Miesięczne archiwum: Kwiecień 2012

29

kwi

Co widzisz?

Banan? Nietoperz? Tańczące pingwiny? Kto widział ten pokaz, pewnie nie dziwi się moim pierwszym słowom. O co chodzi? O test Rorschacha, który stał się inspiracją dla jedynego deseniu obecnego w kolekcji Agaty Wojtkiewicz. Nawet jeśli nie kojarzycie nazwy testu, z pewnością wiecie, na czym polega. Choćby z filmów. Pojawił się w „Virgin Suicides” Sofii Coppoli, „Rodzinie Adamsów”, lecz także w kreskówkach „Two Stupid Dogs” czy „Beavis and Butthead”. Jego alternatywna nazwa brzmi „test plam atramentowych”. Teraz chyba już wszystko jasne. A swoją drogą podobno w filmach nigdy nie pojawiają się oryginalne plansze, w trosce o zachowanie spontanicznych reakcji pacjentów na te prawdziwe. Choć od kiedy wyciekły do internetu, skuteczność testu zmalała chyba dokumentnie. O ile zakładamy, że kiedykolwiek był skuteczny, ale to już nie moja rzecz (zainteresowanych odsyłam tutaj).
Poza testowymi plamami ujętymi na sposób psychodeliczny (jakżeby inaczej…!) kompletnie rozbroiły mnie elementy z moheru (a przynajmniej na takie wyglądały – chętnie poznam fachową nazwę surowca, jeśli taka istnieje ;)). Dzięki nim zrobiło się znacznie bardziej jesiennie niż zazwyczaj u Agaty Wojtkiewicz bywa. Swetry i płaszcze przekonały mnie w stu procentach. Sukienka – cóż, chętnie obejrzałabym ją na przeciętnej kobiecie. Były jeszcze moherowe spodnie, trudne w noszeniu jak cholera, ale za to świetnie spinające tę część kolekcji. W którymś momencie pokazu odniosłam wrażenie, że coś idzie nie tak. Wraz z szarym obszernym płaszczem, o którym marzę od momentu ujrzenia, nawet jeśli miałabym w nim utonąć, zakończyła się jesień, a zaczął… Sylwester? Nie zrozumcie mnie źle. W poprzednim wpisie dzielnie broniłam surferskich dzianin Bereniki Czarnoty i zatartych pór roku. Tu po prostu coś zgrzytnęło. Wciąż było spójnie (czy to będzie teraz moje ulubione słowo???), ale zniknął pazur, który z początku przyniósł natychmiastowy zachwyt. Nie napiszę, że to były zwyczajne, nijakie sukienki. Wcale nie. Ale nie wiem dlaczego wolałabym, żeby pokaz zakończył się przed nimi. Być może była to w wydaniu tej akurat projektantki tak zwana „oczywista oczywistość”? Może niepotrzebny (przynajmniej według mnie) sygnał, że to, z czego jest powszechnie znana, nie zginęło pod warstwami włochatej wełny i atramentowych plam? Wciąż się zastanawiam, więc puenty nie będzie…







 






 


25

kwi

Wiosna, lato, jesień, zima

Na pokaz kolekcji Bereniki Czarnoty trzeba było czekać niemal rok. Być może rzeczywiście gdy rolę główną grają dzianiny, lepiej skupić się tylko na sezonie zimowym. Ale z drugiej strony, gdy pomyślę o takich markach jak Sonia Rykiel czy Missoni, ten pomysł wcale nie wydaje się taki dobry. Bo Berenikę Czarnotę spokojnie można by było nosić latem (i oglądać co pół roku, nie co rok). Zresztą jeśli leitmotivem, żeby nie pisać „inspiracją” kolekcji był styl surferów, lato wręcz prosi się o wzięcie pod uwagę.
Dzianina na sportowo. Możliwe? Możliwe. Natychmiast pojawiły się tu i ówdzie porównania z Isabel Marant, która zdała się zawładnąć umysłami zatrważającej liczby osób (w tym moim). Swego czasu pewien doświadczony człowiek mówił, że nigdy, przenigdy nie należy porównywać w recenzjach różnych projektantów. Co jakiś czas nie mogę się powstrzymać i łamię tę regułę, ale w tym wypadku postanowiłam być twarda. Jeden sweter z numerem na przedzie, kolorowe paski i trampki na koturnie (niebędące projektem Bereniki – swoją drogą trochę żałuję, że w kolekcjach polskich projektantów brakuje butów ich autorstwa) to zdecydowanie za mało na takie zarzuty. A gdy doda się do tego wcześniejsze dokonania projektantki, wszystko układa się w zgrabną całość.
Jest to kolekcja charakterystyczna, dobrze spojona (nie tylko butami), momentami żartobliwa. Berenika Czarnota posiada dar wprawiania publiczności w dobry humor. Nie wiem, czy zagrały kolory, detale czy pewna (celowa!) niedoskonałość, ale gdy wspominam to, co zobaczyłam, nie mogę przestać się uśmiechać. Zresztą popatrzcie sami i sprawdźcie, czy na Was też to działa.












