Miesięczne archiwum: Październik 2009

26

paź

Paryż dla leniwców :-)

Czy rezygnacja ze zwiedzania muzeów oraz obowiązkowych punktów turystycznych w najbardziej znanych miejscach świata na rzecz całodniowych wycieczek po sklepach jest w porządku? Jeśli o mnie chodzi, jest jak najbardziej w porządku :-). Gdy swego czasu wygrałam wycieczkę do Rzymu (dzięki zamiłowaniu Czułej Haliny do wszelkiego rodzaju loterii – zresztą zabrałam ją tam ze sobą), znacznie większe wrażenie niż Coloseum zrobił na mnie nieskończenie szeroki asortyment obecnych na każdym kroku Benettonów :-). Od tamtej pory w każdym mieście moje ścieżki są ściśle podporządkowane rozkładowi sklepów, co może wydawać się wręcz skandaliczne, ale nie raz odnajdywałam się w całkiem obcym miejscu dzięki temu, że zapamiętałam, na którym rogu znajduje się Zara i jak to się ma do dworca kolejowego :-).
Ostatnio w sposób absolutnie cudowny i niespodziewany miałam okazję znaleźć się w Paryżu. Jak już wcześniej wspominałam, idea stworzenia przewodnika zakupowego upadła, lecz nie oznacza to, że nie mam dla Czytelników żadnych miejsc godnych polecenia. Moi drodzy, oto Paryż ścieżkami Harel :-).



Zaczynamy od dzielnicy Marais. Jest tam tak pięknie, że bez wahania wybrałam ją na swoją ulubioną.

Le Loir dans la Theière, 3 rue de Rosiers, Marais.
Genialna i chyba wiecznie zatłoczona knajpka, w której można zjeść np. przepyszny omlet z kozim serem i miętą oraz wybrać dowolny spośród świeżo upieczonych deserów – decyzja jest naprawdę trudna, gdyż wszystkie wyglądają zachęcająco. Jest uroczo i bezpretensjonalnie. Parysko po prostu.



A naprzeciwko… COS, 4 rue de Rosiers.



W Marais warto też zajrzeć do sklepów vintage, np. Fripes Star przy 8 Rue de la Verrerie, a także do przedziwnego japońskiego sklepu Muji (47 rue des Francs Bourgeoi).

Didier Parakian, 5 Place des Victoires. Bardzo podobało mi się to, że nawet w sklepach, na których asortyment zdecydowanie nie mogłam sobie pozwolić, przyjmowano mnie bardzo uprzejmie. Tylko w Chanel doczepiono mi cień w postaci ochroniarza, który tak mnie speszył, że upuściłam na ziemię egzemplarz torebki Cocoon. Dwumetrowy jegomość natychmiast mi ją odebrał, a ja czym prędzej się oddaliłam :-). Pocieszałam się potem, że Carrie Bradshaw u Diora miała znacznie gorzej…
W butiku Didier Parakian wisi zimowa kolekcja zainspirowana malarstwem europejskim. Poniżej płaszcz z linii Chagall, w którym oczywiście się zakochałam, ale cóż… Takie zakupy jeszcze przede mną. Na razie pozostaje czerpać radość z przymierzania.





Kazana, 7 rue Lagrange. Swego czasu byłam kompletnie uzależniona od tego sklepu. Dla wielbicielek etnicznych klimatów to istny raj na ziemi. Teraz troszkę mi przeszło, choć kolekcję kolorowych szali wciąż posiadam, zauważyłam też, że niektóre butiki poznikały. Na szczęście jeden pozostał. Rue Lagrange odchodzi od nadbrzeżnego Quai de Montebello i znajduje się całkiem niedaleko kultowej księgarni Shakespeare and Company  (37 rue de la Bûcherie).



Le Deux Magots, 6 place Saint-Germain-des-Prés – warto usadowić się w kawiarnianym ogródku, skąd można obserwować przechodniów. Pokaz mody paryskiej bez końca. A zaraz obok słynna Café de Flore. Więc turystyczne miejsca też mam zaliczone ;-).



