25

paź

Wiosna/lato 2010!

Kto już pisał o pokazach na przyszłą wiosnę, z pewnością zauważył, że trzeba poświęcić nieco uwagi, by poprawnie wpisać rok i otrzymać 2010 zamiast 2001. To jedno, z modą niezwiązane. No, może o tyle, że wchodzi nowa dekada (i teraz poprawcie mnie, drodzy Czytelnicy, jeśli się mylę – w końcu przez dyskusję o tym, czy XXI wiek rozpoczynał się w 2000 czy w 2001 roku straciłam rachubę. Ale jeśli chodzi o modę, zawsze najistotniejsza była przedostatnia cyfra w liczbie określającej rok – czy ktoś mnie jeszcze rozumie? :-)).
W każdym razie… Nowa dekada. Czy to czuć? Czy to widać?
I teraz będzie już o modzie. Mam wrażenie, że coraz trudniej jest wyłapywać trendy, a coraz częściej projektanci trzymają się swoich własnych sprawdzonych przepisów, wprowadzając tylko niewielkie zmiany lub odświeżając stare, nieco zapomniane pomysły. Coraz częściej też inspirują się tym, co widzą wokół, czyli, tu przesadzę dla podkreślenia mojej tezy, idą na gotowe.
Zdecydowanie przez ostatnich dziesięć lat panowało niesamowite wręcz skupienie na trendach. O tyle trudne do zrealizowania, że te pędziły jak szalone, co sezon wykluczając się nawzajem. Pod koniec doszło do tego, że na wybiegach zaczęły się pojawiać jednocześnie rzeczy, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby prawa pokazać się w swoim towarzystwie.
A obok nich, raczej niepozornie, kroczyła tradycja mody, którą interesowali się tylko wybrani. Pudełkowy żakiet Chanel, sylwetka Diora zwana „New Look” (nie mylić z siecią brytyjskich sklepów ;-) – a przy okazji, to najlepszy znak czasów), męskie elementy w kobiecej garderobie, w tym garnitur (do czego swego czasu z powodzeniem przekonał świat Yves Saint Laurent)…
I nagle konsumenci mody na powrót skierowali swe oczy na, nazwijmy to, pewniki. W magazynach Vogue czy Elle tłumaczy się to światowym kryzysem finansowym, namawiając czytelniczki, by inwestowały w elementy ponadczasowe. Ba! Dochodzi nawet do tego, że ustala się przelicznik, tzw. „cost per wear”, czyli dzieli się cenę danej rzeczy przez liczbę „noszeń” (co za dzień, nie mam słów!) i otrzymuje cenę co najmniej satysfakcjonującą.
Oczywiście trendy nigdy się nie skończą. Oznaczałoby to bowiem marne czasy dla wszelkich popularnych sieci odzieżowych. W końcu one „żerują” na trendach, a może raczej na naszym pragnieniu bycia na czasie. Wciąż się rozprzestrzeniają, zajmując sobie nadzwyczajnie dobre miejsca na trasach zakupowych. Sama z przyjemnością daję się łapać w pułapki zastawiane przez sieciówki, pozbywając się z lekkością kolejnych pieniędzy na kolejną niezbędną w szafie rzecz.
Wybierając się ostatnio do miasta zwanego stolicą mody (tak, tak! Ale na razie nic więcej nie ujawniam) miałam ambitny plan sporządzenia zakupowego przewodnika dla szanownych Czytelników. Jednak już po pierwszym spacerze stwierdziłam, że najlepszym tytułem tegoż byłby „Paryż dla globalistów”, bo w miejscu dawnych butików powyrastały sklepy, które równie dobrze można odwiedzić, nie wyjeżdżając z Polski, a także znaleźć we wszystkich większych (a teraz już także mniejszych) miastach tzw. krajów wysoko rozwiniętych. Pewnie, że uległam pokusie i odwiedziłam niemal wszystkie po kolei. Ale mniejsza o to, bo zaraz rozpiszę się o przytulnych kawiarniach, z którymi, na szczęście bezskutecznie, usiłuje rywalizować Starbucks itd… :-).
Idea przewodnika zakupowego upadła, ale za to dla poszukiwaczy inspiracji będę miała kilka miłych wieści. Na razie jednak proszę uzbroić się w cierpliwość.
Miało być o przyszłej wiośnie i postaram się tego trzymać.
Nie wiem, co wymyślą komentatorzy mody i trendów, na pewno coś wymyślić trzeba. Na pewno też zostanę kompletnie rozbrojona jakimś nowym fasonem butów albo sukienki. Sama też będę musiała pogrupować kolekcje czy ich elementy, by przedstawić świeżutkie wiosenne teksty dla Luli pod koniec zimy. Ale nie sposób nie zauważyć tego, o czym pisałam kilka tysięcy znaków wcześniej :-).
Można by dyskutować, że Marc Jacobs w najnowszej odsłonie dla domu mody Louis Vuitton zaskakuje nas kompletnie, mieszając wzory, patchwork i wyraźne nawiązania do stylu projektantów japońskich. Ale czy rzeczywiście jest to takie zaskoczenie? Przecież są to zmiksowane pomysły z poprzednich lat – i nie jest to zarzut! Consuelo Castiglioni z Marni wciąż bawi się wzorami i proporcjami, przeciwstawiając podkreśloną talię i workowate sukienki – i jak zwykle wprowadzając zamieszanie: to może być modna talia i jej brak jednocześnie? I tak dalej, i tak dalej.
Ryzykowne jest stwierdzenie, że oto nadchodzi moda na wszystko. Może nieco mniej ryzykowne, że na wszystko, co się nam podoba :-). A co Wy myślicie, drodzy Czytelnicy?

