Miesięczne archiwum: Maj 2012

31

maj

Czarne jest czarne, białe jest białe

Na ostatni pokaz Bohoboco trafiłam przez przypadek połączony z moim dziwacznym momentami poczuciem humoru. Informacje o poczynaniach tych zdolnych panów oraz występach nawet najmniejszych elementów kreacji otrzymuję regularnie drogą mailową od niezwykle skrupulatnego działu PR. Gdy niedawno w skrzynce mailowej znalazłam zapowiedź najbliższego pokazu, uznałam, że to zabawne w połączeniu z brakiem zaproszenia. Podzieliłam się tą refleksją w odpowiedzi na wiadomość. Nadeszło pytanie, jaką redakcję reprezentuję. Odpowiedziałam, że swoją własną, jednoosobową. I że mój żart nie miał na celu wyłudzenia zaproszenia. I że w ogóle tego nie robię i wystarczą mi zdjęcia z pokazu, i tak dalej, i tak dalej. Zaproszenie dostałam. Więc jeśli po raz kolejny usłyszycie o blogerkach, które wpraszają się na pokazy, możecie pomyśleć o mnie.


Ale teraz o kolekcji, bo w końcu o niej tu ma być, a nie o autorce. Już podczas pokazu zaczęłam się zastanawiać, jakie mamy wymagania wobec polskich projektantów. My, wielbiciele mody, potencjalni klienci, redaktorzy. Czego się spodziewamy, co chcielibyśmy zobaczyć, a czego raczej nie? I czy mamy wszystkich projektantów traktować tak samo i stawiać poprzeczkę na tym samym poziomie czy może do każdego podchodzić jak najbardziej indywidualnie?
Gdybym wybrała pierwszą opcję, mogłabym tu napisać, że Michał Gilbert Lach i Kamil Owczarek nie pokazali nic zaskakującego. Grzecznie pozostali w dość ciasnych ramach estetyki, w której czują się najlepiej. Mimo że w sklepach można znaleźć wersje ich projektów w odważnych kolorach, wybieg pozostaje czarno biały (potraktujmy szarość jako kompromis między jednym a drugim). Mogłabym dodać, że całość prezentowała się perfekcyjnie (oprócz kilku detali, których zapewne bym nie dostrzegła, gdyby nie bezkonkurencyjny Tobiasz. No, może tylko podjeżdżająca do góry spódnica rzucała się w oczy). Ale że ta perfekcja nie wystarczyła, by zachwycić się kolekcją w pełni.
Gdybym jednak zdecydowała się na podejście do sprawy numer dwa, rzecz opisałabym zgoła inaczej. Jest sobie młoda marka. I ta młoda marka błyskawicznie odnosi sukces. Dlaczego? Bo oferuje kobietom dokładnie to, czego potrzebują. Ubrania Bohoboco upiększają – zostało to udowodnione empirycznie. Młoda marka zaprezentowała szereg (długi szereg!) ubrań na sezon jesienny 2012. Obserwatorzy mody może i się nie zachwycili, lecz szereg (długi szereg!) klientek wręcz przeciwnie.
Wciąż się waham, po której jestem stronie. Według mnie ostatnia kolekcja była znacznie lepsza od przedostatniej, ale gorsza od pierwszej wybiegowej sprzed roku. Należałoby pewnie wytłumaczyć skąd takie wrażenia. Otóż ta pierwsza wniosła do naszej rodzimej mody pewną świeżość. Coś nowego może nie w sensie fasonów, bo już wtedy wyglądały znajomo. Lecz zebrane w zgrabny komplet zaskoczyły pozytywnie i pozostawiły dobre emocje na długo. Jednak – co już tu kiedyś napisałam – określiły pewien poziom. Odstępstwa – oczywiście poniżej wyznaczonej linii – natychmiast były i będą zauważane. Zapewne dlatego ten swój zachwyt staram się trzymać w ryzach. Ale on jest. Razem z podziwem, że takie rzeczy możemy oglądać bez konieczności wyjeżdżania na mityczny Zachód. Może po prostu pewne rzeczy są oczywiste?

















