Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

26

lip

Concept stores

Zaczęło się od paryskiego Colette. W każdym razie dla mnie się tak zaczęło (bo pierwszy tego typu sklep według wszelkich dostępnych danych zaistniał na Corso Como w Mediolanie). Weszłam i przepadłam. O co chodzi???

Oto zabawna historia: jak sprawić, by zwyczajny butik zyskał światową sławę? Butików w Paryżu mamy na pęczki, zresztą podobnie na Chmielnej w Warszawie czy w każdym innym mieście. Dużo marek w jednym miejscu, mniej lub bardziej znanych. Asortyment starannie dobierany przez właścicieli, oryginalny, inny niż wszędzie…

I tu wchodzimy w świat iluzji, który zdecydowanie napędza modowy biznes. Ponieważ kupujemy oczami, nasz wzrok już na pierwszym kroku jest poważnie dopieszczany. Przemyślane wnętrza (lub strona internetowa, ale o tym za chwilę), będące zwykle dziełem jakiegoś super architekta. Oryginalnie wyeksponowany towar (nigdy w nadmiarze).
Oczywiście nigdy nie są to artykuły pierwszej potrzeby. Sporo z nich służy nie wiadomo do czego, ale ponieważ nikt nie wie, na pewno nikt nie zapyta :))). Tak jest na przykład ze słynnymi (nie wiem dlaczego) zabawkami Medicom.

Powiedzmy, że wybraliśmy już odpowiednich projektantów, których ubrania zasilą szeregi designerskich wieszaków. Aby sam akt kupowania pozbawić nieznośnej konsumpcyjnej pustki (zwłaszcza w portfelu ;)), zapewnijmy klientom rozrywkę kulturalną, która podniesie nieco morale. Dodajmy kilka półek z książkami, płyty stworzone na potrzeby sklepu, zorganizujmy wystawę ambitnych zdjęć, imprezę tylko na zaproszenia, poczęstujmy wodą mineralną czerpaną ze źródeł tajemniczej japońskiej wyspy… Sprawmy, by poczuli się lepsi. Dajmy im możliwość „posnobowania się” choć przez chwilę :).

No dobrze, koniec tych złośliwości. Teraz brutalna prawda o Harel. Harel lubi „się posnobować”. Lubi pławić się w iluzji ambitnego świata mody, który ofiarowuje takie absurdy jak butla coli z podobizną Karla Lagerfelda lub bawełniane bransoletki w cenie przyzwoitego BMW z lat osiemdziesiątych… Oderwanie od rzeczywistości każdemu czasem dobrze robi, nawet jeśli prowadzi w świat kompletnej abstrakcji.

Chcecie się oderwać, drodzy Czytelnicy? Proponuję krótką wycieczkę po internetowych concept stores (a jak ktoś wymyśli sensowne polskie tłumaczenie, jestem gotowa uhonorować go jakąś nagrodą).

PAN TU NIE STAŁ – butik, którego nazwa odzwierciedla myśl przewodnią przedsięwzięcia. Stacjonuje w Łodzi przy ulicy Jaracza, prowadzi też oddział internetowy. Obydwa oferują sentymentalną podróż do przeszłości. Vibovit, herbata popularna czy papierosy klubowe występują na t-shirtach. Do domu kupimy zestaw kubków jak z baru mlecznego, a na nogi szmaciane trzewiki z gatunku kapciowatych, czyli Paezy (które nosi sama Anna Wintour, żeby nie było!). Sklep młodziutki, asortyment na razie niewielki, ale w idei drzemie ogromny potencjał, więc trzymajmy kciuki!

ZEMEŁKA & PIROWSKA – tego duetu nie trzeba przedstawiać. Bardzo mnie ucieszyło, gdy otworzyły sklep internetowy, a jeszcze bardziej, gdy zauważyłam, że jego wirtualne drzwi są otwarte także dla innych projektantów. Biżuteria Anny Blauth, torebki Magdy Kiejno, a także odrobina grafiki oraz wystroju wnętrz (dmuchane lampy Puff Buff – to trzeba zobaczyć!).

