Miesięczne archiwum: Wrzesień 2011

16

Wrz

Sale!

„Sale” to przewrotna koncepcja polskiego projektanta Michała Szulca. Choć najpopularniejszym elementem są perfumy (może dlatego, że zostały wyprodukowane w największej ilości egzemplarzy), kolekcja ma wiele składowych (m.in. t-shirty, bluzy, sukienki czy bransoletki z kolorowych skórzanych pasków – absolutny bestseller). Do tej pory ubrania Michała Szulca powstawały w pojedynczych egzemplarzach, były prezentowane na pokazach, wypożyczane do sesji fotograficznych i nigdy nie trafiały do sklepów. Można je było kupić tylko na imprezach wyprzedażowych. „Sale” powstała z myślą o tych, którzy chcieliby kupić „nowego” Szulca. Jest odrębna i autonomiczna, nie podlega ani sezonom, ani promocjom. Zresztą nie musi – ceny nie są wiele wyższe niż w popularnych sieciówkach – na czym zresztą bardzo projektantowi zależało. Od asortymentu sieciówkowego różni ją natomiast (oprócz samej ręki mistrza) mocno ograniczona liczba produkowanych egzemplarzy oraz mocne postanowienie braku powtórek. Jeśli coś się wyprzeda, już nigdy nie zostanie wyprodukowane ponownie. Nawet perfumy Sale 01, o których bardzo chciałam tu napisać, ale mam z tym problem. Bo jak można za pomocą słów choć w niewielkim stopniu przybliżyć zapach? Strony w magazynach poświęcone perfumom przerzucam bez zainteresowania. Nawet jeśli napiszę, że są intrygujące, każdy odbierze to na swój sposób. Mogę zapewnić, że każdy (chyba… ;)) poczuje korzenny zapach goździków – a wielu osobom może się on skojarzyć z dentystą ;). Potem pojawią się róże, wanilia i miód – tyle ode mnie. Zapach ewoluuje, co jest podstawą w prawdziwych perfumach. Można go przetestować w perfumeriach Galilu. A kto woli niespodzianki, polecam zamówienie flakonu przez stronę internetową.
Dla mnie osobiście Sale 01 mają jeszcze jedną wartość. Stanowią dowód na to, że nie wolno się poddawać. Oto, co mówi o ich powstaniu sam projektant:

„Pojawiło się hasło PERFUMY. Pomyślałem, że byłoby cudownie i niesamowicie pracować nad takim projektem, ale jak szybko pomysł się pojawił, tak upadł. Stwierdziłem, że to po prostu niemożliwe. Jednak zanim się ostatecznie poddałem, sprawdziłem czy realizacja jest rzeczywiście skazana na niepowodzenie. Wysłałem mnóstwo maili, zapytań, wątpliwości i szczeniackiego zapału. I po ponad połowie roku trzymałem w ręku buteleczkę z próbną pierwszą mieszanką. W następnej dostawie, po długim oczekiwaniu, dostałem już gotowy produkt.

Proces zapachowy rozpoczął się od mojej opowieści o tym, jak wyobrażam sobie SALE 01. Musiałem opisać nie tylko zapach, ale i butelkę, opakowanie – całą koncepcję artystyczną, by oddać klimat gotowego produktu. Do opisu dołączone były zdjęcia moich projektów i kolekcji, których perfumy miały być dopełnieniem i dookreśleniem na nieco innej płaszczyźnie. Otrzymałem do przetestowania kilkadziesiąt olejków. Nut, które miały się złożyć na finalny zapach, wybranych z morza esencji przez kogoś, komu właśnie te nuty skojarzyły się z moim opisem i twórczością. Z otrzymanych próbek wyselekcjonowałem najciekawsze i odbyła się kolejna weryfikacja. Do akcji wkroczyli technologowie, którzy decydowali o tym, których zapachów nie powinno się łączyć w obawie przed „zniesieniem się”, zaprzeczeniem, brakiem współgrania zapachowych akordów. Odbyła się podmiana lub wykluczenie, esencje zostały zmieszane, dodano do nich alkohol i nie czekając na leżakowanie i dojrzewanie zapachu, przesłano je do moich testów. Miałem możliwość kilku kolejnych prób i wprowadzania zmian, ale po pierwszym użyciu wiedziałem, że to jest to.”

