Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

18

Wrz

Ostrożnie!

Przekrzykując się jeden przez drugi, magazyny o modzie ogłaszają wielki powrót kobiecości. Talia! Biust! Biodra! Wreszcie to, w co przeciętna kobieta wyposażona jest od wieków, stało się modne (bardziej zorientowani przywołują lata pięćdziesiąte, ale to raczej rzadkość). No paranoja… Ale trudno, niech im będzie. Kobiecość powraca jesienią 2010. Jednak to, co widzę na wybiegach czy sesjach zdjęciowych, jest kobiecością nieco przykurzoną. I trzeba naprawdę dużych starań, by nie wystylizować się na własną panią od historii sprzed dwudziestu lat (albo nawet czterdziestu. A, i nie mam nic przeciwko paniom od historii, ot, taki stereotyp – jeśli kogoś uraził, niech wie, że nie było to moim zamiarem!).
Wełniane swetry Prady noszone do ciężkich spódnic i dzianinowych opasek na głowę sprawdziły się na pokazie, owszem. Sprawdzają się nawet na zdjęciach, zwłaszcza przy nastrojowym bocznym świetle i odpowiednio dobranych wnętrzach (oraz tle muzycznym by Cooley & Davenport). Ale gdy jakiś miesiąc temu zobaczyłam wystawę Zary, oniemiałam. Takich ciuchów pozbywały się nasze mamy, udając potem, że nigdy ich nie miały. To potwornie smutny sort szaro-brązowych wełnianych spódnic, burych garsonek, sweterków z łatami na łokciach i za długich płaszczy.
Są osoby, które jakimś cudem umieją go zaadaptować tak, że wyglądają modnie. Ale ja na pewno do nich nie należę. Do tego wręcz stopnia, że chyba kiedyś się wybiorę do jakiegoś sklepu i zrobię sobie zdjęcie na dowód – specjalnie dla Was.
Do czego zmierzam? Mam wrażenie, że niektóre trendy bywają zwodnicze. I trzeba naprawdę delikatnie się z nimi obchodzić i nie brać zbyt dosłownie. Tak jak Kate Moss we wrześniowej sesji dla brytyjskiego Vogue’a top Prady zaadaptowała na mini sukienkę, tak i my pokombinujmy, zanim moda brutalnie sobie z nas zażartuje ;).



09/2010
Zdjęcia: polyvore.com


17

Wrz

Pomysły na jesień

Wprawdzie w Nowym Jorku trwają właśnie pokazy na wiosnę 2011, ale w moim świecie (wirtualnym i realnym) dopiero zaczyna się jesień (i to bardzo powoli). Owszem, tradycyjnie mam swoje ulubione kolekcje. Tym razem jednak jest trochę inaczej niż zwykle. Zamiast dokupować niezbędne elementy, wyciągam je z własnej szafy. Wcale nie dlatego, że taki ze mnie jasnowidz. Po prostu coraz bardziej cenię modę codzienną, pozornie zwyczajną. Taką, która nie zajmuje zbyt wielu myśli. To ona ma być dla mnie, a nie ja dla niej. I poniższy wybór pozostaje właśnie w tym duchu:

1. Isabel Marant – to cekiny i lureks mogą wyglądać bezpretensjonalnie? Mogą, pod jednym warunkiem. Noszone obowiązkowo a’la Marant. Z paryską nonszalancją. Ta kolekcja podoba mi się przede wszystkim dlatego, że egzystuje sobie poza trendami. I jeszcze dlatego, że sama Isabel Marant przyznaje, że nigdy nie zmieniła swojej wizji mody. Od początku trzyma się ustalonych przez siebie reguł czy może po prostu swoich upodobań. Tak się złożyło, że w pewnym momencie świat to dostrzegł i docenił (a nawet nieco zwariował na jej punkcie).

2. Dries van Noten – gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę kolekcję, wiedziałam, że poprowadzi mnie przez całą jesień. Uwielbiam takie niedosłowne militarne inspiracje. W dodatku tak przemyślane, że ani dres, ani zwierzęce cętki nie są kiczowate. I jeszcze talia. Talia, która zdaje się mówić: „Owszem, jestem, ale się nie wychylam”. Nic na siłę. Ten pan jest boski!

3. Hussein Chalayan – zazwyczaj było w jego kolekcjach za dużo eksperymentu jak dla mnie. Wiadomo: moda, sztuka, awangarda… Ponieważ jednak zajmuję się bardziej praktyką mody, nie teorią, kolekcja zimowa wreszcie spełniła moje kryteria. Nie przeszkadzają nawet zawoalowane głowy niektórych modelek, a kożuszek na lornetkę po prostu mnie rozczulił. Wracając jednak do użyteczności projektów, najbardziej spodobały mi się czerwone dzianinowe akcenty. Chcę sobie zrobić taki szalik. A przynajmniej spróbować…

4. Vanessa Bruno – lubię jej prace od dawna, ale zawsze przegrywała w moich rankingach z Isabel Marant. Tym razem jednak nie jestem pewna, którą z nich wolę bardziej. I tu Paryż, i tu Paryż. Jednak podczas gdy Marant jest dość ostra, Bruno pozostaje przy delikatności. Przełamanej oczywiście w umiejętny sposób, który mam zamiar zastosować w najbliższym czasie.

