Miesięczne archiwum: Lipiec 2009

8

Lip

Gdy Metka ma znaczenie…

Mimo pozorów dziś nie będzie ani o markowych ciuchach, ani o ruchu „no logo”, ani nawet o modzie. Pamiętacie moją wizytę w atelier Metka by Traczka? Od tamtej pory dużo się zmieniło. Wszystko szło genialnie aż do ostatnich dni czerwca. Ulewy, które przeszły wtedy nad Warszawą, kompletnie zalały pracownię.

Tak było:



Tak jest :-(



Zajrzałam na blog Metki w zeszłym tygodniu i zamiast inspirujących nowości, zastałam to zdjęcie. Ania Traczewska nie poddała się i ruszyła z produkcją u siebie w domu. Przez cały zeszły tydzień ratowała co się dało – na szczęście cudem ocalały tkaniny, które z powodu wcześniejszego remontu budynku zostały zabezpieczone folią – czasem nie warto się śpieszyć z poremontowym rozpakowywaniem… Woda sięgała do pół uda, więc wszystkie meble plus świeżutkie linoleum nadają się tylko do wyrzucenia.
Zastanawiałam się, co mogłabym dla Traczki zrobić i uznałam, że z Waszą pomocą, drodzy Czytelnicy, da się zrobić całkiem sporo.
Jeśli do tej pory nie zdecydowaliście się na zakup woreczków podróżnych „Metka by Traczka”, ten moment jest idealny: po pierwsze są wakacje, a dobra organizacja walizki to podstawa :-), po drugie nawet dzięki takim pojedynczym zakupom Metce będzie łatwiej znów stanąć na nogi (kontakt i adresy sklepów znajdziecie tutaj).
Komu woreczki niepotrzebne, niech, jeśli ma ochotę, zostawi tu jakieś ciepłe słowo. Działanie i odgruzowywanie zalanej pracowni jest istotne, ale nie mniej istotna jest pozytywna energia. A tej Traczka potrzebuje teraz w ogromnej ilości.

Trzymaj się, moja droga!


6

Lip

Newsweek!

Rano popędziłam do kiosku i byłam tak przejęta, że nie mogłam odnaleźć strony sześćdziesiątej ósmej, gdzie mieści się wyczekiwany przez wtajemniczonych (a może raczej wtajemniczone? ;-)) artykuł Mai Gawrońskiej o szafiarkach. Wystąpiły w nim Aife, Alice, Styledigger, Sztywniara no i ja też :-). Strasznie mi miło, że hobby, które pchnęło mnie do założenia tego bloga zaprowadziło mnie tak daleko! Czytelnicy mają w tym ogromny udział. W końcu bez Was nie byłoby tego bloga. A przynajmniej liczba wejść od początku jego istnienia nie dobiegałaby teraz do dziesięciu milionów! Dziś czuję się jak Carrie Bradshaw!



Dla tych, którzy już czytali:
W artykule pojawiło się jedno zdanie, którego nie autoryzowałam i nie ma ze mną nic wspólnego. Nie strzegę prywatności, by ludzie, z którymi pracuję nie pomyśleli, że zajmuję się głupotami. Jestem za takie obawy zdecydowanie za stara :-). Strzegę prywatności, bo internet nie jest miejscem na prywatność.
Przynajmniej nie na moją :-).

2

Lip

Raj dla podglądaczy

Lubicie podglądać, jak mieszkają inni? Ta strona stworzona jest dla Was. Ostatnio trafiłam na The Selby i spędziłam na oglądaniu zdjęć znacznie więcej czasu niż mój plan dnia przewidywał :-). Można zajrzeć do mieszkania – pracowni Alexandra Wanga, odwiedzić Peaches Geldof, wybrać się do Paryża, by za moment odlecieć do Nowego Jorku. Inspiracje odzieżowe i wnętrzarskie gwarantowane. Plus świetny klimat i mnóstwo uśmiechu. Podsumowując, warto kliknąć.


1

Lip

Ślubnie

Zamiast sukni ślubnej, ślubna… sukienka. Różnica niby niewielka, ledwie kilka liter :-). Nie neguję ani jednego, ani drugiego, a przy okazji muszę po raz kolejny powołać się na kinową wersję „Seksu w Wielkim Mieście”. Występowały w nim obydwie opcje, zresztą suknia projektu Vivienne Westwood stała się tak pożądana, że projektantka „została zmuszona” do stworzenia odpowiednika na sprzedaż (który zresztą zniknął ze sklepu szybciej niż Mr Big sprzed ołtarza ;-) – tak, tak, wiem, ołtarza nie było, ale to brzmi lepiej niż „sprzed ślubnego kobierca” ;-)). Koniec końców Carrie Bradshaw zdecydowała się zmienić stan cywilny w skromniejszej kreacji, przynajmniej objętościowo.
Czasem mam wrażenie, że w naszej kulturze wielgachna suknia ślubna „być musi”, czy to się pannie młodej podoba, czy nie. Oczywiście nie piszę o kobietach, które wyobrażają sobie swój ślub od dzieciństwa i nie widzą się w innej kreacji niż właśnie taka piękna suknia na stu halkach. Ale na przykład ja siebie nie widziałam w takiej białej chmurze, nawet gdyby była prosto od Chanel.
Podczas poszukiwań odpowiedniej kreacji, z anielską cierpliwością odpowiadałam na pytania, na czyj ślub tej sukienki poszukuję :-). Odwiedziłam nawet sklep MaxMara – i żeby było śmieszniej – prawie kupiłam przecenioną o ponad połowę jedwabną kieckę w kwiaty. Ale w międzyczasie przez przypadek trafiłam na kolekcję Ani Kuczyńskiej „Trinacria”, która tak mnie zafascynowała, że nie chciałam słyszeć o innej możliwości. I postawiłam na swoim, co wcale zbyt trudne nie było. W końcu to mój ślub, ja decyduję :-).
Znów popełniłam dość sporą dygresję, a miało być o najnowszej kolekcji sukienek ślubnych polskiej projektantki Ewy Morki. Gdybym miała brać ślub ponownie (albo odnawiać przysięgę małżeńską przykładem bohaterów mojej ukochanej opery mydlanej „Moda na sukces”), nie miałabym żadnego problemu z wyborem kreacji. Tym razem byłaby to sukienka z bufkami i kokardą, przedstawiona na zdjęciu poniżej. Bardzo mi się podoba idea tworzenia właśnie sukienek, a nie sukni ślubnych. Sama ich autorka, prezentując mi zdjęcia, podkreśliła tę subtelną różnicę. Białe? Białe. Eleganckie? Nawet bardzo! Nietypowe, ale bez elementu szokującego. Z sukienkami ślubnymi jest znacznie łatwiej, choćby w kwestii dodatków. Prościej jest przemycić samą siebie w takiej stylizacji. Zamiast pereł – etniczny naszyjnik. Zamiast białych pantofelków – zadziorne gladiatorki. Albo, śladem wspomnianej Carrie, błękitne szpilki od Manolo Blahnika i cytrynowa kopertówka. Czuć się komfortowo na własnym ślubie – bezcenne :-).





zdjęcia: Michael Greg
stylizacja: Ewelina Kosmal