Uwielbiam takie historie!

15

Wrz

Sweter zrehabilitowany

Nie wiem, czy zauważyliście, ale coraz więcej tu nowinek z polskiego świata mody. Kontrast jest zwłaszcza w porównaniu z pierwszymi miesiącami tego bloga, gdy nie pojawiało się tutaj nic „made in Poland”. Cieszy mnie to niezmiernie, bo, po pierwsze: lubię pokazywać rzeczy osiągalne, po drugie: kibicuję polskiej modzie nieustająco, po trzecie: dialog z twórcami cenię sobie znacznie bardziej niż monolog wypuszczony w przestrzeń – a wiadomo, dialog łatwiej nawiązać w języku ojczystym ;)).
Berenika Czarnota w historii naszej rodzimej mody powinna być opisywana jako ta, która zrehabilitowała sweter. Jesienną kolekcję „Between Heaven and Earth” miałam okazję zobaczyć na żywo w Łodzi. Pełna warkoczy, mięsistych splotów i zabawnych wzorów (czy znalazł się ktokolwiek, kto nie zauważył helikoptera? ;)). Peleryny, szaliki, sukienki, ale przede wszystkim swetry – z pozoru takie, jakie kiedyś robiły nasze babcie czy mamy, ale jednocześnie podane w nowoczesnej formie. Coś, co wydało się na zawsze zamknięte w przeszłości, powróciło w najlepszym stylu. Nie mogę się doczekać wiosennej kolekcji.

















Fot. Łukasz Szeląg

14

Wrz

Belle

Projekt Belle to dzieło młodej i wszechstronnie uzdolnionej Magdaleny Nowosadzkiej. Ja zwróciłam uwagę przede wszystkim na ubrania, ale będąc na stronie warto obejrzeć także grafiki i zdjęcia. Całość składa się na niezwykle przyjemny dla oka świat. Poniżej krótka rozmowa z projektantką.

1. Dla kogo tworzysz swoje projekty?

Na początku tworzyłam dla siebie, chodziłam w ubraniach, które szyłam. Obecnie szyję z myślą o sprzedaży, choć oczywiście nadal są to rzeczy, które sama chętnie bym nosiła

2. Pierwsza rzecz, którą uszyłaś?
Koszulka z prześcieradła dawno dawno temu. Była to prosta koszulka-tuba, z namalowanymi przeze mnie, kolorowymi ludzikami :)

3. Jak wygląda proces twórczy, co Cię inspiruje?
Oglądam bardzo dużo blogów, mam swoich ulubionych fotografów, strony o architekturze, designie. Raczej uciekam od bezpośrednich inspiracji jak oglądanie pokazów mody, szukam czegoś co mnie zachwyci, nieważne czy będzie to piosenka, wnętrze czy ładnie zaprojektowana lampa. Inspiracje czerpię też z natury. Ogólnie cenię sobie minimalizm, prostotę, harmonię i mam nadzieję, że widać to w moich projektach.
Jeśli chodzi o proces twórczy to nie wykonuję wykroju, szkicuję i potem od razu szyję, upinam materiał na manekinie.

4. Gdzie można kupić Twoje ubrania?
 Ubrania można kupić bezpośrednio u mnie, poprzez kontakt mailowy lub też czasem na jakiś kiermaszach organizowanych w Warszawie (informacje podaję na moim profilu na Facebooku) Jeśli wszystko dobrze pójdzie niedługo będzie je też można kupić w nowo powstałym sklepie internetowym, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej :)

5. Twoje największe modowe marzenie?
Otworzyć swój własny butik!

Oby jak najszybciej się spełniło!









