Miesięczne archiwum: Listopad 2009

28

lis

Przedjesień?

Nie wiem, jak to się dzieje, ale zwykle kolekcje między sezonowe przechodzą niezauważone. A naprawdę warto im się przyjrzeć. Według mnie często są w pewnym sensie oderwane od trendów, za to z niezwykłą dbałością trzymają się charakterystycznych dla danego projektanta elementów. Ponadto w nawale oczywistości (typu szerokie ramiona czy botki do pół uda) miło jest znaleźć coś innego. I zaskakująco bardziej świeżego niż regularne kolekcje jesień/zima, wiosna/lato. Polecam kolekcję Marni Prefall 2009, która była do obejrzenia już w lutym tego roku i która skromnie przewijała się przez wiosenne edytoriale (np. z panną Chung w roli głównej), i w której oprócz uroczych ludzików (które można dostać nawet w formie breloczka) występują na przykład dresowe szaraki :-). Całość firmuje przedziwna animacja, która, podobnie jak wspominane przeze mnie kolekcje, jest inna niż wszystko.


marni prefall


27

lis

Słodkie i zabójcze

Nie lubię pisać o butach, których sama nie mierzyłam albo mierzyłam, ale przeszłam tylko od jednej półki sklepowej do drugiej, ale tutaj po prostu muszę zrobić wyjątek. Wszystko za sprawą kolorystyki i lekkiego (albo nawet wcale nie tak lekkiego) kiczu, który czasami w temacie obuwia jest wręcz konieczny. Mogłabym to porównać z oczkiem puszczonym do świata przez poważnie ubraną panią, która pod bardzo poważnym biurkiem w jeszcze bardziej poważnym biurze trzyma swe piękne stopy odziane w takie oto szaleństwo.
Nazwa firmująca poniższe egzemplarze jest idealna. Zwłaszcza gdy popatrzy się na zabójcze obcasy. Ale cóż, niektóre buty nie są stworzone do chodzenia, tylko do wyglądania. I muszę się Wam przyznać, drodzy Czytelnicy, że coraz częściej w tym temacie tracę rozsądek :-).

Źródło zdjęć: saltandpepper.pl


P.S. Dla zainteresowanych: buty Sweet & Deadly można kupić na przykład tutaj.

23

lis

Dresiarstwo się szerzy

W dzisiejszych czasach dość zabawne jest licytowanie się w kwestii mody, kto jako pierwszy wpadł na dany pomysł. Dotyczy to zarówno młodzieży w wieku gimnazjalnym jak i ludzi ze dwie czy trzy dekady starszych (może tutaj troszkę rzadziej, ale na własne oczy i uszy miałam okazję zarejestrować). A ponieważ obecnie moda szybką jest, zwykle chodzi po prostu o to, kto jako pierwszy miał czas polecieć do sklepu i kupić sobie daną rzecz. Czyli całkiem to bez sensu i walka o miano pierwszego w rządku „oryginalnych” jest bezcelowa.
I żeby nie było, że jestem kompletnie ponad to, piszę z pewnym przekąsem, ponieważ ta nieco chora ambicja dotyczy także mnie :-).
Z jednej strony umykam jak mogę przed mianem trendsetterki, z drugiej wciąż odczuwam przyjemność, gdy mam na sobie coś oryginalnego, coś, czego nie ma nikt inny. Gdybym jednak skupiała się tylko na tym konkretnym źródle przyjemności, mijałaby ona najpóźniej po dwudziestu czterech godzinach od zakupów. Dlaczego?
Otóż kupuję sobie na przykład spodnie. Niezbyt ładne, powiedziałabym nawet, że całkiem brzydkie, ale urzekające mnie kompletnie. Szare wełniane dresowe spodnie, nie owijając w bawełnę :-). Zadowolona przymierzam je w domu z botkami i marynarką i dumnie zasiadam na kanapie, by przejrzeć świeżutki grudniowy numer Vogue, który dostałam w prezencie (ja to mam szczęście!). W jednym z pierwszych tekstów czytam: „tej zimy będziesz nosić szare dresowe spodnie”. Oho, zaczyna się. Tekst zilustrowany jest przykładami prosto z wybiegów, gdzie między innymi występują Helmut Lang oraz Isabel Marant. Warunek sukcesu? Wysokie obcasy w komplecie. Czyli dokładnie tak jak to sobie wyobrażałam.
Jak przez mgłę przypominam sobie rozmowę z blogerką po fachu, Heike Kitsch, która późną letnią porą radziła się mnie w kwestii szarych wełnianych spodni wyglądających całkiem jak dresy. Odpowiedziałam jej wtedy, że ten zakup chyba nie ma sensu, ale ona na szczęście mnie nie posłuchała. Teraz nosi je bez przerwy.
Czas na internet. Zaglądam na ulubione blogi. Styledigger przyznaje, że jest w trakcie poszukiwań idealnej pary szarych dresów. Betty i Cocorosa już je mają. Telepatia? Kiedyś Sztywniara ciekawie zauważyła, że nie da się być niemodnym. Bo jeśli nawet coś jest niemodne, zapewne zaraz do mody wejdzie. Najwyraźniej miała rację i oto rzeczywiście „the Matrix has me” :-).
Jednak zamiast się załamywać, że znów mi się nie udało, postanowiłam cieszyć się z nowych spodni i nie zwracać uwagi na tę okrutną porażkę. A gdy patrzę na to zdjęcie i wyobrażam sobie, że też mogę tak wyglądać, przewiduję, że radość z moich dresów będzie wciąż rosła :-).

P.S. A gdy Stefano Pilati zaprezentował taką wersję ponad dwa lata temu, popukałam się w głowę… Taka ze mnie wyrocznia stylu ;-))).

20

lis

Harel w Dzienniku!

Kilka dni temu zgłosiła się do mnie redaktorka Dziennika, pani Anna Szkot, która była właśnie w trakcie pisania tekstu o Scottcie Schumanie (mam nadzieję, że dobrze odmieniłam jego imię ;-)), autorze „The Sartorialist”. Poprosiła mnie o wypowiedź na jego temat. Jako że jestem wierną fanką tegoż, odpowiedziałam z przyjemnością. W dzisiejszym Dzienniku można znaleźć artykuł, a w nim kilka słów od Harel! Autorce przy tej okazji serdecznie dziękuję!


fot. Harel

Jest mi bardzo miło, że w jednej z największych polskich gazet mój blog został określony jako najpopularniejszy blog o modzie w Polsce. Wprawdzie moim zdaniem na pierwszym miejscu zawsze będzie Banana, ale tak czy inaczej, bardzo to przyjemne dla ego ;-).





A poniżej cała moja wypowiedź na temat The Sartorialist. Materiał ekskluzywny – nie znajdzie się go w Dzienniku ;-))).

Myślę, że Scott Schuman wyznaczył bardzo silny trend w blogowaniu. Zanim stworzył „The Sartorialist” można było wprawdzie znaleźć kilka stron z tzw. modą uliczną (np. z Tokio), ale nigdy nie był to tak spersonalizowany obraz rzeczywistości. Autor nie tyle dokumentuje styl ulicy, co zatrzymuje obrazy, które jemu samemu się podobają. Nie można więc traktować tego bloga jako dosłownego odzwierciedlenia stylu ulicznego. Zresztą sam Scott Schuman wielokrotnie podkreślał tę różnicę.
Dla mnie jednak najcenniejszą rzeczą w tym blogu jest właśnie ta dokumentacja stylu, bo nawet jeśli cały świat się tak nie ubiera, to jednak jest to jakiś ślad, który może dać pojęcie o naszej modzie kolejnym pokoleniom.
I dla mnie, jako osoby zafascynowanej modą i stylem, stanowi niewyczerpane źródło inspiracji.
Nie mam pojęcia, czy blogi o modzie wyprą magazyny o modzie, ale jako autorka takiego bloga mogę powiedzieć, że blogi są traktowane coraz bardziej poważnie. Sama przestałam kupować polskie magazyny o modzie, znacznie bardziej wolę poszperać w internecie. Zresztą nowinki o modzie, które przedstawiają gazety, zazwyczaj można znaleźć nawet kilka miesięcy wcześniej w sieci. Na pewno internet jest szybszy, więc komu zależy, by być na bieżąco, wybierze internet.

