Miesięczne archiwum: Marzec 2012

31

mar

B Sides

Chyba muszę przytoczyć tu swój niedawny tekst o byciu „seksi”, a być może nawet samej sobie w pewnym momencie zaprzeczyć. Ale może nie będzie trzeba. Zobaczymy. O co chodzi? A o to, czy dzianina może być „seksi” :). I nie mówię o obcisłych moherowych sweterkach noszonych bezpośrednio na biustonosz typu „rakieta” w filmach z akcją osadzoną w latach pięćdziesiątych. Mówię o grubych ciuchach z warkoczami, kontrastującymi panelami, a nawet infantylnymi wzorkami. Oczywiście pytanie jest retoryczne. Albo inaczej. Odpowiedź zależy od kontekstu. Kontekst, w jakim dzianinę (w stu procentach wełnianą) podaje nam Basia Chrabołowska, nie pozostawia wątpliwości.
Oto nowa na polskim rynku marka, B Sides. Jej twórczyni chciałaby między innymi oswoić nas z wełną – która wcale nie musi gryźć, może być miękka i… seksowna ;). Wszystkie projekty z kolekcji na wiosnę/lato 2012 wykonane są ręcznie z wełny z merynosów. Tytuł kolekcji, „Roots”, można interpretować na różne sposoby. Sporo na ten temat przeczytamy na blogu Efekty Uboczne (autorka ma wręcz magiczne zdolności wyszukiwania polskich młodych zdolnych zanim jeszcze się narodzą ;))). Mnie najbardziej ujęła inspiracja estetyką serialu „Bill Cosby Show” (ktoś jeszcze go pamięta?).
B Sides to nie tylko swetry. Wśród propozycji Basi znajdziemy wełniane spódnice, szaliki, sukienki, a nawet body. Całość w dość bogatej, choć nieprzesadzonej kolorystyce.
Zabawne, kiedyś takie swetry nosiło się z konieczności. A teraz nosi się z wyboru. Piękne czasy!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. Bartek Warzecha
modele: Iga Drobisz / SPP, Daniel Kot
fryzury i makijaż: Paweł Bik

29

mar

W nowej odsłonie

10DecoArt do tej pory kojarzyło się przede wszystkim z fantazyjną biżuterią łączącą w sobie najróżniejsze elementy – zwykle bazą był ozdobny sznurek, a zdobiły ją szlachetne surowce lub niepowtarzalne ceramiczne elementy. Sama jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch naszyjników, które, choć niezwykle charakterystyczne, pasują do sporej ilości rzeczy – i niezmiennie zwracają na siebie uwagę – a ja z przyjemnością informuję pytających, że to dzieło stuprocentowo polskie :).
Na wiosnę twórczyni 10DecoArt, Anna Pałubicka, postanowiła poszerzyć bazę materiałów o kolorowe skóry. I w najnowszej kolekcji główną rolę grają bransoletki. Szerokie, wyraziste, niebanalne. Zdobione falbankami, kokardkami (niektóre z powodzeniem udają makaron farfalle ;)) lub oryginalnymi guzikami. Jestem pod ogromnym wrażeniem połączeń kolorystycznych. Bo takie pomysły mogą przyjść do głowy tylko komuś o ogromnej wyobraźni. Zresztą gdy ogląda się prace projektantki, rzecz wyobraźni wydaje się być oczywista :). Poniżej dosłownie odrobina tego, co wydarzyło się ostatnio w 10DecoArt. Lubimy? Lubimy!