Ladurée, 75 avenue des Champs Elysées – wspaniała cukiernia, zwłaszcza dla odchudzających się. Ponieważ ceny zwalają z nóg, kwestia spróbowania wszystkich ciastek pozostaje z góry rozwiązana. Nie żałuję jednak ani jednego centa, za spędzenie czasu w tak przepięknym miejscu (i za boskie makaroniki) jak najbardziej było warto. Przez moment czułam się jak Maria Antonina!



Chyba nigdzie na świecie cukiernie nie mają tak apetycznych wystaw… (poniżej witryna cukierni w pobliżu Centre Pompidou).



Colette, 213 rue Saint-Honoré – czyli miejsce, które każdy snob powinien odwiedzić choć raz ;-). I w którym obok botków Balmain oraz ciuchów Alexandra Wanga znajduje się stoisko z naklejkami, za które dwadzieścia lat temu gotowa byłabym oddać niejedną zabawkę :-). Plus mnóstwo muzyki, albumów, czasopism i przedziwnych gadżetów, których znaczenie pozostaje dla mnie tajemnicą, a które zapewne są bardzo en vogue ;-). No i, przede wszystkim, Scott Schuman był tu!



Na początku miesiąca było tu niezłe zamieszanie z powodu otwarcia pierwszego we Francji sklepu japońskiej sieci Uniqlo (17 rue Scribe). Absolutnie byłam w stanie uwierzyć, że pierwszego października kolejki nie miały końca, bo gdy zawitałam tam około trzech tygodni później, tłum wciąż był potworny. Ale poniekąd rozumiem zamieszanie, bo Uniqlo jest jedyny w swoim rodzaju jeśli chodzi o ciuchy typu basic oraz dżinsy. Z tajemniczych dla mnie powodów uparcie jest porównywany do GAPa (który swoją drogą jest całkiem przereklamowany), z którym naprawdę niewiele ma wspólnego. O, dziwo, w Uniqlo najbardziej spodobał mi się dział męski i powróciłam do Warszawy w największej koszuli w kratę, jaką udało mi się tam znaleźć.
Chciałam jeszcze napisać o niezwykle różnorodnym stylu mieszkańców Paryża (który widać zwłaszcza w mniej turystycznych dzielnicach), ale nie znalazłabym lepszych słów niż Banana w swoim ostatnim wpisie pt. Paryski Szyk (czyżby jeszcze jeden dowód na blogerską telepatię? ;-)).
Oczywiście już tęsknię i strasznie chcę tam wrócić. Jak widać powyżej, nie odwiedziłam zapewne nawet jednego procenta miejsc wartych odwiedzenia!


25

paź

Wiosna/lato 2010!