RS STORE – gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, RS to inicjały człowieka, który miał gigantyczny wpływ na zaistnienie na naszym rynku mody alternatywnej. Dzięki Robertowi Serkowi w naszym pięknym kraju nad Wisłą pojawia się i znika Guerilla Store. I tu znów muszę się rozpisać… Albo nie. Sprawdźcie to sobie sami, drodzy Czytelnicy :).
RS Store pojawił się w internecie i jak na razie nie zniknął. Co więcej, łączy w sobie kilka sklepów stworzonych przez Roberta Serka, m.in. WaRS2zawską Nike czy 400 Rabbits. W „realu” butiki te są rozsiane po Mokotowskiej i Koszykowej w Warszawie, a jeden usytuował się w poznańskim Starym Browarze. Wprawdzie w wirtualnej przestrzeni nie napijemy się kawy, ale za to możemy zrobić całkiem niezłe zakupy. Buty Vivienne Westwood + Melissa, ciuchy i perfumy kolektywu Comme Des Garcons, wygodne adidasy, na które teraz mówimy „sneakersy” i dużo, dużo więcej.

Na koniec COLETTE. Postanowiłam nic o nim nie pisać. Obejrzyjcie go sobie, drodzy Czytelnicy, i zobaczcie, jak wygląda idealny concept store.

22

lip

Ja chcę mój Dilemmas!!!

Prawdopodobnie to będzie dość hermetyczna notka, ale trudno. Przypuszczam, że moi Czytelnicy orientują się, cóż to Dilemmas Magazine. Byłam z tym magazynem związana od samego początku. Sercem i głową. Pisałam i realizowałam szalone pomysły diy. Z nostalgią wspominam pierwszą rozmowę na ten temat odbytą z byłą już redaktor naczelną, Ewą Kosz. Zimowy wieczór, my opatulone w wełniane swetry w kawiarni na Nowym Świecie, dyskutujące, czego nam brakuje w polskich wydawnictwach o modzie… A potem długa i wyczerpująca praca nad numerem zerowym. Zebranie potężnej grupy ludzi, którzy zgodzili się podjąć pracę na 200% – i to charytatywnie! A potem kolejne numery, rosnąca satysfakcja i opinie znajomych, czasem wcale z modą niezwiązanych (moja ulubiona: „Dilemmas to takie polskie i-D” – dzięki, Filip!!! :)).

Chyba każdy tytuł ma na koncie jakieś zawirowania: zmiana wydawcy, redaktorów naczelnych, pracowników… Dość szybko takie zawirowanie spotkało także Dilemmas. Nie będę się wdawać w szczegóły, delikatnie mówiąc nastąpiły zmiany, które przesądziły o mojej decyzji, by więcej nie użyczać magazynowi ani serca, ani głowy (ani pseudonimu, choć wciąż nie udało mi się doprosić o jego usunięcie ze strony informacyjnej).

To, co ujrzałam w dniu premiery, tylko upewniło mnie, że podjęłam słuszną decyzję. Najbardziej razi szata graficzna. Od okładki poczynając. Niespójna, chaotyczna, momentami po prostu zła (czarne litery na czarnym tle?). Wiadomo, każdy ma swój gust. Mój gust leży gdzieś daleko, daleko… Nastąpiła brutalna zmiana poziomu. Żeby jednak nie być zbyt okrutną (zwłaszcza że moja opinia, jako osoby emocjonalnie ze sprawą związanej, nigdy obiektywna nie będzie), nie będę się upierać, że poziom drastycznie spadł. On po prostu osiadł na innej płaszczyźnie. Zaspokaja inne gusta, powstaje dla innych niż wcześniej odbiorców. Takich, którym nie przeszkadzają teksty sponsorowane. Ani wizyta u krawcowej w celu realizacji pomysłu z działu „Zrób to sam„. Ani to, że dosłownie chwilę temu ulica Mokotowska była dokładnie opisana w Elle. Ani potworna reklama statków czy czegoś tam. To jest, według mnie, magazyn jakich wiele. On już się nie wyróżnia.

W dawnym stylu pozostała tylko rubryka „Street Fashion”, którą obejrzałam z prawdziwą przyjemnością.

Chciałabym podkreślić, że nie umniejszam niczyjego wkładu pracy w ten najnowszy numer. Po prostu szkoda mi, naprawdę wielka szkoda, bo tej pracy (głównie przez kiepską grafikę) nie da się w pełni docenić. Dilemmas stracił starych redaktorów, zyskał nowych. Nie ma ludzi niezastąpionych. Ale, to znacznie gorsze, stracił wiernych czytelników. A na pewno jedną wierną, choć mało obiektywną czytelniczkę.