Zdjęcia: 10 Deco Art

28

mar

Keds

O butach Keds po raz pierwszy usłyszałam, gdy ich twarzą (może powinnam napisać „ich stopą”? ;)) została Mischa Barton, którą w tamtym czasie wielbiłam niczym boginię. Stali czytelnicy z pewnością skojarzą, kiedy to było. Mówiąc niedobitnie, dawno temu. W owym czasie daleka byłam od fascynacji jakimikolwiek tenisówkami, jeśli już miało być sportowo, wybierałam adidasy (niekoniecznie firmy Adidas ;)). Obuwie typu Keds kojarzyło mi się z podstawówką, do której nie miałam ochoty wracać w żadnym aspekcie. Człowiek jednak się starzeje i do pewnych rzeczy widocznie musi dojrzeć po raz drugi. Wiem, że można biegać po mieście w szpilkach (widziałam na własne oczy, tak, zawsze będę wspominać sprint Styledigger, gdy niemożliwe stało się możliwe ;))).
Historia „Kedsów” sięga 1916 roku. Z początku miały nazywać się Peds (od łacińskiego pedis – stopa), ale ta nazwa była już zajęta (wyobrażacie sobie? Niemal sto lat temu, gdy jeszcze nie było domen? ;)))), więc stanęło na Keds, co po indiańsku znaczy „mokasyny”. Rodzaj obuwia, który charakteryzowała gumowa podeszwa, nazwano „sneakers” od angielskiego „sneak aroud” – ponieważ dzięki opatentowanej gumie U.S. Rubber można było się w nich skradać – bez robienia najmniejszego hałasu, co w owych czasach nie szło w parze z gumową podeszwą ;). Myślę, że warto zdawać sobie z tego sprawę, gdy po raz kolejny zamiast „tenisówki” użyjemy spolszczenia (ohydnego według mnie) „sneakersy” (napisała ta, która przed chwilą użyła spolszczenia „Kedsy” :))). Nie będę się zbytnio rozpisywać, przystępnie zaprezentowaną historię butów znajdziecie tutaj.

 

Egzemplarze na zdjęciach pochodzą z wiosenno letniej kolekcji na rok obecny. O wiele więcej ma swojej ofercie sklep Schaffa Shoes, zarówno w punktach stacjonarnych, jak i w internetowym. Ostatnio najbardziej podobają mi się te zdobione plecionym sznurkiem, ale klasyczne tenisówki nie pozostają w tyle. Zwłaszcza w tych genialnych, letnich kolorach (i nie, jeszcze nie mam dosyć ani pasteli, ani „mandarynkowego tanga”, jeśli wiecie, co mam na myśli :))).

 

 

 

 

 

 

 

27

mar

ZUO Corp.

ZUO Corp. ma problem z pewną agencją reklamową (więcej tutaj), a ja mam problem z ZUO Corp. Wprawdzie nie jakiś ogromny, ale jednak. Bo oglądałam sobie tę kolekcję w Łodzi i z każdym modelem upewniałam w jednej myśli. A mianowicie, że jak na Polskę te rzeczy są świetne i odkrywcze. Ale jak na cały świat mody – mocno wtórne. Z jednej strony na pewno nie była to lekka zwiewna kolekcja w ostrożnych kolorach, jakich, podobno, w Łodzi od początku Fashion Philosophy jest za dużo. Nie była też nudna w żadnym momencie. Nie była zła, ba, była wspaniała! Charakterystyczna, odważna, spójna. Ale… Pewna osoba, obeznana w modzie znacznie lepiej ode mnie, mam wrażenie, krótko skomentowała po zakończeniu pokazu: „Marc Jacobs chyba by tu padł na miejscu”. Te słowa w różnych konfiguracjach padły jeszcze od sporej ilości innych osób – zarówno profesjonalistów jak i hobbystów. O co chodziło? Może o to, o to, a może o to? A może jeszcze o Pradę? Ghesquiere’a (czy Christobala Balenciagę nawet)?
A potem recenzje i słowa oficjalnie wypowiadane bądź pisane, dokładnie odwrotne do tych szeptanych. Rozumiem zachwyty polskiej branży, ale zastanawiam się, dlaczego nikt (poza nielicznymi wyjątkami) nie chce powiedzieć głośno, ile tu nawiązań (a może po prostu przypadkowych podobieństw?) do topowych, bądź co bądź, projektantów? Czy naprawdę tak trudno to wyartykułować? A może się czepiam?
Przywołałam sobie wpis Jagi na ten temat i zrozumiałam, skąd to moje czepialstwo. ZUO Corp. już jakiś czas temu przestałam postrzegać jako markę polską. Bo poziom, na jakim tworzą (we troje czy we dwoje – jak obecnie) w niczym światowemu nie ustępuje. Stąd delikatne, lecz jednak rozczarowanie. Nie mam zamiaru udawać, że nie widzę tego czy owego. Ale też nie upieram się, że mam rację. W sumie Marc Jacobs nawiązuje do przeszłości non stop, tylko może nie aż tak dosłownie. A co Wy o tym sądzicie, drodzy Czytelnicy?


