Miesięczne archiwum: Grudzień 2009

31

gru

To był piękny rok!

Strasznie szybko minął – też macie takie wrażenie, drodzy Czytelnicy? A jednocześnie bardzo dużo w sobie zawarł. Gdy próbowałam sobie przypomnieć ciuchy, o których marzyłam w styczniu ’09 oraz kolekcje, które najbardziej mnie porwały, trudno było mi się skupić! Postanowiłam więc trochę poszpiegować i zamiast po prostu zajrzeć do archiwum bloga, wypytałam sporą liczbę osób (w sieci i w realu) o to, co najbardziej przypadło im do gustu w roku 2009.

Moda sobie, a my sobie – to główny wniosek, jaki udało mi się z tego wywiadu terenowego wyciągnąć. Na przykład czy ktoś teraz pamięta etniczne szaleństwo w wykonaniu Marca Jacobsa w kolekcji Louis Vuitton? Czy już całkiem przesłoniły ją swoimi szerokimi ramionami lata osiemdziesiąte? I dlaczego wciąż kochamy legginsy (tak, wiem, nie wszyscy je kochamy, ale piszę w imieniu tych kochających) albo uggi, mimo że już dawno z tak zwanej mody wyszły? Już kiedyś pisałam, że pewne rzeczy po prostu zostają z nami na zawsze, a przynajmniej dopóki się nam osobiście nie znudzą. I szalona karuzela trendów nie będzie miała na to większego wpływu.

No i tak, po wyczerpujących badaniach opracowałam pięć najważniejszych tendencji, które nawet nie tyle były modne, co po prostu zawróciły w wielu głowach, nie dając spać i siłą ciągnąc na zakupy :-).

1. Elementy motocyklowe, a zwłaszcza ćwieki – czy to się wszystkim podobało, czy nie, w 2009 ćwiekowało się co wpadło pod rękę. Począwszy od butów, na klapach marynarki skończywszy. Co do butów, oczywiście fason motocyklowy był bardzo pożądany, ale ciężar już mniej. Więc korzystało się głównie z zainspirowanych wersji, które na motor zupełnie się nie nadają. Podobnie z ramoneskami, zwłaszcza w opcji bawełnianej :-). Ponadto: łańcuchy, zamki błyskawiczne, agrafki i wszelkie rzeczy, którymi w niezwykle prosty sposób da się zmienić zwykły ciuch w coś specjalnego.




biker


2. Militaria – ach, jak mnie kusi, by napisać militaria.pl., choć nie mam zamiaru reklamować tej strony :-). Ale nazwa „militaria.pl” najlepiej oddaje trend, który tak się spodobał w minionym roku, że zajął w moim rankingu miejsce numer dwa. Balmain, Alexander Wang, Luella, Chloe, D&G – mogę tak wymieniać długo. Projektanci chwytali się i mundurów z czasów napoleońskich i tych bardziej współczesnych, a także scenicznych uniformów Michaela Jacksona. Jeśli brakowało ochoty na zdecydowaną formę, można było zaczerpnąć z kolorystyki. Dlatego wszelkie odcienie khaki były (i są nadal) mile widziane.


military

3. „Oversize” i wszystko co męskie. To dopiero niesprawiedliwość! Gdy my podbieramy ciuchy naszym facetom, wszystko jest w porządku. Ba, tendencja była tak mocna, że wylądowała w pierwszej piątce! Ale niestety gdyby panowie zechcieli sobie pożyczać coś od nas, mieliby znacznie trudniej :-).
Duże marynarki, szerokie ramiona, koszule, płaszcze i kurtki o męskim kroju, męskie buty i kapelusze, spodnie, kardigany, muszki, krawaty… Im większe, tym lepsze. Niezałączona na obrazku bluzka w marynarskie paski też oczywiście jest elementem męskiego stroju… rybackiego. Ale o tym było przy okazji Coco Chanel.


man

4. Futra i motywy zwierzęce – trzeba było czasu, by zdecydować się na cętki – przynajmniej w moim przypadku. Ale gdy wreszcie się zdecydowałam, zorientowałam się, że wokół mnie jest ich mnóstwo. Dzikie zwierzaki opanowały świat! Mi najbardziej odpowiadają cętki na szaliku, ale szaleństwem 2009 były futerka w ten deseń. Wprawdzie teraz wiszą w dość licznym gronie wśród przecenionych rzeczy w sklepach i jakoś niespecjalnie znikają, ale po prostu albo się je kocha, albo nienawidzi. A kto kocha, będzie nosił na przekór modom i „niemodom”.