P.S. Długo mnie nie było, to teraz serwuję wszystkie posiłki na jednej tacy. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpi na niestrawność ;-).

P.S.2. Taka mała ciekawostka, pół żartem, pół serio. Dowód coraz większej siły blogów o modzie: Burberry Prorsum wiosna/lato 2010 oraz nasza droga Styledigger latem 2009! I kto tu rządzi? ;-)

11 myśli nt. „Wiosna/lato 2010!

Dodaj komentarz
  1. misself

    Ponadczasowość górą! Z tymi słowy oddalam się kurcgalopkiem w stronę szafy Taty, który obiecał mi oddać swoją koszulę, białą w ciemnoniebieskie prążki!

    Chociaż na boyfriend’s pants nadal nie mam szans ;-)

    Odpowiedz
     
  2. zimon3

    2000 to jeszcze wiek XX. Zawsze rok optycznie dzieli się na pół, do liczby tworzonej przez dwie pierwsze cyfry (pierwsza ‚połowa’) dodajemy „1″ jeżeli liczba z pozostałych dwóch cyfr (drugiej ‚połowy’) jest większa od zera ;)

    Co do artykułu. Myślę, że odwoływanie się do poprzednich dzieł/powtarzanie starych pomysłów przez projektantów nie wpływa na niekorzyść kolekcji, ani trochę. Dopiero gdy jakość materiałów pozostawia wiele do życzenia, charakteryzacja pozostaje bez zmian, a całość prezentuje się jak wielki powiew nie-świeżości – możemy mówić o pójściu na łatwiznę/ w złą stronę (przykład: Galliano dla Diora).

    Odpowiedz
     
  3. harel

    @zielona-karuzela: ale jakaś przyjemność z ulegania trendom też jest :-)

    @misself: szafy rodziców – bezcenne!

    @zimon3: tak, teraz już wiem. A może nawet uda mi się zapamiętać :-). Jednak jeśli chodzi o modę, mam nieodparte wrażenie, że dekada rozpoczyna się od zmiany pierwszej cyfry drugiej połowy :-).
    A co do Galliano, ta jego przewidywalność jest miło uspokajająca pośród reszty. Choć pewnie jestem w tej opinii odosobniona, a sam projektant zapewne nieźle by mnie „zjechał” za tę „przewidywalność” ;-)

    @metka_by_traczka: chciałam dobrze, wyszło jak zwykle ;-)

    Odpowiedz
     
  4. morven

    Skoro już raz sprawdziłam się jako prorokini, to powiem coś jeszcze i zobaczymy za jakiś czas, co z tego wyszło ;-)
    Moja wizja jest taka, że nadchodząca dekada będzie – przynajmniej na początku – czasem „antymody”. Nawet nie dlatego, że kryzys – bo każdy kryzys kiedyś mija – ale z powodu przesytu trendami. Jak napisałaś, trendy zmieniają się z zawrotną prędkością, coraz to szybciej, i wykluczają się nawzajem. Jak długo tak można funkcjonować? Moim zdaniem góra 10, 15 lat. Drugą przyczyną, znacznie banalniejszą, jest fakt, że zazwyczaj tworzy się modę cofając się do inspiracji sprzed 20 lat. Zerknijmy, co wtedy mieliśmy? Ano wczesny grunge, kraciaste flanele i demonstracyjną abnegację. Jeśli więc chcemy być „modni”, zaopatrujmy się zawczasu w zbyt wielkie koszule i wszystko kraciaste. W obwisłe czapy (pamiętacie teledysk Spin Doctor „Two Princess”?) i plecaki. W zbyt wielkie swetrzyska, glany i dżinsowe kamizele. To mówiłam ja, Morven, 20 lat temu licealistka :-)

    Odpowiedz
     
  5. zelda_79

    Trochę z innej beczki: czy pojawienie się tych limitowanych kolekcji w H&M, tak jak teraz Jimmy Choo, to faktycznie bitwa pod Grundwaldem? Bo miłośniczką walk przy wieszakach nie jestem, więc nie wiem czy w ogóle warto iść 14.11. Bez walki łokciami nic się nie kupi? Która wie, będzie mi miło usłyszeć odpowiedź. A u Harel zawsze są bywalczynie trendów:)

    Odpowiedz
     
  6. harel

    @morven: czapki z „Two Princes”, a sweter jak ze „Smells Like Teen Spirit” :-). Ta pani ma rację! Właśnie zaopatrzyłam się w pierwszą od lat piętnastu flanelową koszulę w kratę! A na liście zakupów zaczęły straszyć Martensy :-).

    @zelda_79: niestety, zawsze jest to bitwa pod Grunwaldem. Na Williamsona spóźniłam się o jakąś godzinkę i prawie nic nie zostało. Sprzedawcy tylko relacjonowali z wciąż utrzymującym się szokiem w oczach, że dawno czegoś takiego nie widzieli. Kiedyś było jakoś lepiej, na przykład Lagerfelda nikt sobie nie wyrywał. Więc warto się przygotować na szalony tłum…

    Odpowiedz
     
  7. zelda_79

    @Harel: Dziękuję za odpowiedź :) Taka walka o zakupy przypomina mi licytację charytatywnych misiów na allegro, gdzie trzeba się wstrzelić w sekundę, żeby go kupić. A jak tu robić zakupy w sekundę… ech… to przeczy zasadzie slow fashion ;)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *