Miesięczne archiwum: Luty 2011

20

Lut

Wszędzie, byle nie tu

Stało się już tradycją, że wraz z cieplejszymi wiosennymi dniami w sklepach H&M pojawia się kolejna odsłona projektu „Fashion Against Aids”. Były już t-shirty z grafikami autorstwa gwiazd, była świetna moim zdaniem kolekcja festiwalowa. W tym roku H&M stawia na uniseks, a na zdjęciach prezentacyjnych możemy sobie od razu porównać, jak dana rzecz układa się na sylwetce damskiej, a jak na męskiej. Z całości można wybrać całkiem niezłe egzemplarze (nie wliczając pomarańczowych kombinezonów kojarzących się z więziennymi uniformami). Jest wygodnie, oszczędnie, jasno i spokojnie. Pojawia się tylko jedno „ale”. Najbardziej atrakcyjne według mnie ciuchy niestety do Polski nie dotrą. Polski oddział marki tłumaczy ten wybór dostosowaniem do lokalnych uwarunkowań rynku. „Na podstawie kilkuletniej obecności w Polsce zdecydowaliśmy, że kolekcja w takim kształcie ma szansę najbardziej spodobać się polskim klientom” (nie czujmy się jednak dyskryminowani – Finlandia, Słowacja, Czechy, Węgry i Chorwacja towarzyszą nam w bólu ;)). Jako polska klientka stanowczo się nie zgadzam. Poniższych rzeczy nie znajdziemy w polskich sklepach. Czy rzeczywiście statystyczny klient by ich nie tknął? Śmiem wątpić :).

 







P.S. Żeby nam jednak tak smutno nie było, trochę rzeczy, które będą (w Warszawie na Marszałkowskiej i w Krakowie w Galerii Krakowskiej – od 26 kwietnia).







Zdjęcia: H&M

19

Lut

Modekungen

Słyszeliście o Modekungen? Jeśli nie, warto to nadrobić. To internetowy sklep szwedzkiego pochodzenia, w którym znajdziemy dokładnie to, czego szukamy. Najwyraźniej szwedzka ekipa bacznie obserwuje świat blogerskiej mody. Ale nie sądzę, by asortyment podobał się tylko blogerom. Ubrania są odrobinę inne niż w znanych nam sieciówkach. Wielbicielki „dresiarskiego” stylu Alexandra Wanga czy użytkowych projektów Phoebe Philo na pewno poczują się usatysfakcjonowane. Wciąż marzy mi się coś podobnego w Polsce. Powstało już kilka fajnych butików internetowych, ale taki profil wciąż pozostaje pusty. Na szczęście Modekungen wysyła do Polski. Ech, gdybym tylko nie miała tego silnego postanowienia, by nie kupować nic, czego naprawdę nie potrzebuję…








