ja jednak pozostałam całkiem bezkrytyczna, zahipnotyzowana odgłosem ciętego przez nożyczki materiału… Jako zwolenniczka coraz większego procentu „do it yourself” we własnej szafie, wpatrywałam się w ekran oczarowana. A gdy jeszcze pojawiły się bretońskie paski, całkiem straciłam głowę. Byłam tym bardziej szczęśliwa, że dzień wcześniej kupiłam na wyprzedaży bluzkę w takowe (może troszkę bardziej „driesowate” – ale w końcu monsieur van Noten do wybrzeża ma niedaleko) za całe piętnaście złotych polskich i akurat miałam ją na sobie. Rybacy z północy Francji nosili koszulki w biało granatowe paski jeszcze w dziewiętnastym wieku. Słynna Coco sprytnie przechwyciła je i wprowadziła do kobiecej mody. Uwielbiał je Pablo Picasso, pod koniec dwudziestego wieku rozsławił Jean Paul Gaultier, a na początku dwudziestego pierwszego przypomina o nich choćby moja ukochana Alexa. Zbieżność tego obrazka z pozostałymi oczywiście przypadkowa ;-).



Źródło: gazeta.pl

11

lip

Plisy poproszę :-)

Pleats Please to marka, którą w latach osiemdziesiątych stworzył Issey Miyake. Ubrania z gniecionego plisowanego materiału to jego dzieło – i ponadczasowy znak rozpoznawczy. Projektant jest twórcą całkiem nowej techniki plisowania, która nie pozbawia materiału lekkości czy elastyczności. Wprawdzie pierwsza fascynacja tego typu ciuchami już przeminęła (i to ponad dwadzieścia lat temu), co nie znaczy jednak, że dziś nie są równie doceniane. Łatwo się pogubić, gdy moda pędzi jak japoński pociąg ekspresowy, ale warto pamiętać, kto był pierwszy, zanim padnie się z zachwytu na widok plisowanych pomysłów wschodzących gwiazd nowoczesnej mody. Najnowsza kampania Pleats Please została stworzona przez Taku Satoh Desigh Office i słynny materiał przedstawia w formie… sushi. Zaskakujące i genialne.

Źródło: viewonfashion.com

P.S. A jak wygląda sushi po rozłożeniu można zobaczyć tutaj :-)

10

lip

DIY

Dziś będzie coś fajnego :-). Wprawdzie nie podobają mi się te przesadnie podniesione ramiona, a fakt, że ta kolekcja była najczęściej kopiowaną przez sieciówki także nie dodaje uroku, ale Balmain w wydaniu Christophe’a Decarnina ma w sobie coś hipnotyzującego. Być może określenie tych ciuchów jako łatwe do wykonania w domu będzie przesadą, ale gdy spojrzy się na przykład na taki pomysł, niemożliwe nagle staje się wykonalne (przy okazji polecam cały blog Maison des Reveries). I kolejne inspiracje pojawiają się same. Cekiny świetnie się nadają na srebrny motyw na zwyczajnym czarnym topie albo podkreślenie granatowych pasków na bretońskiej koszulce. Łańcuchem można ozdobić dół spódnicy lub buty. Zamek błyskawiczny? Świetny do okręcenia wokół kozaków. Albo stworzenia całkiem nowej kombinacji. Militarne naszywki i guziki – to już znamy i stosujemy nie od dziś. Może jeszcze szkiełka w srebrzystej gamie kolorystycznej, które ozdobią już nieco nudne czarne sandały? Będzie co robić :-).




balmain