fot. P. Stoppa


P.S. Więcej zdjęć tutaj.

24

kwi

Chłopcy PR-owcy część, niestety, druga

Wszyscy mamy potknięcia. Rzecz to całkiem naturalna. Moim zamiarem nie jest ich wyśmiewanie, lecz rzucenie światła na sprawy, które nie powinny być ignorowane. Stąd część druga (i nie mogę obiecać, że ostatnia) moich i nie tylko przygód z Chłopcami PR-owcami. Przy części pierwszej zaznaczałam już, że tekst nie dotyczy wszystkich, a tylko poszczególnych osób. Powtórzę i dziś. Mnóstwo, wręcz większość PR-owców, z którymi się z życiu zetknęłam, jest tak profesjonalna, że pozostaje tylko im zazdrościć i się od nich uczyć. Ale…

 

Proszę bardzo, kto ma ochotę, może pisać, że w głowie mi się poprzewracało. Nie mam zamiaru tu udowadniać, że prowadzenie bloga to ciężka praca (zresztą nie jest ciężka, choć owszem, jest to praca) i że mi się należy. Reklam tu nie umieszczam i nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, żebym zmieniła zdanie. Jeśli mam ochotę napisać o danym produkcie, a jego przedstawiciel ma ochotę moją pracę wynagrodzić, nie widzę przeszkód – o ile produkt mi się podoba (choć to przecież oczywiste – nie mam ochoty pisać o rzeczach, które mnie nie przekonują). Nie awanturuję się o indywidualne podejście do każdego blogera, choć przyznaję, jest to niezwykle miłe, w niektórych przypadkach po prostu niekonieczne. Ale czasem po prostu ręce opadają. I w takich sytuacjach odpowiedź ode mnie nie nadchodzi.

 

Zakładam, że jeśli zgłasza się do mnie dana firma, posiada choć podstawowe informacje, na czym mój blog polega albo przynajmniej jak wygląda. Gdy na dzień dobry widzę propozycje wstawienia baneru, a przez miesiąc trzy razy w tygodniu umieszczania zdjęć w ramce z logo firmy, to nie skusi mnie nawet najwyższej klasy sprzęt… tu chodziło o fotograficzny, ale mniejsza z tym.

 

Pomijam milczeniem wszelkie propozycje konkursów i „giwełejów”. Uwielbiam Was, drodzy Czytelnicy, ale czy chcielibyście dostawać ode mnie prezenty? Nie sądzę. Nie potępiam tych, którzy się na taką współpracę decydują. Po prostu prowadzą nieco inną działalność i tyle. Jeśli to działa, cieszę się ich szczęściem.

 

Gdy raz czy dwa zgodzę się umieszczać informacje o jakiejś akcji, to nie znaczy, że będę robić to dożywotnio. I wcale nie chodzi o to, że nie dostaję za to kasy. Z przyjemnością informuję Czytelników o wszystkich wydarzeniach związanych z modą, które są według mnie warte uwagi. Ale gdy dostaję wiadomość pełną pretensji, zaczynającą się od słów: „Czy można wiedzieć, kiedy masz zamiar wstawić informację o naszej akcji?”, nie powiem, żebym czuła się komfortowo.

 

Choć to jeszcze nic. Znajomej blogerce już kilka razy zdarzyło się otrzymać uprzejmie skonstruowaną propozycję współpracy, w której niestety przedrostek „współ” tracił swe znaczenie. Zaoferowawszy swoje warunki, implikujące wspomniany przedrostek, doczekała się (także kilka razy) tak kuriozalnej odpowiedzi, że cudem powstrzymuję się tu przed zacytowaniem całości. „Przepraszam, że w ogóle zaproponowałam współpracę” to tylko drobny wycinek spośród większej liczby obrażonych zdań.

 

Kolejną zasłonę milczenia spuszczam na propozycje pisania tekstów dla różnego rodzaju portali i promowania ich na swoim blogu oraz „fanpejdżu”. W zamian umieszczą link do mojego blogaska pod tekstem, obiecują też satysfakcję i poszerzenie doświadczenia. O tak, moje doświadczenie poszerza się z każdym nowym e-mailem.
Rozumiem, że nie od razu Kraków zbudowano, tak samo nie od razu dany portal może zaproponować godną współpracę. Można to jednak robić na różne sposoby. Gdybyście wiedzieli, ile tekstów w życiu napisałam za darmo, nawet bez linka pod spodem i miałam z tego przyjemność. Więc da się Harel zdobyć, trzeba tylko wiedzieć jak.

 

Kolejny „case”, jak mawiają marketingowcy. Zanęcona wizją nowych butów wybrałam się do sklepu marki, która zaoferowała mi je podarować. A raczej jej PR-owiec zaoferował, w dobrej wierze. Przymierzam, wybieram, podchodzę do kasy i zaczynają się schody. Najpierw nikt nic nie wie. Po kwadransie okazuje się, że wie, ale że to już nieaktualne. „Zaszły zmiany”. Szkoda, że nikt mnie nie poinformował. Ja się nigdy o nic nie dopraszam, w życiu nie napisałam ani jednego listu z prośbą o tzw. „dary losu”. Jeśli ktoś mi coś proponuje, zakładam, że robi to z pełną świadomością. Więc jeśli „zachodzą zmiany”, dlaczego świadomość gdzieś ulatuje? Podobno dział PR nie otrzymał informacji o zmianach. Komunikacja to skomplikowana sprawa, zwłaszcza w dobie szalonego rozwoju techniki. Mojego czasu już nikt mi nie odda. A naprawdę mam w życiu ciekawsze rzeczy do roboty niż mierzenie butów. W rezultacie marka nie ma u mnie szans. A szkoda, bo buty świetne i chętnie bym Wam o nich napisała.

 

Każdy kij ma dwa końce (dziś chyba jakiś dzień przysłów u Harel…), dobrze wiem, że blogerzy potrafią doprowadzać do szału lepiej niż niejeden PR-owiec. Nie wywiązują się z obietnic, stawiają absurdalne warunki, zmieniają zdanie, a na końcu się obrażają. Ale podkreślam, to nie jest walka. Cel podałam na początku tego tekstu.

 

Obiecuję, że następnym razem napiszę o swoich pozytywnych doświadczeniach. Bo mam. Naprawdę!

 

P.S. (25.04.2012) Moi drodzy, przypuszczałam, że tekst może wywołać wilka z lasu, nie spodziewałam się tylko, że będzie to akurat taki wilk. Wydawało mi się, że nie ma czego wyjaśniać, ale najwyraźniej byłam w błędzie.
Przyznaję więc, że… po pierwsze tekst jest mocno wewnętrzny i rzeczywiście nie każdy z Czytelników go potrzebował. Po drugie podpisuję się pod nim, choć mogę tym niektórych rozczarować – nie było to moim zamiarem, ale, że pozwolę sobie przytoczyć finał pewnego czarno białego filmu, „Nikt nie jest doskonały”. Po trzecie (a może wciąż po drugie) spora liczba osób poczuła się dotknięta moim stwierdzeniem, że choć buty świetne, to o nich nie napiszę. Nie chciałam Was tym urazić, bądźcie pewni. Nie każdy może to rozumieć, choć mam wprawę w posługiwaniu się językiem pisanym, nie mam kontroli nad tym, jak zostanie odebrany. Nie tyczy się ono Was w żadnym stopniu, tylko marki, której przedstawiciele się nie popisali. Jest dla mnie naturalne, że jeśli gdzieś mnie źle traktują, nie będę potem zachęcać do odwiedzenia tego miejsca.
A sugestię jednej z Czytelniczek, by takimi sprawami dzielić się na Facebooku, nie tu, wzięłam do serca i poważnie przemyślę. Dziękuję Wam za wszystkie i pozytywne, i negatywne opinie. To jest dla mnie ogromnie ważne, że chciało Wam się poświęcić cenny czas i zabrać głos.

 

 

23

kwi

Nie szata zdobi człowieka ;)

Cudowny nadmiar prezentowanych podczas Łódzkiego Tygodnia Mody ubrań natchnął mnie wczoraj do skupienia się na nieco innym temacie, a mianowicie na… homo sapiens. Może to banalne, ale czym byłyby nawet najpiękniejsze kreacje bez ludzi, którzy je noszą? Owszem, przyjeżdżam tu obejrzeć tyle kolekcji, ile tylko będę w stanie, ale to czas i spotkania pomiędzy jedną a drugą prezentacją sprawiają, że mam potem co wspominać. Ten weekend był absolutnie cudowny. Bo czyż może być coś lepszego dla homo sapiens zakochanego w modzie niż odnalezienie stada dzielącego jego pasję? Chwyciłam więc za aparat… no dobrze, za iPoda, który aparat posiada, i zaczęłam robić zdjęcia nie ubraniom, lecz właśnie ludziom, z którymi spędziłam ostatnie dni. Z niektórymi gadałam bez końca (z Fashionitką spędzałam tyle czasu, że zostałyśmy wzięte za siostry!), innym przyglądałam się z daleka (np. kolorowej niczym egzotyczny ptak Judy), z jeszcze innymi miałam iść na kawę, ale czas minął (Frenja, następnym razem!!!). Z niektórymi, jak się okazało, znam się świetnie, choć nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy (ech, ten Facebook – coraz bardziej go lubię…). Chciałabym wymienić wszystkich, ale z moją sklerozą to niemożliwe. Rzucam więc w przestrzeń: „Jak ja się cieszę, że mogłam Was poznać!”.


To nie są zdjęcia z tzw. łódzkiego lansu. Pojawiło się tyle krytyki, zasadnej i bezzasadnej, że lans właśnie, że bal przebierańców, że pogoń za Face Hunterem (to chyba nieczęsty przypadek, w którym stado goni za myśliwym?), że nie chce mi się podejmować nawet krótkiej dyskusji. Choć mam swoje zdanie na ten temat, ha!


Zdjęcia postanowiłam podpisać nazwami blogów i redakcji. Śmiejcie się, ale gdy przedstawiamy się imieniem i nazwiskiem, rzadko kiedy siebie kojarzymy!


Oliwka i Judy:



Fashion Split Personality i Efekty Uboczne (zauważyliście, drodzy Czytelnicy, trend na „dzióbek”?)



Na dwóch poniższych zdjęciach ekipa Ultra Żurnalu oraz pan rodzynek z Fashion Magazine. A zresztą, co ja będę tak tajemniczo. Na zalinkowanym blogu Tobiasz publikuje najlepsze teksty pod słońcem.




Jaga Design, a jednocześnie połówka Soft & Slow i Oliwka.



Agatiszka i druga połówka Soft & Slow w jednym, autorka tegoż bloga oraz… Oliwka po raz kolejny (a za każdym razem miała na sobie coś pięknego). Po tych spotkaniach Soft & Slow wie o mnie znacznie więcej niż powinno (i bardzo proszę pominąć milczeniem oświadczyny w barze z sajgonkami oraz degustację w pewnej republice…).



Drużyna z La Mode. Podziwiam i uwielbiam! Są absolutnie cudowni.



Barto Rebell i Harel w dwóch odsłonach. Bardzo poważni blogerzy na bardzo poważnej imprezie. Niestety na ścianie nie było żadnych napisów, ale spójrzcie, co Bartek ma na bluzie. Liczy się?




Jessy Mercedes – miało nie być o ciuchach, ale jej opaska spowodowała, że za każdym razem, gdy ją spotykałam, miałam ochotę śpiewać „God Bless America” ;).



Nie wierzę, że to koniec, po raz kolejny… Ale ale, relacje z pokazów jeszcze przed nami!

22

kwi

Groupies!