Zdjęcia: modekungen.se

18

Lut

Z wizytą na Powiślu

O marce Pola La po raz pierwszy usłyszałam/przeczytałam/dowiedziałam się wiele lat temu. Sklep i pracownia istnieją już od ośmiu, a ja mam wrażenie, że to było jeszcze wcześniej. Że ktoś gdzieś pokazał śmieszną torebkę, taką trochę jamnikowatą i to był właśnie ten moment. Pamiętam nawet, co wtedy pomyślałam. Że wreszcie robi się w Polsce kolorowo.
Od dawna miałam ochotę tu o tej marce napisać. Aż w końcu nadarzyła się fantastyczna sposobność. Kilka dni temu miałam przyjemność poznać twórczynię torebek Pola La, Mariannę Tomaszko. I nie tylko odwiedzić pracownię, ale przede wszystkim posłuchać o tworzeniu torebek. I porozmawiać o modzie, ciuchach, różnych plusach i minusach, niepowtarzalnych egzemplarzach, ale też rynku przepełnionym sztuczną skórą, niesłusznie określaną mianem ekologicznej.
Każda torba z pracowni to jakaś historia. I każdy swój projekt Marianna Tomaszko pamięta. Każda jest wypracowana wręcz w dwustu procentach. Nie tylko na zewnątrz, ale też w środku, gdzie zwykle czeka na nas zaskakująca podszewka. Skóry stosowane do wykonania toreb są najwyższej jakości, zazwyczaj bajecznie kolorowe.
Zresztą kolor wydaje się być wspólną częścią wszystkich projektów. W każdym muszą się pojawić choć dwa różne odcienie. Bardzo często różni się też faktura skór. Absolutnie niesamowita była na przykład żółto brązowa torba „na zakupy”. Z daleka zwyczajna, z bliska okazywało się, że brązowa część wygląda jak ropucha. Jakkolwiek by to brzmiało, wrażenie było pozytywne :). A kto skóry naturalnej nie lubi, już niedługo będzie mógł kupić wersje płócienne.
Ja sama początkowo miałam wątpliwości, czy takie kolorowe torebki są dla mnie. Preferuję raczej bardzo proste kroje i dosyć nudne kolory. Czerń, karmel, rudości… Gdy jednak przymierzyłam wspomnianą „ropuchę” do wielkiego czarnego swetra i dzwonów (tak, znów noszę dzwony), byłam zaskoczona, jak dobrze pasuje. Więc nigdy nie należy mówić „nigdy”. A gdy jeszcze zobaczyłam torebkę osobistą projektantki, z którą przyszła… Niebieska, mięciutka, wysłużona – takie rzeczy nabierają klasy z wiekiem i starzeją się jak dobre wino.
Poniżej kilka rzeczy, które spodobały mi się najbardziej (ananas z różową podszewką – genialny!). W tym breloczki – gzy. Nigdy nie przypuszczałam, że polubię te owady. Na szczęście w tej wersji nie gryzą ;).
Dla spragnionych zakupów mam dobrą wiadomość: od jakiegoś czasu działa sklep internetowy. Mieszkankom Warszawy polecam wizytę w pracowni na Powiślu przy ul. Solec 85.

















Zdjęcia: Harel


17

Lut

Dziś…

Dziś marzę o różowych „martensach”. I jutro pewnie też będę o nich marzyć. I pojutrze :). Mogłabym tu pisać i pisać o powodach. Że może to za sprawą tego zdjęcia, a może po prostu już trochę zatęskniłam za tym obuwiem (w końcu ostatni raz miałam je na nogach jakieś jedenaście lat temu :)). Dziwne rzeczy się dzieją, mówię Wam… A co Wam się marzy na wiosnę?


Zdjęcie: Dr Martens

13

Lut

Fejkiel

Małgorzata Fejkiel – to nazwisko warto zapamiętać, zwłaszcza że już od kilku sezonów polscy wielbiciele mody mogą być z niej dumni. Jest ona projektantką obuwia, co u nas jest, wydaje mi się, zawodem dość niszowym. Co jakiś czas trafiam na wzmiankę o jej projektach w prasie, ale wtedy czuję tylko niedosyt. Chciałabym więcej. Bo naprawdę jest o czym pisać i jest co pokazywać.
Obuwie jej pomysłu nosi w sobie zarówno mocno współczesne cechy, jak i nostalgiczne „oczka do widza”. Są pantofelki dla wiecznych księżniczek (takich prawdziwych, bez półmetrowych tipsów i amatorsko doklejonych włosów), są inspiracje wiktoriańskie (sznurowane trzewiki w falbanką – cudo!), istnieje też – co jest ogromnym wyzwaniem – kolekcja ślubna. Prosta, skromna, w najróżniejszych odcieniach bieli, czasem pastelowa… Nie trzeba ani sprowadzać sobie na ślub butów „z Paryża”, ani świecić gościom po oczach czerwoną podeszwą, która w naszym kraju zdaje się mówić więcej, niż ma do powiedzenia (ale o tym może innym razem). Egzemplarze sygnowane nazwiskiem projektantki w magiczny sposób skomponują się z suknią. Przywodzą mi na myśl szklane pantofelki Kopciuszka :).
Te buty nie człapią jednak ślepo za sezonowymi przebojami. Małgorzata Fejkiel potrafi za każdym razem przemycić swój autorski styl, bez względu na trendy czy porę roku.
Byłam zachwycona, gdy zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań.