5. Fendi – Karl Lagerfeld jest niezmordowany. Wprawdzie futerkową kolekcję Chanel wciąż traktuję jako dobry żart, a winyle sygnowane jego własnym nazwiskiem jak prowokację, ale to co zrobił dla Fendi, bardzo mnie zainteresowało (zwłaszcza buty). I znów przepraszamy się z własną talią i w dowód tego kupujemy jej ładny pasek. Jedynie co do futer mam mieszane uczucia. Zostawiając już sprawy etyczne (w końcu np. cała kolekcja Chanel oparta została na futrach sztucznych), jakoś wciąż się obawiam, że w futrze będę raczej panią Robinson niż Alexą Chung :).

6. Reed Krakoff – gdy zaczął tworzyć pod własnym nazwiskiem, z marszu stał się ulubieńcem świata mody. Ale nie tego z Victorią Beckham na czele. Umiłowały go sobie osoby z branży znajdujące się zwykle za kulisami, poza zasięgiem wzroku. Takie, którym wystarczy metka po wewnętrznej stronie ubrania. Można by powiedzieć, że ta kolekcja jest „z twarzy podobna zupełnie do nikogo” :). Ale może właśnie dlatego tak mnie pociąga.

7. Sonia Rykiel – czyż ta kolekcja nie jest piękna? I czyż ten zestaw nie jest przesłodki? Od razu robi mi się cieplej (a wierzcie, drodzy Czytelnicy, po powrocie z wakacji przeżyłam szok termiczny. I zostałam z opalenizną, która wygląda absurdalnie w połączeniu ze swetrami :)). No dobrze, nie przyczepię sobie wielkiego pompona do głowy, ale z przyjemnością będę nosić dzianinowe spodnie. Jakoś te „rykielowe” bardziej przypadły mi do gustu niż produkcja Chloe. Może dlatego, że po oglądaniu Chloe widzę cały świat na beżowo…

8. Rick Owens – od razu się zgodzę: użytkowy to on nie jest. Ale sam klimat jest absolutnie do zastosowania. Chętnie bym przygarnęła na przykład taką kołdrę, uprzednio doczepiwszy do niej rękawy ;).

A jakie są Wasze typy na jesień?

13

Wrz

W Elle!!!

Harel w Elle – no coś podobnego! Pamiętam, jak mniej więcej rok temu pochwaliłam się, że fragmenty tego bloga będą w Elle. Zostałam laureatką konkursu organizowanego przez ich wydawcę, a nagrodą miała być publikacja w wybranym magazynie oraz wizyta w redakcji. Wybór magazynu był oczywisty, redakcję odwiedziłam (było super!), natomiast moje wszystkie maile z pytaniem o publikację do dziś pozostały bez odpowiedzi. Do tej pory nie wiem, dlaczego tak się stało. Byłam tylko zła na siebie, że tak szybko zaczęłam się chwalić. I było mi głupio, choć to raczej organizatorom konkursu powinno być. Mogliby chociaż coś ściemnić. Że moje teksty nie odpowiadają redakcji albo że źle zrozumiałam regulamin. No cóż, miałam nauczkę na przyszłość. Nie rozgadywać przed faktem.
I nagle dostaję e-mail z pytaniem, czy nie zechciałabym wystąpić w artykule o ulubionych blogerkach Elle. Choć nie jestem stałą czytelniczką polskiej edycji, ten tytuł to jest coś! Ten tytuł to jeden z dwóch największych filarów wśród magazynów mody. Potoczyło się błyskawicznie. Jednak mimo profesjonalnego rozegrania sprawy przez przemiłych wysłanników redakcji (których serdecznie pozdrawiam i którym gorąco dziękuję!), postanowiłam milczeć. Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. Nie wierzyłam, gdy Maja Kasprzyk rejestrowała moje odpowiedzi na dyktafonie. Ani wtedy, gdy Robert Ceranowicz robił mi zdjęcia, odgadując, w którą stronę pójdą chmury za oknem, by wstrzelić się w najlepsze światło. Ani wtedy, gdy dostałam zdjęcia i tekst do autoryzacji. Ani wtedy, gdy forsowałam „beżowy” zamiast „camelowego”. Nawet najbliżsi przyjaciele nie mieli pojęcia, co się święci. Siedziałam cicho.
A potem wyjechałam na wakacje i właśnie wtedy magazyn się ukazał. I pisaliście do mnie tak miłe wiadomości, drodzy Czytelnicy (cierpliwości, na wszystkie odpowiem, potrzebuję tylko trochę czasu). A ja wciąż nie mogłam uwierzyć, bo wciąż nie miałam w rękach tego magicznego zadrukowanego papieru…
Teraz wróciłam i uwierzyłam. Choć wciąż jest to dla mnie surrealistyczne.
Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy. Bez Was nie byłoby tego sukcesu!

A, i inspiracje czerpię z prasy, owszem, ale zagranicznej :).





fot. Robert Ceranowicz

P.S. Odpowiadając na pytania o strój: kapelusz (widoczny w magazynie) pochodzi z kolekcji H&M Fashion Against Aids, koszula z H&M „widmo” Trend, sandałki to Topshop, a dżinsy Uniqlo.