Miesięczne archiwum: Styczeń 2010

31

sty

Kolacja ze śniadaniem

… albo odwrotnie. Bez względu na konfigurację jedno jest pewne: najlepiej smakują w domu. I wierzcie lub nie, drodzy Czytelnicy, ale jest znacznie przyjemniej jeść owo śniadanie (czy też ową kolację) w ładnym stroju niż w czymś, co dziesięć lat temu było piżamą :-). Oczywiście wyobrażam sobie dzień wolny od pracy, kiedy nie musimy się nigdzie śpieszyć rano, ani wcześnie iść spać wieczorem. Ostatnio moje notki w dość zaskakujący dla mnie samej sposób łączą się wspólnymi tematami. Parę dni temu wspominałam o strojach domowych, a kilka dni temu miałam okazję obejrzeć kolekcję Violi Śpiechowicz dla Almi Decor – stworzoną właśnie z myślą o miłym spędzaniu czasu w niezobowiązujących warunkach.
Kolekcję prezentowały przyjaciółki projektantki i wyglądały w tych strojach równie dobrze co modelki (zdjęcia pochodzą z pokazu w Łodzi – niestety chciałam fajnie wyglądać z małą torebką i na prezentację warszawską nie wzięłam aparatu… ;-)). I to jest ten drobiazg, niby nic, lecz jednocześnie najważniejsza sprawa. Ciuch porusza się z nami, z nami żyje i to on jest dla nas, a nie my dla niego. Nie miałabym oporów przed przyjęciem niezapowiedzianych (a nawet i zapowiedzianych) gości w takiej kreacji. Poniżej opcja śniadaniowa:



oraz opcja kolacyjna:



P.S. A co najważniejsze, od teraz ubrania autorstwa Violi Śpiechowicz można znaleźć w sklepie Almi Decor w warszawskich Złotych Tarasach. Bardzo miły to będzie przystanek na trasie dyktowanej dotychczas przez szybką modę.

30

sty

Obsesja tygodnia: Comme des Garçons i spółka

Przejadła mi się destrukcja (choć w sezonie wiosennym wciąż będzie IN ;-)), za to wciąż nie mam dość dekonstrukcji. Inspirują mnie najbardziej inspirujący w tym temacie, czyli cała japońska grupa projektantów zrzeszonych niejako przez Rei Kawakubo. I niech się nikt nie da przekonać, że Marc Jacobs przetarł te ścieżki. Nic bardziej mylnego! Zdaję sobie sprawę, ze moje wyobrażenia o Japonii czy japońskim stylu to w dużej mierze dzieło własnej i dość bujnej wyobraźni (i żeby było jasne, nie ma ono nic wspólnego z przedziwnym tworem zrodzonym na potrzeby aukcji internetowych pod wdzięcznym tytułem „Japan Style”, brrrr….!!!). A ponieważ gdybym chciała kupić wszystko, co mi się podoba, zbankrutowałabym na samym początku realizowania listy marzeń, postanowiłam dekonstruować ciuchy samodzielnie. Co z tego wyjdzie? Jeśli efekt będzie godny zaprezentowania, na pewno się nim z Wami podzielę.

cdg

26

sty

Muji

No i dzięki Czytelniczkom dowiedziałam się, że wspomniany przeze mnie sklep Muji wkrótce zawita do Polski. Wystrój wnętrz to jedno, ale ciuchy… Co mnie w nich zachwyca? Nic szczególnego. I to „nic szczególnego” zwykle nie jest tak łatwo znaleźć. Opisywałam tu kiedyś bezowocne poszukiwania białej koszuli. Podobnie jest z innymi podstawowymi rzeczami. Zwykły t-shirt, kardigan bez udziwnień, dżersejowa sukienka do chodzenia po domu (swoją drogą Japończycy są prawdziwymi mistrzami jeśli chodzi o stroje domowe) czy nawet pięciopak porządnych skarpetek podejrzanie często stanowią ogromne wyzwanie. Muji to taki sklep, do którego można wpaść na moment, bo akurat zapomniało się szalika albo zaplamiło bluzkę, i błyskawicznie kupić ciuch zastępczy. Ciekawa jestem, czy w polskim „oddziale” będzie można kupić t-shirty złożone w maleńkie sześciany, które idealnie sprawdzają się w awaryjnych sytuacjach, nie zajmując wiele miejsca w torebce.
Wszystkie rzeczy projektowane dla Muji mają być „wystarczające”. I stanowią świetny dowód na to, że czasem warto porzucić wygórowane ambicje.