21

lip

Dla kogo te buty???

Przez większą część mojego trzydziestoletniego żywota z przyczyn technicznych byłam odseparowana od takich rzeczy jak buty na obcasie. Wysokim czy nie, bez znaczenia. Jedynymi modnymi butami, jakie posiadałam, były martensy w latach dziewięćdziesiątych oraz jakiś tam konkretny model adidasów (nie pamiętam jaki, ale nawiązujący do kultury modsów – którą zresztą do dziś pod kątem modowym bardzo sobie cenię) na początku obecnego wieku. Raczej przypadkowo wstrzelałam się w obuwniczą modę, niż za nią podążałam. Strony w magazynach poświęcone butom przerzucałam bez zainteresowania, podobnie obojętnie przechodziłam obok sklepów. Tylko czasem z leciutkim żalem spoglądałam na biegnącą w szpilkach Carrie Bradshaw lub najświeższe modele Prady na pachnących nowością stronach Vogue’a…

Dzięki zaawansowanej medycynie sportowej od dwóch lat mogę nosić teoretycznie takie buty, o jakich tylko sobie zamarzę. Nagle jednak moje marzenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Okazało się, że większość tych butów, które były dla mnie nieosiągalne ze względów zdrowotnych, nie nadaje się także ze względów praktycznych. W nich się po prostu nie da chodzić!
„Pięć centymetrów, góra sześć” – powiedział na pożegnanie mój lekarz – cudotwórca. Z początku rozczarowana, szybko przyznałam mu rację.

I zaczęły się kolejne schody. Połączenie „ładne/wygodne/na średnim obcasie” zdaje się nie mieć prawa bytu. Ładne są zazwyczaj za wysokie albo niewygodne, a wygodne ranią moje poczucie estetyki. Średni obcas to najgorsza sprawa. Czy musi być toporny i kwadratowy? Czy naprawdę nie da się wykonać zgrabnych butów z jego udziałem?
No dobrze, da się. I jak tylko takie zobaczę, od razu kupuję. A ponieważ zdarza się to bardzo rzadko, wciąż nie wydaję fortuny na buty ;).

Z dużą rezerwą podchodzę więc do stwierdzeń: „w tych szpilkach mogę biegać cały dzień i nic mnie nie boli” czy „nie ma wygodniejszych obcasów niż moje 12 cm”. Uwierzyłam tylko Styledigger, gdy na własne oczy zobaczyłam, jak na jedenastocentymetrowych szpilkach biegnie do autobusu, na finał blokując obcasem drzwi, byśmy mogły wsiąść razem z nią :).

A Wy, drogie Czytelniczki, w jakich butach biegacie na co dzień? :)

13

lip

Eliwer

Opaski, naszyjniki i wisiorki tworzone pod wpływem chwili. Aktualnie w najbardziej letnich kolorach, jakie tylko można sobie wymarzyć. To dzieła dwóch studentek architektury, skrywających się pod nazwą Eliwer. Ponieważ od kilku tygodni nie mogę się uwolnić od fascynacji modą lat dwudziestych (najprawdopodobniej spowodowaną obejrzeniem filmu „Powrót do Brideshead”), zakochałam się z miejsca w kwiatowych opaskach. Zresztą chyba we wszystkim się zakochałam (czy tak można??? ;))
Poniżej krótki wywiad z projektantkami.





1. Skąd pomysł na tworzenie tak oryginalnych dodatków?

Zaczęło się od prowadzenia bloga z pięknościami, które nas inspirują. Od dawna tworzyłyśmy rzeczy własnoręcznie, dla siebie i znajomych.
Zainteresowanie naszym blogiem ośmieliło nas do rozpoczęcia sprzedaży rzeczy które robimy.
Oglądamy dużo blogów, stron, magazynów, filmów, zdjęć – stąd czerpiemy inspiracje do działania.

2. Czy można kupić Wasze prace „stacjonarnie”, czy tylko przez internet?
Rzeczy Eliwer można zamówić tylko przez internet. Z dziewczynami z Warszawy często spotykamy się osobiście, aby mogły przymierzyć i wybrać najbardziej odpowiedniego dla siebie „eliwera”. Dziecięca linia opasek dostępna jest w kawiarni Kolonia na warszawskiej Ochocie. W przyszłości planujemy założenie pracowni-sklepu, gdzie wspólnie tworzyłybyśmy „eliwery”. Póki co staramy się brać udział w targach, takich jak Rzoliboż czy Bakalie, gdzie „eliwery” towarzyszyły Cloudmine. Najbliższa taka okazja będzie 24 lipca w warszawskim 5*10*15. Zapraszamy serdecznie.

3. Czy realizujecie indywidualne zamówienia? (konkretny wzór, kolor itd.)
Oczywiście. Mamy całkiem dużo takich zamówień, kiedy ktoś wybiera fason i chciałby inny kolor. Zdarzają się też zamówienia do konkretnych sukienek lub okazji. Jesteśmy otwarte na propozycje.

4. Co zaproponuje nam Eliwer na jesień?
Projektujemy pod wpływem chwilowych inspiracji, więc trudno nam myśleć o chłodnej i deszczowej jesieni. Chciałybyśmy bardziej się skupić na naszyjnikach i broszkach, z uwagi na pogodę. Oczywiście nie mamy zamiaru rezygnować z opasek, ponieważ są naszym znakiem rozpoznawczym.
Myślimy o tym żeby stworzyć dwie linie kolorystyczne. Jedną bardziej stonowaną, a drugą bardzo kolorową, aby ożywiła szare, jesienne ulice. W dalszych planach mamy linię świąteczną i karnawałową.





zdjęcia: eliwer.pl

P.S. Pozdrowienia dla Czytelniczki spotkanej w Empiku!!! Było mi bardzo miło! :)

11

lip

Zrób to sam

Kontynuując wątek wakacyjnego lenistwa… Komu się znudziło „nicnierobienie” podczas urlopu, niech koniecznie zajrzy na blog P.S. – I made this… Jest to absolutnie genialny zbiór pomysłów do samodzielnej realizacji, inspirowanych modą najwyższej klasy. Sznurkowy naszyjnik a’la Chanel, broszka z plastikowych widelców i papierowych serwetek, wazon w paski w stylu Marca Jacobsa… Marudzenie typu „mam dwie lewe ręce” nic nie pomoże. Te rzeczy są naprawdę proste do zrobienia. A najlepiej oddają sprawę te słowa: „P.S. – I made this… will inspire and encourage readers to embrace the concept of I see it, I like it, I make it”.


7

lip

Pamiętacie?

Mulina we wszystkich kolorach tęczy, agrafka i dżinsy, które rwały się na kolanach. To jedno z moich wspomnień (czy może impresji?) z podstawówki, kiedy nauczyłam się tajemnej techniki plecenia „bransoletek przyjaźni”. Prób było wiele, efekty początkowo cienkie (dosłownie), ale gdy raz załapałam, o co chodzi, plotłam w każdej wolnej chwili. Ręka w górę, kto z Czytelników też się tym kiedyś choć przez moment zajmował?
Dlaczego o tym piszę? Otóż niedawno w pewnym snobistycznym sklepie (och, przepraszam, to był concept store ;)), wpadły mi w oko takie właśnie bransoletki w zatrważającej cenie 600 euro. Za sztukę. Tak, też mnie to zaskoczyło.
Sekret ceny tkwił w maleńkim diamencie umieszczonym centralnie na paseczku, a także w logo Redline na zapięciu. Tak przy okazji, Redline jest francuską firmą specjalizującą się w łączeniu szlachetnych surowców (w tym diamentów, rzecz jasna) z kolorowymi nitkami (choć nie tylko, ale to jest cechą charakterystyczną).
Serdecznie podziękowałam i wyszłam stamtąd z pustymi rękami (czego nie żałuję), ale za to pełna nowych pomysłów. Czyżby bransoletki przyjaźni powracały do nas w wielkim stylu? Odpowiedź jest prosta: one nie wychodzą z mody, po prostu zwykle fascynują ludzi w konkretnym przedziale wiekowym. A że powstają ich drogie wersje? Cóż, najlepszy dowód na to, że na wszystkim da się zrobić interes :).
A wracając do myśli przewodniej, luksusowe czy sieciówkowe – żadnej z nich nie kupię. Za to wkrótce ruszam na przegląd szuflad w poszukiwaniu zapasów muliny. No, może zainwestuję w jeden kryształek Swarovskiego :)


braceletsTrendy i Style - Polyvore

P.S. A oto, co znalazłam u siebie. Data wykonania: wakacje 1995!



fot. Harel