Zdjęcia: Projekt Belle

12

Wrz

Nie bać się innych, nie bać się siebie

A siebie przede wszystkim, czy raczej swojej intuicji. Z tego założenia wychodzi Katarzyna Wyrozębska, twórczyni marki Mozcau. Jeszcze kilka miesięcy temu Mozcau była mocno połączona z kolekcją Justin Iloveu, zarówno ideą, jak i formą. Obecnie stanowi byt niezależny. Sportowe (czy też „streetowe”) akcenty zniknęły całkowicie, by ustąpić miejsca odważnie ujętej kobiecości. Projektantka postanowiła odnaleźć kompromis pomiędzy aktualnie obowiązującymi trendami a własną wizją mody. Główną rolę, oprócz podkreślających kobiece kształty fasonów, odgrywają starannie dobrane tkaniny – każda o innej fakturze. Mamy cienko prążkowany sztruks (przy okazji barwiony metodą batikową), gładkie i wężowe skóry w różnych odcieniach brązu i ogromne cekinowe powierzchnie. Wyemancypowana Mozcau już zdążyła zachwycić spore grono i wkrótce będzie prezentowana w Londynie podczas pokazu w bibliotece The Reform Club. W Warszawie można ją obejrzeć i kupić w sklepie Love&Trade, a najbardziej luksusowe egzemplarze w Laura Boutique przy Koszykowej.











Fot. Anna Bloda

8

Wrz

Lookbook Joanny Klimas

Czas na chwilę wytchnienia po wczorajszych tysiącach znaków ;).
O jesiennej kolekcji Joanny Klimas pisałam już przy okazji relacji z Łódzkiego Tygodnia Mody. Od tamtej pory zdania nie zmieniłam, więc teraz nie będę się rozpisywać.
Niedawno ukazał się jesienny lookbook projektantki. To niesamowite, jak różnie mogą wyglądać te same ubrania w zależności od światła, stylizacji, modelki… U mnie odrobina. Reszta tutaj.















Fot. Aldona Karczmarczyk, stylizacja Maciek Spadło.

7

Wrz

Chłopcy PR-owcy

Dziś tekst branżowy, wewnętrzny, w pełni zrozumiały pewnie tylko dla blogerów. Choć kto wie, może się mylę? Od dawna miałam ochotę poruszyć temat działów PR odpowiedzialnych m.in. za kontakty z blogerami. Prowadzę ten blog od niemal pięciu lat (jeśli dobrze liczę), uzbierało się więc trochę przedziwnych historii.

Zanim zacznę, chciałabym zaznaczyć, że spora część PR-owców, z jakimi miałam okazję się spotkać, jest profesjonalna, trzyma wysoki poziom i przede wszystkim rozmawia ze mną jak z istotą rozumną. Ich ten tekst w żaden sposób nie dotyczy.

Choć mogłabym to zrobić, nie podam nazw firm, które zatrudniają Chłopców PR-owców, jak ich nazywam od niedawna (mimo określenia „chłopcy”, mam na myśli jedną i drugą płeć :)). Jeśli ktoś z tzw. branży tu trafi, może sam się domyśli, o kogo chodzi. Uwaga, ten PR-owiec może pracować u Ciebie!

Proszę zapiąć pasy, zaczynamy.

Nie jestem z tych żebrzących o zaproszenia na pokazy. Jeśli projektant uzna, że warto mnie zaprosić, przychodzę z przyjemnością. Dwa razy w życiu zdarzyło mi się wysłać maila z pytaniem, czy byłoby takie zaproszenie możliwe. Na pierwszy nie otrzymałam odpowiedzi do dziś (pokaz odbył się wiosną bieżącego roku ;)). Na drugi, który, nauczona doświadczeniem, wysłałam nie tylko do działu PR, lecz również bezpośrednio do projektanta, dostałam za to dwie odpowiedzi. Projektant odpisał dziesięć minut później, serdecznie mnie zapraszając. PR-owiec odezwał się po dwudziestu czterech godzinach. Zaprosił mnie… na facebookowy profil, gdzie mogę zaproszenie wygrać (albo i nie… :). Jak miło!

Innym razem dostałam wiadomość z prośbą o podanie adresu, gdyż pewien dział PR chciał mi z własnej woli wysłać zaproszenie na prestiżowy pokaz mody. Adres z radością podałam, po czym następnego dnia dostałam maila następującej treści: „Będzie na liście, bo skończyły się zaproszenia” (podkreślam, to jest cytat dosłowny!). Koniec, to wszystko. Ani dzień dobry, ani do widzenia, ani nawet spadaj :))). Ale przynajmniej byli słowni. Rzeczywiście, na liście byłam.

Było też przedsięwzięcie, w którym brałam udział, od początku gorąco mu kibicowałam i niczego w zamian nie oczekiwałam. Ponieważ jednak efekt końcowy stanowiła rzecz materialna, oczywistym było, że osoby współpracujące ją otrzymają. Ci, którzy nie mogli być na spotkaniu promocyjnym, mieli dostać przesyłkę pocztą. Przyszedł nawet mail z prośbą o adres. Odpowiedziałam. I dostałam drugą wiadomość. Że już nie wysyłają (spóźniłam się dziesięć minut czy jak?) i żebym przyszła osobiście. Czy nie mogli tak od razu? Odbiór osobisty korony mi z głowy nie strąci, ale po co mylne informacje?

Ponieważ utrzymuję kontakt z kilkoma blogerkami (tu od razu uwaga do nieuświadomionych PR-owców: tak, blogerki rozmawiają ze sobą, a jeśli trzeba ostrzegają się nawzajem :)), opowieści zbiera się coraz więcej.

Taki na przykład interes. Firma proponuje szafiarce parę butów wartych może dwieście złotych w zamian żądając sześciu (sześciu!!!) wpisów na blogu. A jest to dziewczyna, która nie wrzuca zdjęć byle jakich, każda sesja zajmuje trochę czasu i wysiłku. Wiadomo, przecież robi się to dla przyjemności (a przynajmniej tak powinno być), współpraca z firmami to miły bonus (a przynajmniej tak powinno być… ;)). Ale jeśli już wchodzimy w kwestie finansowe, proszę, bądźmy poważni! Cenić się za wysoko nie można (o tym pisałam tutaj), ale zbyt nisko także nie.
Kwiatki typu (znów cytat dosłowny): „Piszę do Pani ponieważ jest Pani autorką bloga o modzie XXX (adres bloga)” to może nie codzienność, ale rzecz powracająca jak bumerang.

Zdaję sobie sprawę, że blogów jest dużo i nie sposób ogarnąć wszystkich, ale specjaliści od promocji marek na blogach mogliby przynajmniej sprawdzić, czy autorka pokazuje swoje zdjęcia, czy tylko pisze o modzie. Bo ja na przykład takie maile, w których ktoś namawia mnie na pokazanie ciucha we własnej stylizacji, od razu kasuję. Kiedyś odpowiadałam, ale dlaczego mam mieć czas dla kogoś, kto tego czasu żałuje nawet na jedną wizytę u blogerki, z którą chce współpracować?

Choć sporo tu zabawnych sytuacji, nie miałam na celu nikogo ośmieszyć. Więc, chłopcze PR-owcze, zanim się obrazisz, przeczytaj po raz drugi. Ten tekst może Ci tylko pomóc.

A przy okazji, jeśli czytają mnie blogerzy (czy blogerzy mnie słyszą? ;)), może podzielicie się swoimi doświadczeniami? Bo że je macie, to pewne :).