fur

5. Kwiaty przez cały rok – nie tylko na letnich sukienkach. Kwiaty wkroczyły w trzeci wymiar i dosłownie rozkwitały na ubraniach. Tak było w kolekcjach Fendi, Dolce & Gabbana i oczywiście Marni. Akurat opcja 3D niespecjalnie sprawdza się na co dzień, ale sam wzór jest absolutnie niezastąpiony. Echem odbijały się jeszcze stylizacje Carrie Bradshaw łączącej sukienki w łączkę z mocnymi akcesoriami (słynny pasek z ćwiekami Givenchy został podrobiony chyba przez większość sieciówek…). Wersję jesienną najlepiej oddaje kolekcja Kenzo. Kwiaty oczywiście zostają z nami na dłużej, ale żeby było ciekawiej, w miesiącach wiosenno letnich znalazły swoje miejsce na spodniach. To dopiero wyzwanie!


flowers

No i jeszcze na koniec taka mała obserwacja. Zastanawiałam się, kto był w minionym roku najbardziej inspirującym projektantem. I zdecydowanie głosuję na Isabel Marant. Najlepszy dowód (oprócz zachwytów nad projektantką w największych mediach modowych świata)? W popularnych sklepach odzieżowych wisiały (i wciąż wiszą) całe kolekcje żywcem przeniesione z wybiegu. Można by tylko odznaczać kolejne punkty na liście trendów. Cętki, kratka, szary dżersej (tak, tak, to m.in. ona i Alexander Wang dali nowe życie szarym dresom), buty z ćwiekami albo łańcuchami… A kolekcja na wiosnę/lato 2010 powala na kolana fluorescencyjnym różem i oczywiście tą super wygodą, która najbardziej mnie w Marant ujmuje. A przy okazji, „wygoda” stanie się słowem (i zjawiskiem) niezwykle istotnym wraz z nadejściem wiosny (albo raczej nadejściem wiosennych kolekcji do sklepów, czyli właściwie już!). Ale o tym w następnym roku. Wszystkiego dobrego!


marant

16

gru

Zwariuję…

Spodziewałam się, że będzie pięknie, ale żeby aż tak? Toż to istna tortura! I teraz nie ma odwrotu, będę stać w kolejce choćby od piątej rano…



Sonia Rykiel jak się patrzy. Te modele niczym się nie różnią od wybiegowych. Zasadzam się na sweterek w czarno białe paski i kombinezon. Początek bitwy 20 lutego 2010 roku. A najlepsze jest to, że nie przepadam za dzianinami.


Źródło zdjęć: H&M.

14

gru

Bardzo poważne podsumowanie

Nie przesadzę, gdy napiszę, że chciałam zrobić taką notkę od początku prowadzenia bloga. Nie wiem skąd się u mnie wzięło uwielbienie dla wszelkiego rodzaju podsumowań, ale cóż, nie ma po co się zastanawiać, lepiej po prostu je wykorzystać. Ponieważ od daty pierwszego postu niedługo miną trzy lata, moje podsumowanie nieco się wydłużyło.
Do rzeczy. Postanowiłam opracować ewolucję własnego stylu (jak to ładnie naukowo brzmi!) rok po roku. Co nosiłam, co mi się podobało, co chciałam mieć tak, że traciłam resztki zdrowego rozsądku… Ilekroć robię porządki w szafie, znajduję ciuchy, o których całkiem zapomniałam i których noszenia niekiedy się wstydzę :-). Ale żeby nie było tak samolubnie, być może Wam, drodzy Czytelnicy, te kolaże też coś przypomną, przywołają dawne fascynacje i wyparte ze świadomości trendy?

Uwaga, będzie długo :-).

1999 – długie sukienki i „martensy”. Tak jak rok i dwa lata wcześniej (których nie ma sensu opisywać, ponieważ niewiele się od siebie różniły). W ciuchy zaopatrywałam się głównie w sklepach indyjskich, które w owym czasie przeżywały szczyt rozkwitu. I dżinsy – obowiązkowo proste nogawki. I obowiązkowo za długie :-).


1999


2000 – fascynacja dżinsem od stóp do głów. Jeśli chodzi o idolkę stylu, istniała dla mnie tylko Lauryn Hill. Niestety dałam się wciągnąć w modę na epatowanie logo sportowych marek, ech…


2000


2001 – po niewielkiej przerwie wróciły do mych łask bojówki. Niestety biodrówki… Innych nawet nie było :-). Sportowe kurtki, bluzy z kapturem oraz początek bardzo poważnego uczucia do szmizjerek. I wciąż niezrozumiała sympatia do sportowych butów i toreb.


2001


2002 – przełom! Nagle zrobiło się romantycznie i wakacyjnie – przez cały rok! Wprawdzie zimą nie nosiłam słomkowego kapelusza z wielkim rondem, ale na kolorowe szale zawsze był czas. A koturny stanowiły moje podstawowe obuwie nawet podczas długich wycieczek z ciężkim wielkim plecakiem. Raz nawet, że tak się wyrażę, zaliczyłam glebę i do tej pory mam pamiątkę na kolanie :-).


2002


2003 – kompletnie mnie pochłonął styl paryski – a przynajmniej tak go sobie roboczo nazywałam. Szurałam po ziemi dżinsowymi dzwonami, a liczba topów w paski w mojej szafie niebezpiecznie wzrosła.