Wniosek z wczoraj? Jesteśmy groupies Michała Szulca. Nie wiem, czy mogę wymienić tu nasze nazwiska, więc zrobię tak: ci co wiedzą, to wiedzą, wniosek pozostaje ten sam. Po wieczornym pokazie rzuciliśmy się za kulisy, niczym ciężko uzależnieni od świetnych ciuchów po przebywaniu na miesięcznym (i najwyraźniej nieudanym) detoksie. Michał Szulc ze stoickim spokojem przyjął nasze szaleństwo. A my dosłownie przykleiliśmy się do wieszaka pełnego ubrań, które jeszcze dwie minuty wcześniej znajdowały się na modelkach. Szerzej o kolekcji The Woods napiszę w swoim czasie. Na razie tylko pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy podczas jej oglądania. Otóż nawet gdyby została zaprezentowana anonimowo, i tak bym się domyśliła, kto jest autorem. Bo choć różni się od poprzednich (i tak chyba powinno być?), to jednak naznaczona jest czymś tak charakterystycznym dla twórcy, że trudno by było się pomylić. Jeśli chodzi o stronę techniczną, choć nie jestem specem ani od krawiectwa, ani tym bardziej od konstrukcji, mogę się wypowiadać tylko od strony typowego „nosiciela” ubrań. Nosiciel obejrzał ze wszystkich możliwych stron i stwierdził: to jest doskonałe.
Czekałam na ten pokaz przez cały dzień, a nawet od wczoraj (a nawet od kilku miesięcy), więc zdaję sobie sprawę, że mogłam nie dostrzec minusów, które z pewnością przez bardziej wnikliwych i, powiedzmy, obiektywnych, zostaną wydobyte na światło dzienne. Na szczęście przysłówek na literę „s” w tytule tego bloga pozwala mi na wyrażanie bezgranicznego zachwytu, nawet jeśli będę w tym całkowicie osamotniona. Lecz wiem, że w tym wypadku nie jestem.
Poniżej mała zapowiedź tego, co w swoim czasie:

 

 

Wieczorne oczekiwanie i początek spektaklu:

 

 

Ten czarno biały deseń będzie mi się śnił po nocach. Obok projektant pod gradobiciem pytań ;).

 

 

A to wcale nie był koniec. Jako następna została pokazana kolekcja MMC Studio. Równie dobra, w dodatku z niesamowitą oprawą muzyczną. Na razie odsyłam na LaMode, jak się ogarnę, sama też coś napiszę ;).

 

 

Fot. P. Stoppa i Harel

21

kwi

Łódź – pierwsze wrażenia

I znów czas zatoczył pętlę, jakby napisał mój ulubieniec, pan Hrabal. Jestem w Łodzi – trudno uwierzyć, ale już po raz trzeci. Wrażeń mnóstwo, z trudem powstrzymuję się przed wrzucaniem tu całych jesiennych kolekcji. Bo chyba jeszcze nie czas na to… Przynajmniej u mnie. Ci, którzy czekać na przyszłą jesień nie mają zamiaru, mogą zaglądać na portal LaMode. Ekipa dzielnie pracuje cały dzień, mobilizując do pracy beztrosko przechodzących obok (w tym mnie na przykład ;)).
Dziś wraz z dwiema wspaniałymi kobietami odpowiedzialnymi tu za różne kluczowe sprawy doszłyśmy do wniosku, że najlepiej by było mieć asystentów. Wierzcie lub nie, ale Garance Dore swojego asystenta posiada. I nie, to wcale nie jest znak, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. To raczej znak, że mam wciąż za mało czasu, żeby to wszystko ogarnąć i jeszcze powrzucać na bloga. Przy okazji internet tym razem postanowił mnie nie lubić, więc obawiam się, że regularność powróci w przyszłym tygodniu.
Dziś podzielę się z Wami dosłownie jednym procentem wrażeń z wczoraj – póki internet jeszcze działa ;).


Poniżej kulisy, przepraszam, backstage oraz wybieg, przepraszam, catwalk ;).





Pokaz Bereniki Czarnoty. Jeszcze tu o nim będzie. Czy widzicie ten sweter z cyframi?!



Poniżej detal z powyższego pokazu – bardzo praktyczne trampki na koturnie marki Prima Moda ;) oraz czarno biała satelita warszawskiego Hi-Endu.




Piotr Drzał:



Agata Wojtkiewicz – jak na razie jedna z moich ulubionych kolekcji.



Zdjęcia: P. Stoppa (te profesjonalne) i Harel (te niewyraźne artystyczne ;)).


C.D.N.