Kto już pisał o pokazach na przyszłą wiosnę, z pewnością zauważył, że trzeba poświęcić nieco uwagi, by poprawnie wpisać rok i otrzymać 2010 zamiast 2001. To jedno, z modą niezwiązane. No, może o tyle, że wchodzi nowa dekada (i teraz poprawcie mnie, drodzy Czytelnicy, jeśli się mylę – w końcu przez dyskusję o tym, czy XXI wiek rozpoczynał się w 2000 czy w 2001 roku straciłam rachubę. Ale jeśli chodzi o modę, zawsze najistotniejsza była przedostatnia cyfra w liczbie określającej rok – czy ktoś mnie jeszcze rozumie? :-)).
W każdym razie… Nowa dekada. Czy to czuć? Czy to widać?
I teraz będzie już o modzie. Mam wrażenie, że coraz trudniej jest wyłapywać trendy, a coraz częściej projektanci trzymają się swoich własnych sprawdzonych przepisów, wprowadzając tylko niewielkie zmiany lub odświeżając stare, nieco zapomniane pomysły. Coraz częściej też inspirują się tym, co widzą wokół, czyli, tu przesadzę dla podkreślenia mojej tezy, idą na gotowe.
Zdecydowanie przez ostatnich dziesięć lat panowało niesamowite wręcz skupienie na trendach. O tyle trudne do zrealizowania, że te pędziły jak szalone, co sezon wykluczając się nawzajem. Pod koniec doszło do tego, że na wybiegach zaczęły się pojawiać jednocześnie rzeczy, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby prawa pokazać się w swoim towarzystwie.
A obok nich, raczej niepozornie, kroczyła tradycja mody, którą interesowali się tylko wybrani. Pudełkowy żakiet Chanel, sylwetka Diora zwana „New Look” (nie mylić z siecią brytyjskich sklepów ;-) – a przy okazji, to najlepszy znak czasów), męskie elementy w kobiecej garderobie, w tym garnitur (do czego swego czasu z powodzeniem przekonał świat Yves Saint Laurent)…
I nagle konsumenci mody na powrót skierowali swe oczy na, nazwijmy to, pewniki. W magazynach Vogue czy Elle tłumaczy się to światowym kryzysem finansowym, namawiając czytelniczki, by inwestowały w elementy ponadczasowe. Ba! Dochodzi nawet do tego, że ustala się przelicznik, tzw. „cost per wear”, czyli dzieli się cenę danej rzeczy przez liczbę „noszeń” (co za dzień, nie mam słów!) i otrzymuje cenę co najmniej satysfakcjonującą.
Oczywiście trendy nigdy się nie skończą. Oznaczałoby to bowiem marne czasy dla wszelkich popularnych sieci odzieżowych. W końcu one „żerują” na trendach, a może raczej na naszym pragnieniu bycia na czasie. Wciąż się rozprzestrzeniają, zajmując sobie nadzwyczajnie dobre miejsca na trasach zakupowych. Sama z przyjemnością daję się łapać w pułapki zastawiane przez sieciówki, pozbywając się z lekkością kolejnych pieniędzy na kolejną niezbędną w szafie rzecz.
Wybierając się ostatnio do miasta zwanego stolicą mody (tak, tak! Ale na razie nic więcej nie ujawniam) miałam ambitny plan sporządzenia zakupowego przewodnika dla szanownych Czytelników. Jednak już po pierwszym spacerze stwierdziłam, że najlepszym tytułem tegoż byłby „Paryż dla globalistów”, bo w miejscu dawnych butików powyrastały sklepy, które równie dobrze można odwiedzić, nie wyjeżdżając z Polski, a także znaleźć we wszystkich większych (a teraz już także mniejszych) miastach tzw. krajów wysoko rozwiniętych. Pewnie, że uległam pokusie i odwiedziłam niemal wszystkie po kolei. Ale mniejsza o to, bo zaraz rozpiszę się o przytulnych kawiarniach, z którymi, na szczęście bezskutecznie, usiłuje rywalizować Starbucks itd… :-).
Idea przewodnika zakupowego upadła, ale za to dla poszukiwaczy inspiracji będę miała kilka miłych wieści. Na razie jednak proszę uzbroić się w cierpliwość.
Miało być o przyszłej wiośnie i postaram się tego trzymać.
Nie wiem, co wymyślą komentatorzy mody i trendów, na pewno coś wymyślić trzeba. Na pewno też zostanę kompletnie rozbrojona jakimś nowym fasonem butów albo sukienki. Sama też będę musiała pogrupować kolekcje czy ich elementy, by przedstawić świeżutkie wiosenne teksty dla Luli pod koniec zimy. Ale nie sposób nie zauważyć tego, o czym pisałam kilka tysięcy znaków wcześniej :-).
Można by dyskutować, że Marc Jacobs w najnowszej odsłonie dla domu mody Louis Vuitton zaskakuje nas kompletnie, mieszając wzory, patchwork i wyraźne nawiązania do stylu projektantów japońskich. Ale czy rzeczywiście jest to takie zaskoczenie? Przecież są to zmiksowane pomysły z poprzednich lat – i nie jest to zarzut! Consuelo Castiglioni z Marni wciąż bawi się wzorami i proporcjami, przeciwstawiając podkreśloną talię i workowate sukienki – i jak zwykle wprowadzając zamieszanie: to może być modna talia i jej brak jednocześnie? I tak dalej, i tak dalej.
Ryzykowne jest stwierdzenie, że oto nadchodzi moda na wszystko. Może nieco mniej ryzykowne, że na wszystko, co się nam podoba :-). A co Wy myślicie, drodzy Czytelnicy?

P.S. Długo mnie nie było, to teraz serwuję wszystkie posiłki na jednej tacy. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpi na niestrawność ;-).