muji2


25

sty

Futu Magazine

Bardzo się cieszę, że takie rzeczy dzieją się w Polsce. Oto kolejny magazyn (i to już ósmy numer), z którego możemy być dumni i pomiędzy narzekaniem na szare polskie ulice a czytaniem porad psychologicznych w „polskim-najluksusowszym-magazynie-o-modzie” warto go sobie na poprawę nastroju poprzeglądać :-).
Futu Magazine jest wydawany dwa razy w roku w Warszawie, a dostępny nawet w takich miejscach jak paryski butik Colette. Jak to możliwe? Jego pomysłodawcy od początku postawili na dwujęzyczność. Poza tym wychodzi w niewielkim nakładzie (6500 egzemplarzy) i ma swoją cenę. Wprawdzie swój egzemplarz dostałam w prezencie do przejrzenia i wydania oceny, ale jeśli kolejne numery będą równie inspirujące, dwa razy w roku jestem w stanie wydać 50 zł i mieć co czytać przez długie wieczory.
Numer ósmy, w skrócie mówiąc, jest ekologiczny. Momentami jest lekko (domki na drzewie, przepiękne portrety zwierząt, japonki wyściełane trawą…), momentami odkrywa się niewesoła prawda (słyszeliście, drodzy Czytelnicy, o „greenwashingu”? To – znów w skrócie – mydlenie oczu produktami „ekologicznymi”, które mają odwrócić uwagę od reszty większej nieekologicznej działalności. Brzmi niepokojąco znajomo…).
Najbardziej ucieszył mnie wywiad z Kenya Harą, twórcą marki Muji. Sklepu niestety nie ma w Polsce, ale wciąż mam nadzieję, że w końcu do nas dotrze. Póki co najbliższy jest w Berlinie i warto tam zajrzeć, by zrozumieć, na czym polega japońska funkcjonalność i jak piękny może być nawet zwykły zeszyt. Muji to także ciuchy, rzecz jasna, ale o tym może innym razem.


Sesja mody to bardziej zbiór inspirujących zdjęć niż komplet ubrań gotowych do kupienia w najbliższej „galerii” handlowej. Zwłaszcza że pochodzą z sezonu jesień/zima 2008, ale za to z najprzedniejszego źródła. Ktoś poznaje? To Yohji Yamamoto.



A o kim ten artykuł? Można by się spierać, że „to już było”, „żadna to nowość” itd., ale z przyjemnością poznaję na spokojnie idee tego dość szalonego kreatora, zamiast czytać, że „oto wizjoner, ale powróćmy już do tegorocznej kolekcji Prady i trendów na najbliższy sezon” ;-).



Źródło zdjęć: Futu Magazine.


Ocenę wystawiam bardzo dobrą i czekam na numer dziewiąty. A zainteresowanych tradycyjnie odsyłam do źródła.

24

sty

Masówka

W ostatnich miesiącach otrzymałam tyle propozycji współpracy z nowo powstającymi portalami o modzie/stylu/kobietach, że w głowie się to nie mieści (swoją drogą propozycje te zwykle są absurdalne: czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na kopiowanie swoich tekstów na obcej stronie, a jako nagrodę (i jednocześnie wynagrodzenie) przyjął podpisanie owych tekstów linkiem do bloga?). Oczywiście zanim odmówię, dobrze się przyglądam stronie. I mam wrażenie, że wszystkie (z niewielkimi wyjątkami) są do siebie podobne. Czcionka, kolorystyka, tematyka… Co do ostatniej, nie oszukujmy się, cóż można nowego wymyślić w pisaniu o modzie? W końcu doszłam do wniosku, że wcale nie chodzi o powtarzalność. Chodzi o to, że jest ich za dużo!
To na szczęście tylko internet. Literki i obrazki w internecie nie zajmują miejsca :-). Ale przekłada się to także na realną modową (a zapewne i nie tylko) codzienność.
Masowa jest moda (albo raczej: masowe są trendy), masowa produkcja towarów, masowa ich konsumpcja. Masowo wykupuje się buty, które były ostatnią parą, by za dwa tygodnie stwierdzić, że sklepowe półki zasiliła nowa, dwa razy większa dostawa. Masowo otwiera się popularne sklepy, które przez to stają się coraz mniej atrakcyjne. I tak jak cieszyłam się z pierwszej Zary czy pierwszego H&M (wyobraźcie sobie, że zamiast pójść na zajęcia, wyrwałam się z Czułą Haliną na otwarcie – i proszę o niewykorzystywanie tego faktu przeciwko mnie!), tak samo teraz mam dość tych niekończących się dostaw, uginających półek i poplątanych wieszaków. Co nie znaczy, że ubraniowe zakupy przestały mi sprawiać przyjemność. Po prostu ten galop powoli mi ją odbiera.
Wiadomo, piszę o najbardziej podstawowych sieciówkach, w których częste ogromne dostawy są częścią, że tak się wyrażę, filozofii marki.
Jest i druga strona medalu. Towary luksusowe, które akurat masowo produkowane nie są, ale za to masa ludzi wpisuje się na listy oczekujących. Bo coś jest tak strasznie modne, że trzeba to mieć. Ale tutaj rozpocząć by się mogła długa dyskusja odbiegająca od mojej początkowej myśli (którą zresztą sama też prawie że zgubiłam :-)), a zamiaru wywołania takowej nie miałam ani przez chwilę.
Często mam wrażenie, że jeśli uderza jakaś moda, to na całego. Nagle czci się (i podrabia) jednego słusznego projektanta (chwilowo triumfy święci Alexander Wang). Eksploatuje do granic możliwości jeden trend, no, może dwa (ćwieki? Cekiny? Buty za kolano?). I za wszelką cenę zdobywa upragnione trofea, nawet jeśli całe biuro/szkoła/ulica chodzi w tym samym.
Ja nie piszę tego z pozycji obiektywnego obserwatora (jak Państwo dobrze wiecie, jeśli już bawię się w obserwacje, wnioski zawsze mam subiektywne – a przynajmniej tak mi się wydaje). Uczestniczę w tym pędzie chyba bezcelowym i coraz większą mam ochotę zatrzymać się i podążyć w inną stronę. Niekoniecznie w przeciwną. Po prostu coraz bardziej lubię nieodkryte (przynajmniej nie na masową skalę) nowości. Świeżość, której brakuje mi w większości sklepów. Coś, co nie będzie kopiować kolekcji z wybiegów, co będzie miało w sobie coś ujmującego, zaskakującego (ostatnia dziś dygresja: podobnie mam z portalami, gazetami, muzyką, filmami i książkami. Wystarczy już wariacji na temat Dana Browna i produkcji o wampirach :-)). Coś, na co nie będzie mi żal wydać nieco więcej pieniędzy i co będzie towarzyszyć mi o wiele dłużej niż trwają sezonowe trendy. Poszukiwania trwają…


m10

16

sty

Ania!

Gdzieś przeczytałam, że ubrania Ani Kuczyńskiej łatwiej jest kupić za granicą niż w Polsce. Patrząc na listę sklepów, podanych na stronie projektantki, trzeba przyznać temu rację. Na szczęście dla chcącego nic trudnego. Butik w Warszawie jest i serdecznie zaprasza.
A co najlepsze, już powoli pojawia się w nim przepiękna kolekcja na wiosnę lato 2010, zebrana pod tytułem „At The Top Of The Mountain We Are All Snow Leopards”. Modele zainspirowane są zarówno Origami, jak i renesansowymi obrazami florentyńskimi (kolorystyka wręcz się prosi o to porównanie) plus odrobiną natchnienia zaczerpniętego z tradycyjnych meksykańskich strojów (tu z kolei widzę barwy flagi – ale to raczej nadinterpretacja :-)). Osobiście kojarzy mi się ze słodkimi truskawkami, lodami śmietankowymi i świeżą miętą – czyli z latem po prostu (swoją drogą, tak to jest, gdy pisze się tekst przed posiłkiem, a za oknem panuje siarczysty mróz…).

Dres na każdą okazję? Już się tu dzieliłam swoją opinią na ten temat.

A już najbardziej jestem wdzięczna projektantce za kieszenie w sukienkach. To taki niby szczegół, a bardzo dużo zmienia.

Fot. Yosuke Demukai

P.S. Powstała też linia toreb pod nazwą „Snow Leopard Accessories”. Miękkie i czarne kontrastują z geometrycznymi jasnymi, a między nimi usadowiła się czerwień, która zwinięta w dłoni stanowi niezwykły dodatek.


Źródło zdjęć: aniakuczynska.com.