Skąd pomysł na tworzenie butów?
Pomysł projektowania butów pojawił się stosunkowo późno, dopiero po studiach, po powrocie z półtorarocznego stażu w Londynie u projektantki obuwia. Tam temat butów stał się częścią mnie i tak jest do dzisiaj.

Gdzie Pani znajduje inspiracje?

Tworzę pod wpływem impulsu, nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie narodzi się w mojej głowie nowy pomysł, dlatego noszę ze sobą kawałek kartki i ołówek, aby żaden pomysł mi nie uciekł. Inspiracje czerpię głównie z szeroko pojętej sztuki – malarstwa, grafiki czy architektury, a także natury.

Czy istnieje możliwość zamówienia u Pani konkretnego modelu w wybranym kolorze i rozmiarze?
Większość projektów ( nie wszystkie) można zamówić w zmienionej wersji kolorystycznej i rozmiarze. Mam duży wybór skór i pełną rozmiarówkę kopyt.

Jakie są orientacyjne ceny Pani projektów?
Ceny wahają się od 500-1000 złotych.

Plany na przyszłość?
Niedawno skończyłam pracę nad drugą metką „Fejkiel White” – stricte ślubną. Teraz zajmuję się tworzeniem kolekcji wiosna-lato 2011, a także poszukiwaniem nowych miejsc w których Panie mogłyby znaleźć moje projekty. 

Trzymam kciuki, życzę nieustającego powodzenia i mam poprawiony modowy humor na bardzo długo. A ze spraw technicznych, Małgorzata Fejkiel mieszka i tworzy w Krakowie, ale jej dzieła można kupić w różnych miejscach w Polsce. Pełną listę sklepów znajdziemy tutaj.












Zdjęcia: fejkiel.com

11

Lut

Z archiwum X :)

Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze blogów, miałam zwyczaj w wolnych chwilach siadać na wiele godzin przy stole dosłownie uginającym się pod ciężarem modowych magazynów. I nie były to numery aktualne, ale takie sprzed kilku, a czasem nawet kilkunastu lat. Bywało nawet, że trafiał się Vogue albo francuskie Elle, głównie jednak były to miesięczniki rodzime. W roku 97 sprawdzałam, co było modne w 94 (pamiętacie pierwsze polskie Elle z Basią Milewicz na okładce?), latem przypominałam sobie zimę itd. Dochodziło do tego, że niemal każdy numer znałam na pamięć i już po okładce kojarzyłam, co znajdę w środku. Upodobanie do podróży w czasie zostało do dziś. Dlatego kolekcja ulubionych gazet rośnie i przeprowadza się ze mną za każdym razem, bez względu na dystans. Już nie raz poznałam ciężar własnego hobby, wnosząc kilkukilogramowe kartony wypełnione zadrukowanym na kolorowo papierem (całe szczęście, że własną kolekcję zaczęłam dopiero w 2003 roku :)). Zainspirowana minimalistycznym stylem życia od początku tego roku robię dość brutalne porządki. Magazynów jednak mój szał oczyszczania otoczenia nigdy nie dotknie.
Ale o czym miałam dziś napisać? Ano o swoim odkryciu sprzed kilku miesięcy. Otóż francuskie wydawnictwo Jalou (które wypuszcza co miesiąc takie tytuły jak L’Officiel czy Jalouse), postanowiło całkowicie za darmo udostępnić internautom swoje archiwum. Znajdziemy w nim na przykład pierwsze numery L’Officiel z 1921 roku! W całości! Gdy odkryłam tę stronę, nie mogłam uwierzyć. Na razie przejrzałam dosłownie kilka wydań Jalouse i nie mogę się doczekać, kiedy będę miała czas na więcej. Na zachętę tych kilka stron.
Może któryś z polskich magazynów podchwyciłby pomysł?

Okładka z 2006 roku:



Sesja z 1998 roku (uwierzycie, że to sprzed trzynastu lat?)



Reklama Miu Miu – rok 2001:



Zdjęcia: jalougallery.com