P.S.2. Taka mała ciekawostka, pół żartem, pół serio. Dowód coraz większej siły blogów o modzie: Burberry Prorsum wiosna/lato 2010 oraz nasza droga Styledigger latem 2009! I kto tu rządzi? ;-)

24

paź

No proszę…

Nie zgadniecie, co mi się ostatnio zamarzyło. Od czasów liceum czegoś podobnego nie nosiłam, a tu nagle „bum!” i znów mam ochotę na plecak. Wszystko przez pewną panią, z którą niedawno miałam okazję pracować. Przez trzy dni biegałam jak szalona z torbą na ramieniu, a w torbie miałam mniej więcej dwa kilo rzeczy do pracy niezbędnych plus oczywiście to, co każda szanująca się kobieta w torbie mieć powinna (i nie mam na myśli bałaganu ;-)). I nagle objawiła się ta kobieta: jakieś dwadzieścia lat starsza ode mnie, ale ubrana bardzo podobnie (dżinsy i czarna góra), z tą różnicą, że jej ramiona znajdowały się na tej samej wysokości, podczas gdy moja prawa strona była o pięć centymetrów niżej niż lewa :-). Zaopatrzona była w przepiękny czarny plecak, o który oczywiście natychmiast ją spytałam. „A, to kupiłam w H&M kilka lat temu” – odpowiedziała, a ja niemal padłam na miejscu. Bo widziałam ten plecak tych kilka lat temu. I widziałam czerwoną karteczkę z napisem „minus 50%”. I go nie kupiłam… Teraz oczywiście za nic nie mogę znaleźć nawet odrobinę podobnego. Znacie ten ból, drodzy Czytelnicy?

66

P.S. Na koniec mały apel: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie – proszę o kontakt! :-)

16

paź

Miau!

„Chodź, wybijesz mi coś z głowy” – powiedziałam ostatnio do Czułej Haliny, gdy spotkałyśmy się na małą rundkę po sklepach. To nasz stary zwyczaj, gdy nie jesteśmy pewne, czy dana rzecz naprawdę nam się podoba, czy jest efektem bombardowania ze wszystkich stron obowiązkowymi elementami sezonu: trzeba wybrać się na zakupy w towarzystwie osoby, która po pierwsze dobrze nas zna pod kątem stylu, a po drugie zawsze będzie wobec nas szczera. Już w drodze do sklepu Czuła Halina zgadła, o co mi chodziło. „Czy to będzie ‚miau’?” – spytała z uśmiechem. Tak, to będzie „miau”, choć nigdy w życiu „miau” nie nosiłam (choć u niektórych szalenie mi się podobało). Państwo się domyślają, czy mam sprostować? :-)
Trudno mi było w to uwierzyć, ale cętki nie zostały mi wybite z głowy, wręcz przeciwnie, gdy już kupiłam sobie wielgachny szal, zostałam zaprowadzona do innego sklepu, w którym to moja droga Halina odłożyła sukienkę w motyw bardzo podobny. I jak tu mieć własny, wypracowany styl, gdy człowiekowi się odmienia, sam nie wie kiedy? ;-)
Co gorsza, okazało się, że cętkowany szal „idzie” ze wszystkim, nawet z marynarskimi paskami! No i teraz poważnie się zastanawiam na zapolowaniem na poniższą torebkę z kolekcji Choo + H&M, choć nie wiem, czy aż na tyle ją pragnę, by stawić się punktualnie na polu walki :-).



Źródło zdjęcia: hm.com

15

paź

Szmatrix Rewolucje

Cóż, nie wzięłam ze sobą aparatu, bo byłoby mi zdecydowanie za ciężko, ale na niejednym blogu (a przede wszystkim na Luli) można znaleźć dokumentację ostatniego sobotniego popołudnia. Wreszcie miałam okazję uczestniczyć w prawdziwym „swapie” i jestem zachwycona (pewnie także dlatego, że nieźle się obłowiłam).
Chciałabym serdecznie pozdrowić byłą już właścicielkę prześlicznej torebki Pierre Balmain (jest cudna!) oraz przemiłą dziewczynę, z którą ubiłam niezłą transakcję (dla obydwu stron, jak sądzę) wymieniając buteleczkę perfum Miracle (odrobinkę używanych) na superową misiowatą bluzkę w paski z gigantycznym golfem. Gdy już się składałam, ze zdziwieniem odkryłam, że została mi tylko jedna rzecz! Plus oczywiście nieco szmatrixowych owoców. Poniżej relacja video, a w pewnym momencie Harel jak żywa oraz jej zdobycze :-)