Poniżej wybrane elementy kolekcji ZUO Corp. na wiosnę/lato 2012.















Fot. Łukasz Szeląg

26

mar

Już wkrótce…

Moi drodzy, już od jakiegoś czasu w związku z tym blogiem dzieje się coraz więcej fantastycznych rzeczy. O niektórych jeszcze nie mogę mówić, niektóre niedługo się ujawnią. Poniższy film jest rąbkiem jednej z tajemnic. Mogę zdradzić tylko, że pomysłodawczyniami przedsięwzięcia są Jaga i Agatiszka. O co chodzi? Dam znać… wkrótce! :)





P.S. Zapraszam na stronę Soft & Slow i zachęcam do polubienia facebookowego profilu projektu. Tam wszystko się okaże najprędzej :).

25

mar

Borko

Garderoba piękna i funkcjonalna jednocześnie. Mrzonka czy rzecz możliwa? To są dyskusje z cyklu „Co było pierwsze: jajko czy kura?” (choć wszyscy wiemy, że kura, to oczywiste, czyż nie? ;)))). Ola Chmielewska, twórczyni marki Borko zaczęła projektowanie od skomponowania takiejże garderoby dla siebie. Jej wizja kobiecości jest niezwykle bliska mojej. Sama tak mówi o swoich projektach:
„Moje rzeczy są bardzo proste i przez to jakby mało efektowne. Projektuję je dla siebie i zgodnie z pewną wizją kobiecości, według której kobieta jest ważniejsza niż jej ubranie. Myślę, że kobieta wygląda naprawdę dobrze, gdy czuje się sobą, jest aktywna i wolna, również od obsesji bycia modną.” Przeczytałam te słowa i miałam wrażenie, że sama je napisałam. W każdym razie gdybym była projektantką, moja filozofia byłaby identyczna.
Co sezon Ola Chmielewska prezentuje szereg ubrań, które można ze sobą łączyć w dowolny sposób. Dominują naturalne, szlachetne tkaniny i nienarzucające się kolory. Zdarzają się barwne akcenty, ale nigdy nie dominują. Jeśli pojawi się wzór, będzie ultra klasyczny: paski, grochy, żadnych szaleństw. Bo w końcu „to kobieta powinna być ekscentryczna, nie jej sukienka”. Te słowa Coco Chanel, cytowane przez Olę, najlepiej odzwierciedlają ideę Borko.
Choć projektantka utrzymuje, że te ubrania nie zwracają na siebie uwagi, ja mam odmienne zdanie. Zwracają, właśnie poprzez swoją prostotę. Owszem, na zdjęciach, a nawet na sklepowych wieszakach nie widać wszystkiego. Choćby detali kroju, które sprawiają, że dana rzecz lepiej się nosi – czytaj: można się w niej poruszać ;). Poniżej kilka zdjęć kolekcji na wiosnę lato 2012. Podobają Wam się te ciuchy? Bo mi bardzo.

 

P.S. Ubrania Borko można kupić online w butikach Showroom, Full of Style oraz Salt and Pepper.

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Borko