Miesięczne archiwum: Styczeń 2011

29

Sty

„A co oni umią, ci młodzi wilcy?”

To dopiero… Ledwo się towarzystwo zdążyło rozpanoszyć, a już jest porównywane do epidemii groźnego wirusa. Dziś przeczytałam bardzo ciekawy wpis na blogu redaktor naczelnej włoskiego Vogue’a, Franki Sozzani (Blog del Direttore – najlepsza nazwa, jaką spotkałam w życiu). W skrócie, porównuje ona cały blogowy ruch modowy do trendu, który w pewnym momencie robi się popularny nie do zniesienia, by potem kompletnie przeminąć. Kwestionuje wiedzę blogerów na temat mody, nie za bardzo rozumie sens zapraszania ich na pokazy.

„A co oni umią, ci młodzi wilcy?”- tak mi się to wszystko skojarzyło ze słynnym cytatem z „Kilera”. No i postanowiłam wypowiedzieć się jako blogerka, ale też jako wieloletnia obserwatorka blogosfery.

Każdy kij ma dwa końce. Są blogerzy, którym absolutnie się należy miejsce na pokazach. Czy w pierwszym rzędzie? To może dosłownie kilku osobom z całego świata. Na pewno powinna być wśród nich Susie Bubble.
Są też niestety, jak ich nazywam, „tandeciarze”. O modzie mają nikłe pojęcie, lecz sami uważają inaczej. Łapią chwilę, łapią okazję, wciągają w marketingowy wir artykułów sponsorowanych, kodów promocyjnych, konkursów i reklam bez żadnego umiaru. I chwytają się każdej możliwości autopromocji, nawet jeżeli miałyby to być zdjęcia z pokazu najnowszej kolekcji majtek dla butiku Pewex, na których dumnie prężą pierś w towarzystwie gwiazd piątej kategorii. I robią tym więcej szkody niż pożytku, podsycając stereotyp blogera dążącego za wszelką cenę do wypromowania samego siebie (napisała Harel, siedząc przy komputerze w swoich pięknych „levisach” ;)).

Z pewnością blogi są niezłym medium dla wielu firm (zwłaszcza odzieżowych). Kto by nie chciał darmowej reklamy na stronie oglądanej przez tysiące par oczu dziennie? Czyż nie opłaca się przesłać informacji prasowych do blogera spragnionego wieści ze świata mody, niż dobijać się bezskutecznie do wielkiego miesięcznika? Ale, choć moda schodzi do internetu i coraz częściej stara się bratać z jego użytkownikami (spójrzmy, ile firm czy magazynów modowych ma swoją stronę na Facebooku czy blog, ile zniża się do poziomu bliskiego zeru, podejmując dyskusję z zachwyconymi tym faktem anonimami), świat blogów wciąż jest maleńki i hermetyczny (czy ja tego niedawno nie pisałam?).

Ze dwa miesiące temu pochwaliłam się dawno niewidzianemu znajomemu artykułem w Elle, w którym miałam przyjemność wystąpić. On popatrzył, przeczytał o tych wygodnych butach i męskich koszulach, które lubię, po czym spytał: „Ale co to właściwie jest ten blog?”.

Więc być może „ci młodzi wilcy” coś tam już „umią”, ale odrobina pokory nikomu nie zaszkodzi :).

A tutaj i tutaj znajdziemy wypowiedzi tych, którzy zdecydowali się porzucić pokorę i odważniej polemizować z Sozzani.


P.S. (30.01.2011) Nie sądziłam, że mój tekst może być tak zrozumiany, ale cóż, widocznie każdy widzi to, co chce widzieć. Ja tu nie krytykuję reklam na blogach. Nie krytykuję konkretnych blogerów. Nie rozumiem też za bardzo odgadywania, kogo miałam na myśli. Nie o to chodzi!
Tak jak napisałam w komentarzu pod spodem. Nie widzę nic złego w komercji na blogu, pod warunkiem, że jest ona stosowana z umiarem.
Na szczęście większość z Was dobrze odczytała, że chodzi o tekst pani Sozzani, a nie osobiste wycieczki do sama nie wiem kogo. A jeśli ktoś się poczuł urażony, może powinien sam siebie zapytać, dlaczego?

28

Sty

Spójność

Co najbardziej lubię w kolekcjach projektantów (i nie tylko projektantów, ale na nich dziś się skupię)? Konsekwencję. Spójność. Indywidualizm i oryginalność też, ale bez dwóch pierwszych one na nic się zdadzą. Motywem przewodnim może być gama kolorystyczna, wzór na tkaninie, inspiracja, nawiązanie do którejś dekady itd… Niestety zdarza się, że jedyną częścią wspólną jest makijaż i fryzura modelek. I wtedy aż żal człowiekowi pisać cokolwiek złego, w końcu ilość pracy wkładana w stworzenie kolekcji jest spora, bez względu na efekt końcowy.
Inna sprawa, czy dzieło zaspokaja czyjś gust. To rzecz indywidualna, trudna – zwłaszcza dla ludzi zajmujących się profesjonalnie krytyką mody. Uff, na szczęście ja tylko bloguję :).

Mam grono ulubionych projektantów, których pracami zachwycam się jeszcze zanim powstaną ;). Znacznie częściej jednak miewam po prostu ulubione kolekcje. Takie, które chciałabym nosić. Takie, które inspirują do poszukiwań, a czasem nawet do oszczędzania i zakupów.

„Solidarity” (na wiosnę/lato 2011) to pierwsza kolekcja Ewy Minge, która mnie zainteresowała. Poprzednie pomysły projektantki jakoś do mnie nie przemawiały. A tu oglądam i stwierdzam: to jest po prostu ładne. Proste. Fajne (wybaczcie mało wysublimowane słowo). Do noszenia. W przystępny sposób podane. A tak przy okazji, pewnie każdy zainteresowany modą wie, że zostało zaserwowane w Nowym Jorku podczas tygodnia mody i że lada chwila wjedzie na nowojorski stół kolejne danie w postaci kolekcji na jesień/zimę 2011 – mam nadzieję, że co najmniej tak samo dobre.

Nie wnikam w dyskusję o… nawet mi się nie chce pisać, o czym. Kto chce, ten znajdzie w okamgnieniu. Napiszę tylko tyle, że Ewa Minge jest zdecydowanie bardziej ceniona za granicą niż w Polsce. Kilka miesięcy temu w Elle ukazał się spory artykuł na ten temat napisany przez Maję Kasprzyk. Obiektywny, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy w historii polskiej prasy i projektantki. Na szczęście na Polsce świat się nie kończy (a świat mody zwłaszcza). Harel trzyma kciuki!





Zdjęcia: evaminge.com

27

Sty

Marni?

Pięć lat temu mogłoby to być Marni. Pięć lat temu poszukiwałam takich naszyjników bezskutecznie, wzdychając do egzemplarzy w Net-a-porter. A teraz, gdy gorączka nieco opadła (a w pudełkach z biżuterią uzbierało się parę inspirowanych wersji), taka oto przedziwna biżuteria pojawia się w wiosennej kolekcji polskiej marki Monnari.
Ogromna. Asymetryczna. Niestety dość ciężka. Fantastycznie zmienia zwykłe ciuchy w awangardowe kreacje. Spróbujcie z białym t-shirtem. Spróbujcie z poprawną do znudzenia małą czarną. Kto lubi wyzwania, niech zmiesza ją z czymś wzorzystym. Podobno się da, choć ja mieszanek wybuchowych nie uprawiam :).
Tak sobie patrzę na te rzeczy i myślę, jakby było fajnie, gdyby Monnari odważyło się pójść w takim kierunku z całą kolekcją. Żeby obrać jedną konkretną ścieżkę i przestać się rozdrabniać. Ale to chyba problem większości polskich sieciówek niestety… W końcu są od zaspokajania masowych potrzeb…





Zdjęcia: Monnari

25

Sty

Ach, ten COS…

Jak to możliwe? Ilekroć widzę nowy lookbook marki COS, zastanawiam się, czy przypadkiem nie prowadzę podwójnego życia i w błogiej nieświadomości nie przenoszę się do siedziby ich projektantów, by doradzać, co chciałabym nosić w przyszłym sezonie. Bo to naprawdę nie do wiary, żeby za każdym razem tak mi się wszystko podobało.
A może zostałam pożarta przez chwyty marketingowe i podoba mi się wszystko, co ma ich metkę???
Zapewne nigdy się tego nie dowiem. Wiem za to jedno. Całe szczęście, że ich sklepów nie ma w Polsce. Gdyby były, prawdopodobnie ten blog by padł – bo jak prowadzić blog z odłączonym internetem, a przede wszystkim prądem? ;)
Żeby nie było, że jestem totalnie bezkrytyczna, mam pewne zastrzeżenia. O ile na samym początku w COSie dominowały tkaniny naturalne i niezłej jakości, o tyle teraz niestety coraz częściej są zastępowane poliestrem lub jego mieszankami. A cena wcale nie idzie w dół…
Ale i tak uwielbiam i uwielbiać będę! Poniżej odrobina wiosny w „cosiowym” wydaniu. Ja jestem na tak!
A czy Wy macie takie marki, które zawsze do Was przemawiają?

Zdjęcia: hm.com

23

Sty

Ludowo Mi!

Już jutro rusza odnowiony sklep Ludowo Mi. Z tej okazji przedstawiam krótką rozmowę z panią Magdaleną Wojdyną – jego założycielką i właścicielką. Sama jestem zdziwiona, że dopiero teraz wpadłam na pomysł zadania kilku pytań – w końcu galerię Ludowo Mi śledzę niemal od początku jej powstania. Gdy w kolekcji Balenciaga pojawiły się folkowe chusty, to tam szukałam ich odpowiedników. Gdy nie miałam pomysłów na prezenty, sklep nie raz ratował mnie z opresji :). Kto ma ochotę na ludowe inspiracje, powinien tam zajrzeć koniecznie!



W tym roku Galeria Ludowo Mi obchodzi swoje piąte urodziny. Czy mogłaby Pani odpowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło i w jaki sposób rozwijało?
Galeria działa już 5 lat. Pomysł przyszedł sam:) Postanowiłam z mężem przenieść się na stałe na wieś. Całe życie mieszkałam w Warszawie, ale na tzw. starość zachciało nam się spokoju i ciszy oraz śpiewu ptaków za oknem.
Pomysł z przeniesieniem się daleko od miasta musiał się wiązać ze zmianą trybu pracy i życia. Zawsze lubiłam wiejskie klimaty: chaty kryte strzechą, świątki ludowe, ludową muzykę. Tak zrodził się pomysł na stworzenie miejsca, które gromadzi ludzi mających takie gusta jak ja. Ponieważ miał to być też biznes, więc musiało powstać coś takiego jak galeria, sklep, który pozwoli mi sprzedawać rzeczy z rękodzieła ludowego lub wyroby nawiązujące do folku.
Sam czysty folk jest słabo medialny i zarazem sprzedawalny. Zauważyłam jednak ze nurt  folkowy często pojawia się polskiej modzie i sztuce użytkowej. Zwłaszcza w czasach globalizacji zauważa się trend zaznaczania odrębności w obrębie państw i rożnych dziedzinach kultury, sztuki, mody. Dlatego też nawiązuję kontakty z ludźmi, którzy inspirują się folkiem i chcą swoje rzeczy sprzedawać innym, pochwalić się pomysłami i inspiracjami.

