18

lut

Z wizytą na Powiślu

O marce Pola La po raz pierwszy usłyszałam/przeczytałam/dowiedziałam się wiele lat temu. Sklep i pracownia istnieją już od ośmiu, a ja mam wrażenie, że to było jeszcze wcześniej. Że ktoś gdzieś pokazał śmieszną torebkę, taką trochę jamnikowatą i to był właśnie ten moment. Pamiętam nawet, co wtedy pomyślałam. Że wreszcie robi się w Polsce kolorowo.
Od dawna miałam ochotę tu o tej marce napisać. Aż w końcu nadarzyła się fantastyczna sposobność. Kilka dni temu miałam przyjemność poznać twórczynię torebek Pola La, Mariannę Tomaszko. I nie tylko odwiedzić pracownię, ale przede wszystkim posłuchać o tworzeniu torebek. I porozmawiać o modzie, ciuchach, różnych plusach i minusach, niepowtarzalnych egzemplarzach, ale też rynku przepełnionym sztuczną skórą, niesłusznie określaną mianem ekologicznej.
Każda torba z pracowni to jakaś historia. I każdy swój projekt Marianna Tomaszko pamięta. Każda jest wypracowana wręcz w dwustu procentach. Nie tylko na zewnątrz, ale też w środku, gdzie zwykle czeka na nas zaskakująca podszewka. Skóry stosowane do wykonania toreb są najwyższej jakości, zazwyczaj bajecznie kolorowe.
Zresztą kolor wydaje się być wspólną częścią wszystkich projektów. W każdym muszą się pojawić choć dwa różne odcienie. Bardzo często różni się też faktura skór. Absolutnie niesamowita była na przykład żółto brązowa torba „na zakupy”. Z daleka zwyczajna, z bliska okazywało się, że brązowa część wygląda jak ropucha. Jakkolwiek by to brzmiało, wrażenie było pozytywne :). A kto skóry naturalnej nie lubi, już niedługo będzie mógł kupić wersje płócienne.
Ja sama początkowo miałam wątpliwości, czy takie kolorowe torebki są dla mnie. Preferuję raczej bardzo proste kroje i dosyć nudne kolory. Czerń, karmel, rudości… Gdy jednak przymierzyłam wspomnianą „ropuchę” do wielkiego czarnego swetra i dzwonów (tak, znów noszę dzwony), byłam zaskoczona, jak dobrze pasuje. Więc nigdy nie należy mówić „nigdy”. A gdy jeszcze zobaczyłam torebkę osobistą projektantki, z którą przyszła… Niebieska, mięciutka, wysłużona – takie rzeczy nabierają klasy z wiekiem i starzeją się jak dobre wino.
Poniżej kilka rzeczy, które spodobały mi się najbardziej (ananas z różową podszewką – genialny!). W tym breloczki – gzy. Nigdy nie przypuszczałam, że polubię te owady. Na szczęście w tej wersji nie gryzą ;).
Dla spragnionych zakupów mam dobrą wiadomość: od jakiegoś czasu działa sklep internetowy. Mieszkankom Warszawy polecam wizytę w pracowni na Powiślu przy ul. Solec 85.

















Zdjęcia: Harel


13 myśli nt. „Z wizytą na Powiślu

Dodaj komentarz
  1. ryfka81

    Ja o tej marce dowiedziałam się całkiem niedawno. Torebki rzeczywiście rewelacyjne (niestety, większość raczej poza moim rewirem cenowym). A ananas to normalnie ósmy cud świata! Będzie mi się śnił po nocach! Po prostu mnie znokautował! Nie ma go chyba na stronie, bo bym zapamiętała. Ile takie cudo? :)

    Odpowiedz
     
  2. jagnesjag

    Ropucha jest swietna! Ciekawe polacznienie kolorow…no i co najwazniejsze wyglada na pakowna:) Ceny, faktycznie nie napawaja optymizmem, ale jesli ma to byc torba na lata (skorzana i zaprojektowana, jedyna w sowim rodzaju) to warto chyba te pieniadze zaoszczedzic i sobie takie cacko sprawic:)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *