Miesięczne archiwum: Styczeń 2012

27

sty

Mistrzynie świata

Czy macie w swoim otoczeniu takie osoby, które czegokolwiek na siebie nie założą, wyglądają świetnie? I automatycznie to, co mają na sobie, staje się Waszym największym obiektem pożądania? Nawet jeśli nie jest w Waszym stylu, ma kolor czy fason, którego do tej pory nie dopuszczałyście do siebie. Albo na półce sklepowej wyglądało tak sobie, a na nich po prostu krzyczy: „Dlaczego mnie wtedy nie kupiłaś???”.


Moją mistrzynią świata w powyższej kategorii jest Shini. Nie wspominam nawet zachwytów nad zestawami z jej bloga. Gdy spotykamy się co jakiś czas, niezmiennie pozostaję pod wrażeniem, jak ta kobieta potrafi łączyć ciuchy, style i kolory. I autentycznie przychodzi to jej bez wysiłku. Dowód? Gdy swego czasu powiedziałam, że podoba mi się jej styl, odparła: „Nie wiedziałam nawet, że jakiś mam”. I wierzcie mi, była to szczera odpowiedź.


Mistrzyń jest oczywiście więcej (na przykład ta młoda dama) czasem mają na koncie jeden triumf, czasem kilka. Ostatnio pewna z nich uparcie machała mi przed oczami świetną torebką. To znaczy, wiadomo, wcale nie machała, ale ja widziałam tylko torebkę, stąd skojarzenie :). I myślałam sobie: ale ma fajnie, pewnie gdzieś za granicą dorwała to cudo (magiczna zagranica, ciekawe, czemu w dwudziestym pierwszym wieku wciąż jej mit się tak mocno utrzymuje…?). Albo to Rick Owens, Garret Pugh lub inny zdolniacha, na którego dzieła nie mogę sobie pozwolić. Prosty fason, niesamowicie miękka skóra, w dodatku tak fantazyjnie pozszywana. Ech…


Zamiast jednak zielenieć z zazdrości gdzieś w kącie, postanowiłam zapytać, skąd to cudo. I co się okazało? Że to nasza rodzima produkcja, wykonana metodą twórczego recyklingu ze skórzanych kurtek vintage przez Magdę Reszkę. I teraz się przyznam. O torbach Recycled by Lenka wiedziałam od jakiegoś czasu, trafiałam na nie w różnych miejscach w internecie, a nawet ze dwa razy oglądałam na żywo podczas różnych zakupowych imprez. I, choć zwróciły moją uwagę, nigdy, przenigdy nie wydały mi się czymś, co mogłabym nosić. Do momentu, w którym zobaczyłam pewien egzemplarz w akcji lub, jak kto woli, w codziennym życiu. Wypełniony po brzegi niezbędnymi kobiecie przedmiotami, wiszący na ramieniu przepięknie ubranej mistrzyni świata. Teraz już wiem, co muszę, po prostu muszę mieć w swojej nigdy zbyt dużej kolekcji torebek ;).


Wniosek? Uwielbiajmy mistrzynie świata, nie zazdrośćmy, tylko czerpmy z ich wiedzy ile się da. A Magdzie Reszce nadaję dożywotni tytuł mistrzyni świata w twórczym recyklingu :).





Fot. Lenka

25

sty

Jak daleko?

Przypomniałam sobie niedawno rozmowę, którą jakiś czas temu odbyłam z Heike Kitsch odnośnie torby zaprojektowanej na cześć naszej wspólnej ikony idolki, Alexy Chung. Zastanawiałyśmy się, jak daleko kobieta jest w stanie się posunąć, żeby zdobyć wymarzoną torebkę. I czy ta wymarzona torebka wciąż ma urok, gdy po zakupie nasze konto musi dochodzić do siebie przez dłuższy czas? Czy taka Alexa (lub dowolnie Hermes Birkin, Chanel 2.55, Celine Phantom itd.) ma sens, gdy w naszej garderobie poza nią nic luksusowego nie ma i raczej nie będzie? Ile jesteśmy skłonne poświęcić, by dzierżyć w dłoni najmodniejszą torbę sezonu? I czy robimy to bardziej dla siebie, czy na pokaz? Druga opcja z pewnością tłumaczyłaby rosnącą popularność wypożyczalni luksusowych torebek. Kilkaset złotych i już możemy razić po oczach kipiące z zazdrości towarzystwo. To dopiero luksus! ;)


Swego czasu pewien bardzo rozsądny znajomy polecił mi założyć domowy fundusz torebkowy – choćby w śwince skarbonce. I regularnie odkładać pieniądze na wymarzony ideał. Fundusz jednak rozchodził się w mgnieniu oka, gdy tylko pojawiała się opcja podróży. Więc może wcale tak bardzo tej torby nie chciałam? Są osoby znacznie bardziej wytrwałe, które potrafią doprowadzić sprawę do końca. Ba, zdarzają się nawet przypadki zaciągania kredytu na kilka kawałków skóry na pasku z doszytą magiczną metką (bo czyż nie tym jest właśnie torebka? ;)). Nie wiem, czy miałabym przyjemność, gdybym musiała spłacać nawet największe cudo miesiąc w miesiąc.


Co innego, gdybym trafiła na okazję vintage. Ale nie oszukujmy się, autentyczne egzemplarze sprzed lat potrafią kosztować więcej niż aktualne wyroby szacownej marki. Poza tym swój życiowy limit okazji już wyczerpałam, wynajdując zgrabną torebkę Pierre Balmain z czasów, gdy jeszcze nie było podróbek (a przynajmniej tak się łudzę ;)) na wymianie ciuchów jakieś dwa lata temu.


Tak sobie rozważam, przyglądając się przewrotnym torbom ekologicznym Maude & Tilda, projektowanym przez Nicole Locher (twórczynię marki Locher’s, o której kiedyś tu pisałam). Prześmiewczy charakter nie jest niczym nowym ani dla projektantki, ani w ogólnym pojęciu. Niejedna marka tzw. alternatywna podchodziła już do tematu wielkich kreatorów, prztykając im w nos podobnymi sloganami (niektórzy z nich prztyczek przyjmowali w zaskakujący sposób – patrz: przypadek Naco Paris oraz pewnego Karla). Jednak tu niektóre wyznania są mocno wiążące, że tak się wyrażę :). Nikogo nie pytam, co zrobiłby za klasyczną „chanelkę”, ale tak przy okazji, z ciekawości: kiedy według Was zakup torebki wartej w cenie kilku tysięcy euro ma sens?




Fot. Maude & Tilda

24

sty

Trendy Girl

W grudniu ruszył butik córka (lub jak kto woli młodsza siostra) internetowego sklepu Trendsetterka, Trendy Girl. Asortyment został dobrany w taki sposób, by zadowolić wewnętrzne dziecko każdej kobiety. Choć rzeczy pochodzą z najróżniejszych krajów, estetyka kojarzy mi się z Japonią. Bo czy gdziekolwiek indziej słodkie pastele są eksploatowane w aż takim stopniu? I chyba nigdzie indziej aż tylu dorosłych nie przebiera się za dzieci ;). Nawet jeśli poniższe rzeczy nie są w naszym stylu, wzbudzają uśmiech – to na pewno (zwłaszcza portmonetki Misala Handmade – projektu najświeższej współpracowniczki butiku, Michelle Chan).


Naszyjnik BlowerCut:



Portmonetki Misala Handmade:




I Lazy Doll:



Wisiorek NaraSaca:



Kolczyki LemonLovely:




Broszki Maja Allure:


Bransoletka Lambear:


Kopertówka Kadaro:



Zdjęcia: Trendy Girl

18

sty

MMC!

To, co dzieje się aktualnie za oknem (przynajmniej moim), przypomniało mi o pewnym pokazie mającym miejsce na Łódzkim Tygodniu Mody. Czasu minęło sporo, a ja wciąż mam do opisania sporo fantastycznych polskich kolekcji. To, co spadło na wybieg podczas prezentacji projektów MMC Studio Design (oraz padało po trochu przez cały dzień, wzbudzając ciekawość widzów), większości oglądających skojarzyło się ze śniegiem. Ale dla mnie były to płatki kwitnących drzew owocowych. W końcu zaprezentowane zostały ubrania wiosenne, czyż nie? :)

 

Początek pokazu był zaskakujący, bo zamiast modelek wyszła na scenę kobieta, która z ogromnym powodzeniem zajmuje się choreografią pokazów – zwykle widzimy ją za kulisami lub w reżyserce, w nieodłącznych słuchawkach z mikrofonem. Katarzyna Sokołowska słuchawki miała i tym razem, a oprócz nich pęk białych balonów. To z okazji piętnastych urodzin marki. Dacie wiarę? Piętnaście lat obecności na polskim rynku to nie jest taka oczywista sprawa. Ilona Majer i Rafał Michalak od samego początku stawiali na prostotę. Zresztą piętnaście lat temu prostota stanowiła wyzwanie. Wyszli z tego obronną ręką i od tamtej pory nieprzerwanie dwa razy do roku tworzą pełne kolekcje.

 

Wiosnę 2012 widzą przede wszystkim w bieli, choć zielone światło dostały też inne (głównie rozmyte) kolory, a także mocne abstrakcyjne wzory na tkaninach o mięsistej fakturze. Tkaniny to kolejna sprawa, o której przy okazji MMC można by nieźle się rozpisać. Projektanci nie boją się nowoczesności, wciąż poszukują i założę się, że jeśli pojawi się na tej planecie jakiś super nowy materiał, duet MMC z pewnością go wykorzysta. Co więcej, zrobi to w taki sposób, że będzie się chciało go nosić. Bo choć sam surowiec może wyglądać przedziwnie, forma, w jakiej go zamykają będzie zawsze przyjazna noszącemu.

 

I jeszcze taki drobiazg. Tamten październikowy wieczór w Łodzi rzucił całkiem nowe światło na moje białe martensy :).


Fot. Łukasz Szeląg

17

sty

A tymczasem…

… na Brackiej… w Warszawie (bo co w Krakowie, nie tylko na Brackiej, możecie przeczytać u Styledigger vel Spotdigger) wyrósł jak spod ziemi TFH Tymczasowy Butik, w którym można kupić ubrania od, jak sami jego twórcy określają, najbardziej obiecujących młodych polskich projektantów. Sklep mieści się tam, gdzie swego czasu sławetna Arka (kto pamięta?), a potem (do dziś zresztą) Trafic Club.



Wewnątrz do nabycia m.in. Odio Tees, co do istnienia których uświadomiła mnie niedawno Jaga – szczęśliwa posiadaczka jednego z nich, a także sukienki projektu Sylwii Rochali. Świetne do siebie pasują, tak swoją drogą.




Zdjęcia: TFH Tymczasowy Butik via Facebook