Miesięczne archiwum: Luty 2012

29

lut

Bądź „seksi”!

Ten tekst miał powstać już dawno temu. Bodźców do jego stworzenia było kilka i tak naprawdę wciąż pojawiają się nowe. Raz jakiś pan zachwycił się potworną w każdym możliwym względzie sukienką (lecz jednocześnie odkrywającą każdą możliwą część ciała modelki), innym razem na Allegro trafiłam na aukcję ze „zmysłowymi kaloszami” w roli głównej, jeszcze kiedy indziej pewna blogerka wypięła się do mnie tylną częścią ciała obleczoną w bieliznę jej projektu i tak dalej, i tak dalej.
Na pewno nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi na pytanie: „Co jest seksi” (czy raczej seksowne, ale słowo „seksi” znacznie lepiej moim zdaniem oddaje istotę tematu :)). Nawet nie próbuję jej odnaleźć, choć przy okazji chętnie się dowiem, co według Was , subiektywnie, osobiście, we wspomnianym „seksi” się mieści.
Ja uważam, że nawet kalosze mogą być „seksi” (czy też zmysłowe ;)), jeśli tylko będą umiejętnie zestawione (i wcale nie chodzi mi o kalosze jako jedyną część garderoby :)))). Nie znoszę oczywistości, dlatego nigdy do tej kategorii nie zaliczę pani Dody czy Pameli Anderson – nawet jeśli cały świat będzie uważał inaczej.
Inna sprawa, że „seksi” wydaje się być rzeczą obowiązkową. Przynajmniej gdy spojrzy się na okładki magazynów dla kobiet (nawet nie trzeba zaglądać do środka). Bądź „seksi” w pracy, bądź „seksi” w ciąży, bądź „seksi” po czterdziestce, bądź „seksi” na wakacjach… Zastanawiam się, dlaczego to takie ważne?
W dodatku mam nieodparte wrażenie, że im bardziej się ktoś stara, tym gorzej mu to wychodzi. Wiadomo, gusta są różne, ale przerażająco często zamiast „seksi” robi się wulgarnie albo po prostu śmiesznie (nie mówię nawet o desperacji, która jest chyba najtrudniejszym stanem do ukrycia ;)).
Podoba mi się, co na ten temat od czasu do czasu mówi Alexa Chung. Taka na przykład wypowiedź po raz kolejny doprowadziła mnie do wniosku, że istnieje pokrewieństwo dusz, nawet jeśli dusze nigdy w życiu się nie spotkają :).
‚I’m perhaps the least sexy person in the world’. ‚I don’t want to look sexy in photographs. I think it’s an easy option. I’m so sick of girls pushing their boobs up in Myspace photographs. I hate the way women want to be „hot” all the time.’



Jestem niezwykle ciekawa, co Wy o tym sądzicie. Czy przykładacie do tego wagę, czy staracie się, czy lubicie być „seksi” a może uważacie, że cały ten tekst nie ma najmniejszego sensu, bo problem nie istnieje? Ja lubię spojrzeć rano w lustro i zobaczyć uśmiechniętą znajomą twarz – więcej naprawdę mnie nie obchodzi :). Choć, oczywiście, miło jest się podobać, ale nie za wszelką cenę.

22

lut

Tymczasem na tapecie… :)

A jednak! 29 lutego do Polski (a dokładniej do Warszawy) dotrze kolekcja Mary Katrantzou dla marki Topshop. W brytyjskiej prasie modowej jest ona uparcie stawiana w opozycji do Marni dla H&M, jakby i tu miała sens jakakolwiek rywalizacja. Ale być może chodzi o brytyjskie korzenie projektantki – oczywiście mowa o korzeniach zawodowych. Kończyła ona londyński Central Saint Martins College of Art and Design. Co ciekawe, zaczynała od projektowania wzorów na tekstyliach wnętrzarskich, dopiero potem skupiła się na odzieży. Pierwotne fascynacje widać w każdej z jej kolekcji. I ta, która pojawi się w Topshopie, pod tym względem nie rozczarowuje. Składa się z dziesięciu elementów. Wszystkie zachowują styl charakterystyczny dla projektantki.
Topshop wspiera rodzimych projektantów (przypomnijmy sobie choćby kolaborację z Christopherem Kanem), a ja przy każdej takiej (nielicznej zresztą) okazji myślę sobie, czy przyjdą czasy, w których podobne rzeczy zaczną się dziać w Polsce. Nie, nie przespałam Paprockiego, Brozowskiego i Gosi Baczyńskiej dla Reserved. Ale może wtedy było za wcześnie?






Zdjęcia: Topshop

21

lut

Tutti Frutti!

Po raz pierwszy z marką Loft37 zetknęłam się w czerwcu zeszłego roku, podczas Ściegów Ręcznych na Mariensztacie. Choć z jednej strony pełna jestem wiary w polskich projektantów, z drugiej nie mogłam uwierzyć, że tak cudowne rzeczy w Polsce się dzieją. To ja narzekam, że mało kto w temacie butów nie wychodzi poza bezpieczne ramy, a tu nagle zaskoczenie! Dziś, niecały rok później, miałam okazję przyjrzeć się wiosenno letniej kolekcji Loft37 zatytułowanej identycznie jak moje ukochane żelki: Tutti Frutti. Przyjrzeć to dużo powiedziane. Zdążyłam tylko rzucić okiem, ale mogę Was zapewnić, ten krótki rzut wystarczył, by zorientować się, że mam do czynienia z bardzo dobrą jakością, świetnym wykonaniem, dbałością o wszelkie szczegóły. Mieszanka kolorów jeszcze odważniejsza niż w zalinkowanym pudełku z cukierkami. Jest i owocowo, i cukierkowo, a momentami pojawiają się znamienne dla marki groszki (na wstążeczkach) czy, mam wrażenie, nowość – kratka Vichy. To, co tu prezentuję, stanowi zaledwie część bogatego zbioru autorstwa Pauliny Kalińskiej i Joanny Trepki. Przy okazji, projektantki mają na na koncie współpracę z Bohoboco, o której kiedyś tu wspominałam, a dodatkowo szykuje się kilka bardzo przyjemnych wydarzeń – o których także wspomnę w odpowiednim czasie. Tymczasem pozostawiam Państwa z wybranymi modelami Tutti Frutti :).