17

lis

Bądź mężczyzną!

Zaczęło się niepozornie. Zeszłej zimy podwędziłam mężowi granatowy sweter (który zresztą rok wcześniej mu kupiłam) i szybko okazało się, że jest najbardziej eksploatowaną częścią mojej zimowej garderoby. Na wiosnę dostałam prezent od Levisa w postaci poprzecieranych „boyfriend jeans” – i w nich spędziłam sporo dni w lecie. Moje najwygodniejsze buty? Motocyklowe botki, o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są piękne ;-).
Krok po kroku przy okazji kolejnych porządków w szafie pozbywam się niemal wszystkiego, co kwieciste i falbaniaste. Wolę nawet nie liczyć, ile sukienek ma już nowe właścicielki… Jeszcze niedawno sprawdzonym ciuchem na dni pt. „nie mam co na siebie włożyć” była sukienka. Nawet nie wiem kiedy zastąpiły ją spodnie z zakładkami i koszula albo dżinsy i pasiasty t-shirt.
Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że męskie elementy w damskim stroju pozbawiają kobiecości. Według mnie chodzi o zachowanie równowagi i lekką przewrotność. I na przykład umieszczenie muszki na głowie zamiast pod szyją. Albo połączenie obszernego swetra z szortami i wysokimi obcasami. I tak dalej, i tak dalej. Przy okazji gorąco polecam działy męskie – okazuje się, że najlepsze koszulki w marynarskie paski (od których jestem chyba uzależniona) znalazłam właśnie tam.
Nie mówię, że za tydzień mi się nie odmieni. Właśnie to jest najlepsze w fascynacjach różnymi stylami. Dlatego zostawiłam sobie nieco sukienek na sytuacje awaryjne – za dobrze siebie znam :-).



Źródło zdjęć: Groszki, Cubus, Pimkie, Topshop, COS, H&M.

15

lis

Mina!

Chciałoby się powiedzieć: „Wreszcie!”.
Ale od początku. Zaczęło się w 2004 roku od straganu na Portobello w Londynie. Akurat los chciał, że trafiła tam Sienna Miller i kupiła jedną z sukienek prawie nikomu nieznanej firmy Mina. Nie wiadomo dokładnie, czy wcześniej, czy później, ale także Keira Knightley zawędrowała w tamte strony i także kupiła sobie sukienkę. Potem potoczyło się już szybko. Kilka zdjęć z ukrycia opublikowanych w prasie i serwisach internetowych wystarczyło, by wzbudzić zainteresowanie. W 2005 roku to, co nosiła Sienna Miller wyznaczało styl tysięcy (a kto wie, czy nie milionów…) kobiet na całym świecie. Informacja, kto zaprojektował jej dany ciuch była warta znacznie więcej niż wieści, z kim obecnie panna Miller się zadaje. Gdy okazało się, że sukienka jest z bazaru, zamiast oburzenia i krytyki nastąpiło prawdziwe szaleństwo. Nagle właściciele mocno snobistycznych butików zapragnęli mieć Minę wśród swoich starannie dobieranych kolekcji. I ze straganu Mina przeniosła się może nie na salony, ale na pewno do szaf zaprojektowanych zgodnie z najnowszymi wnętrzarskimi trendami. Słowem, opanowała świat, który jeszcze do niedawna nie zwróciłby na nią najmniejszej uwagi.
Obecnie Mina posiada swój sklep internetowy, ale o czym chciałam tu napisać: niektóre modele można kupić w polskim butiku Vintage Shop. Wybór jest wprawdzie niewielki, ale za to ceny całkiem niezłe. No i wysyłka kosztuje mniej niż z Wielkiej Brytanii.
Co do samych sukienek… Jedno trzeba przyznać: rzeczywiście są oryginalne i grafika stanowi ich mocny punkt. Czy to fenomen, czy tylko chwilowy przebój, oceńcie sami, drodzy Czytelnicy.



Źródło zdjęć: vintageshop.pl