Ludowo Mi wysyła do najróżniejszych zakątków świata. Skąd było najdalsze zamówienie?
Najdalsze zamówienie miałam z Alaski! Z tą klientka zresztą nawiązałam miłą korespondencje, wysyłała mi zdjęcia lisów polarnych itp. To jedna z milszych stron tego biznesu, gdy mogę kogoś ucieszyć naszymi ludowym wyrobami i pomóc w nostalgii i tęsknocie za Polską

Jakie są kryteria przy wybieraniu nowych artystów? Czy każdy ma szansę się zgłosić?
Kryteria są jasno ujęte w naszym regulaminie. Nie przyjmujemy jednak wszystkiego. Musi być to kolekcja przedmiotów nawiązująca do folku, oryginalnie wymyślona, a nie skopiowana z innych galerii, starannie wykonana i pięknie sfotografowana. Internet rządzi się swoimi prawami. Klient klika w zdjęcie i podejmuje decyzje o kupnie na podstawie tegoż zdjęcia. Tak wiec prezentacja produktu jest bardzo ważna.

4. Sklep Ludowo Mi właśnie rusza od nowa po generalnym remoncie. Skąd pomysł na zmiany?
Nasz sklep w starej szacie graficznej i funkcjonalnościach trwał już 5 lat, a świat internetu idzie naprzód bardzo szybko. Przyszedł czas na zmiany zarówno od strony klienta jak i administratora. Rekonstrukcję musiał przejść sposób zarządzania produktami oraz sposób ich wyszukiwania. Obecnie system działania jest dużo łatwiejszy dla mnie jako administratora, ale tez dla klienta, proszę wejść i się przekonać. Można wyszukać wyroby po kolorze, tagach, a także wg kryteriów: przeceny, nowości, polecamy. Jeżeli ktoś ma urodzimy i zaznaczył to przy rejestracji, otrzyma w tym dniu życzenia i rabat na zakupy w prezencie.
 
Brzmi atrakcyjnie! Jakich nowości możemy się spodziewać po nowej odsłonie sklepu?
Na otwarcie mamy rabat 10% dla wszystkich, którzy zrobią zakupy w poniedziałek! Jest też konkurs w formie gry uruchomionej na Facebooku i tu przewidujemy różne nagrody dla trzech najszybszych graczy. Każdy też może z naszej strony ściągnąć sobie folkową tapetę na pulpit. Następnie w planach jest konkurs na walentynki oraz akcja „Lawenda – już bliżej wiosny”. Wykorzystam tu swoje zbiory lawendowe z zeszłego roku: rośnie jej u nas prawie hektar i mimo ostrych zim jakoś się trzyma.
Serdecznie wszystkich zapraszam do odwiedzin naszego sklepu już od 24.01 (poniedziałek).

P.S. Uwaga, uwaga! Do 30 stycznia działa w sklepie kod rabatowy – 9fKJpNmiIq, który daje 5% zniżki na całe zakupy – wraz z wysyłką :).

22

Sty

Green Dreamers

Green Establishment to marka, która żeby nie wiadomo co się działo, będzie podążać swoją drogą. Trochę w tym nawiązań sportowych (czy, jak kto woli, „street wearu”), sporo kobiecości (choć ujętej nietypowo, np. w postać pensjonarki w granatowej sukience z okrągłym kołnierzykiem), charakterystyczne wzory i zamaszyste grafiki na tkaninach. Panuje spójność, ale nigdy nuda. Bywa, że tkaniny przechodzą z sezonu na sezon – jak w przypadku jasnożółtej kratki, którą znamy z pierwszej odsłony marki. Zawsze jednak dochodzi coś nowego. Tegoroczna wiosna obfituje w detale. Falbanki, wiązania, ozdobne guziki, szelki… Mianem hitu już można określać płaszcz z aplikacją w kształcie trupiej czaszki na plecach. Moim zdaniem jest po prostu genialny!
Poniżej kilka najświeższych propozycji zebranych pod tytułem „Green Dreamers”. Poza wszystkim jestem zachwycona modelką.

Zdjęcia: Green Establishment