 


Trochę klasyki też się znajdzie. Choć czy można to nazwać klasyką? Bez względu na terminologię, jest w czym wybierać :).





Zdjęcia: Loft37

20

lut

Contingent

Nie wiem dlaczego, ale w dzieciństwie, podczas gdy większość moich koleżanek chciała zostać aktorką lub piosenkarką, ja marzyłam o karierze perkusistki lub… stewardessy :). Z którejś podróży mój tata przywiózł lotniczą przypinkę – rozdawaną chyba jako zabawkę na pokładzie jakiegoś samolotu – która po doczepieniu do zwykłej granatowej sukienki czy niebieskiej koszuli robiła z nich mundurek, przynajmniej w moim dziesięcioletnim mniemaniu :). Czasy się zmieniły, marzenia też, ale cień fascynacji strojami stewardess pozostał.
Chyba dlatego tak ujęła mnie kolekcja Contingent (jedna z trzech przygotowanych na lato przez markę Mozcau by Justin). Oszczędność kolorów, prosta forma, spójność i, niczego kolekcji nie ujmując, trójkątny znaczek, który nadaje całości sens. Sens w mundurkowym znaczeniu (nie wspominam nawet o prześlicznej furażerce lub nakryciu głowy, które furażerkę przypomina). Materiały na uniform stewardessy za to się nie nadają, co z kolei pozwala nam korzystać z nich na co dzień, bez wzbudzania nadmiernego zainteresowania (tu oczko puszczone do fanów SATC – pamiętacie, gdy Miranda powiedziała, że jest stewardessą podczas randki na czas? :)))
Ogromnie się ciesze, że rośnie nam piękna polska marka, a jej twórczyni, Katarzyna Wyrozębska, z sezonu na sezon realizuje coraz więcej swoich niekończących się pomysłów. Moim zdaniem już można stwierdzić, co jest w stylu Mozcau, a co nie. I nie oznacza to wcale, że marka jest przewidywalna. Z niecierpliwością czekam na kolejne odsłony letnich propozycji (na stronie już można znaleźć kolekcję Dirty Baloon, o której też mam ochotę napisać – ale to za jakiś czas :)).
Choć za oknem jeszcze zima, ubrania już można kupić w internetowym sklepie Mozcau, a także w warszawskim Love&Trade.









Fot. Justyna Metrak-Radon

18

lut

Cudowne…

Dziś nie będę pisać. Dziś będę się przyglądać. Kto ma ochotę, niech zrobi to ze mną. Marni plus H&M. W sklepach (wybranych) od 8 marca…
















Zdjęcia: H&M, fot. Josh Olins

13

lut

Każda tęcza ma swój kształt :)

Dżinsowa dziewczyna wybrała się niedawno na otwarcie nowego wnętrza starego sklepu Levi’s w Warszawie. Goście mieli podziwiać nieoszlifowane deski na ścianach (jakimś cudem bez drzazg – sprawdziłam własnoręcznie ;)) oraz drzwi do kabin przymierzalni – każde z innego źródła, wszystkie vintage, oczywiście, ale moją uwagę w pełni pochłonęły trzy całkiem inne rzeczy.
Po pierwsze tęcza, czyli słynne Curve ID w nowych kolorach (promowane sloganem zawartym w dzisiejszym tytule). Błękitne, morelowe i liliowe, o nogawkach nieco krótszych niż zwykle (na oko 7/8), wykonane z miękkiej dość cienkiej bawełny z dodatkiem odrobiny streczu. Po drugie tzw. jegginsy, czyli hybryda dżinsów i legginsów, które leżą na kończynach dolnych niczym druga skóra i podobno nie wypychają na kolanach nawet po dłuższym czasie noszenia. A po trzecie spora część asortymentu kolekcji kobiecej – można by podejrzewać, że te ciuchy zabłądziły tam z wieszaków tych cudnie dyskretnych francuskich marek typu A.P.C. czy Sandro (a nawet dawnej Isabel Marant momentami). Top w paski z niespodzianką w postaci kwiatowego deseniu po lewej stronie, wiosenna parka z kapturem, do zakupu której zniechęca tylko i wyłącznie cena, skórzane buty, które z kolei cenę mają zaskakująco jak na Levisa niską, beżowy trencz o klasycznym kroju, czerwony melanżowy sweter o grubym splocie… Owszem, wciąż można tu zajrzeć w poszukiwaniu sportowych krojów czy rockowych nadruków, ale stało się coś pięknego, co będzie mnie niczym magnes do tego sklepu przyciągać.
Z kolei panowie odnajdą całkiem nową linię Monochrome – nieco tańszą od regularnej, zaprojektowaną tak, by poszczególne elementy można było dowolnie ze sobą komponować. Przewaga błękitów pod egidą tej marki chyba nikogo nie zdziwi.
Levi’s miewa swoje wzloty i upadki, ale mam wrażenie, że teraz z kolekcji na kolekcję szybuje coraz wyżej i wyżej. Lecz jeśli chodzi o kampanie reklamowe, raczej nie ma szans, żeby cokolwiek pobiło klipy promujące linię Sta Prest pod koniec poprzedniego stulecia :).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. Harel