2003


2004 – znów zaczęłam szperać w ciucholandach oraz szafach rodzinnych. Znalazłam świetny stary kożuch (troszkę nadjedzony przez mole, niestety szybko się rozleciał… ;-)) i ogromną szydełkową chustę, z którą nie rozstawałam się przez całą zimę, a potem kolejną jesień. No i Uggi. Moje pierwsze i ostatnie. Pierwszego dnia wlazłam prosto w błoto pośniegowe i od tamtej pory były jeszcze brzydsze.


2004


2005 – a potem odkryłam aksamitne marynarki, które celowo kupowałam w najmniejszym rozmiarze. Rozpoczął się także mój długoletni związek z balerinami. Mieszanka wzorów i kolorów? Bardzo chętnie. Czasem nawet aż za bardzo :-). No i era legginsów. U mnie wciąż jeszcze trwa.


2005


2006 – rurki? Są. Baleriny? Są. Tunika? Jest. Czerwona torba? Obecna. Czyli jak Harel naoglądała się zdjęć Kate Moss i starała się wcielić w życie to, co na nich zobaczyła ;-).


2006


2007 – to pewnie wygląda znajomo dla moich stałych Czytelników. Pisać coś więcej czy wszystko widać jak na dłoni?


2007


2008 – Marni (a raczej zainspirowane projektami tej marki tańsze odpowiedniki ;-)) i szarawary w różnych odmianach – tak się przedstawiał cały rok. Fajnie było wreszcie znaleźć idealną białą koszulę. No i coraz więcej u mnie wysokich obcasów!


2008


2009 – wszystko się uprościło, pozbyłam się z szafy większości wzorzystych ciuchów na rzecz jednolitych, ale za to bardziej zaawansowanych architektonicznie. Latem towarzyszyły mi gladiatorki, jesienią wciąż są ze mną sznurowane botki. Plącze się też coraz więcej męskich elementów. I rurki, które chyba nigdy mi się nie znudzą.


2009


A rok 2010? Ależ jestem ciekawa, jak będzie wyglądał…

7

gru

Cattarrato

Naprawdę nie wiem, dlaczego dopiero teraz piszę tu o Ani Kuczyńskiej, mojej zdecydowanie ulubionej polskiej projektantce. Mam do niej sentyment z powodu sukienki ślubnej, choć nie tylko. Podczas gdy tęsknie spoglądałam na kolekcje wielkich projektantów, zgodnych z ideą prêt-à-porter (dla niewtajemniczonych: były najzwyczajniej w świecie gotowe do noszenia), narzekając, rzecz jasna, że w Polsce wciąż nikt nie znalazł równowagi między masówką a wysokim krawiectwem, tuż obok powstawały ubrania na najwyższym poziomie, jednocześnie dające się wcielić w codzienne życie.
Będę jeszcze wielokrotnie wspominać piękną przygodę z niebieską sukienką i mierzenie chyba wszystkich modeli z kolekcji Trinacria z roku 2005, ale tym razem skupię się nie na przedślubnej atmosferze, a na kobiecej sylwetce. Zachwycanie się trójwymiarowością ubrań być może w świecie wielkiej mody jest absurdalne – bo po cóż zachwycać się czymś oczywistym? Ale w owym czasie przeżywałam nieustającą szarpaninę z podobno damskimi ciuchami, które jednak były uszyte na osoby bez bioder, talii i biustu. I nagle, przymierzając kilkanaście sukienek jedna po drugiej, zdałam sobie sprawę, że ten problem zniknął. I, co najważniejsze, w temacie kolejnych kolekcji Ani Kuczyńskiej, jeszcze się nie pojawił (i przypuszczam, że nie pojawi się nigdy).
Oto prawdziwy fenomen: te same ubrania świetnie wyglądają zarówno na modelkach, jak i na „zwyczajnych” kobietach :-).

Poniżej fragmenty kolekcji Cattarrato na jesień/zimę’09/’10, zainspirowanej specjalnym szczepem sycylijskich winogron o tej samej nazwie. Są to moim zdaniem rzeczy absolutnie przepiękne. I wcale mnie to spostrzeżenie nie dziwi :-). Więcej do obejrzenia tutaj .

Każdy ciuch ma swój tył? A i owszem :-)

Źródło zdjęć: aniakuczynska.com, fot. Szymon Rogiński.

P.S. Ciąg dalszy nastąpi.

4

gru

Recykling

Gdybym wiedziała, jaką frajdę sprawia mi ciuchowy recykling, zaczęłabym to robić znacznie wcześniej. Ale wiadomo, człowiek wciąż ewoluuje (a przynajmniej taką mam wobec siebie nadzieję ;-))). Najpierw nie mogłam rozstać się ze swoimi ubraniami nawet na okoliczność podróży (kosztem nadbagażu niestety), a teraz proszę bardzo: nie noszę czegoś dłużej niż rok, wypuszczam w dalszą drogę. Tutaj można znaleźć kolejną porcję rzeczy, które postanowiłam wysłać w daleką podróż z nową szafą u celu :-). Zapraszam!