Zdjęcia: materiały prasowe

25

maj

Co to jest Shwrm???

Pojawił się kilka miesięcy temu i rozwija w tempie błyskawicznym. Showroom. Czym jest? A może napiszę, czym nie jest? Na pewno nie jest kolejnym sklepem internetowym z ciuchami (nie żebym miała coś przeciwko takowym!). To coś znacznie więcej. Fachowo mówiąc Showroom to platforma skupiająca polskie marki powiązane z modą i (nie wierzę, że używam tego słowa) designem. Jest zdecydowanie najbardziej nowatorskim miejscem na polskim rynku internetowym. Właściwie nie sprzedaje, lecz pośredniczy w między artystami a klientami. Projektanci mają do wyboru różne kanały sprzedaży, a klienci oprócz tak oczywistej rzeczy jak kupowanie ładnych przedmiotów mogą przy okazji zorientować się, co w polskiej modzie piszczy. Gdy otrzymałam propozycję współpracy z Showroomem, nie wahałam się ani chwili. Na stronie głównej co jakiś czas będziecie mogli oglądać kolaże z dostępnych rzeczy przygotowane przez grupę fanatyków polskiej mody – w tym mnie. A na blogu (bo przecież teraz każda szanująca się firma posiada blog) ich teksty – w tym moje.
Wizytę w Showroomie polecam wszystkim, którzy polskich twórców lubią i cenią, a także tym, którzy wciąż narzekają, że się u nas nic nie dzieje, podczas gdy „zagranico” jest tak cudownie… Jednocześnie ostrzegam, to wciąga i czas zżera niemiłosiernie. Osobiście jednak nie żałuję ani minuty tam spędzonej.

 

A poniżej kilka moich autorskich selekcji. Więcej tutaj.

 

 

 

22

maj

Zemełka & Pirowska

Te panie chyba nigdy mnie nie rozczarują. Nadszedł kolejny sezon, a wraz z nim kolejna kolekcja duetu Zemełka & Pirowska. Tradycyjnie jest dokładnie to, co trzeba – i by poczuć wiosnę, i by rozpoznać, czyje to projekty. Czasem się  zastanawiam, czy soczyste odcienie różu pozostaną z autorkami na zawsze – tak jak swego czasu czerń pozostawała (i praktycznie rzecz biorąc, pozostała) z Coco Chanel. Nigdy nie jest to motyw przewodni, ale powtarza się niemal w każdej kolekcji. Tym razem dochodzi zabawa proporcjami i długościami. Spódnica maxi jednocześnie jest spódnicą mini, a tunika – dość krótkim t-shirtem. Możliwe? Możliwe. Wiadomo, najlepiej by było zobaczyć na żywo. A przy okazji, kto stacjonuje w Krakowie, może się wybrać do butiku La Perle przy Dominikańskiej 3 – znajdzie tam m.in. poniższe projekty. Jeśli o mnie chodzi, czuję, że wizyta w Krakowie zbliża się dużymi krokami.

 

 

 

 

 

Zdjęcia: mat. prasowe Zemełka&Pirowska

16

maj

Brylove!

Możecie na mnie krzyczeć, ale muszę się do czegoś przyznać. Otóż… nie lubię wydawać kasy na okulary. Nie dla mnie trzycyfrowe ceny, nie dla mnie logo na szkle będące przepustką do barwnego świata klasy, nazwijmy ją, wyższej. Nie krytykuję tych, którzy na nosach dumnie noszą Pradę, Chanel czy Ray Bany. W sumie to im zazdroszczę. Nie samych metek, lecz zdolności dbania o ten kruchy przedmiot. Choć posiadam kilka pancernych wręcz pokrowców, okulary z rzadka do nich trafiają. Raczej walają się bezładnie wewnątrz wielkiej torby, spotykając etui kompletnym przypadkiem. W związku z tym oczywiście się rysują, wyginają, a na końcu łamią. I nie potrafię na to nic poradzić. Więc jeśli decyduję się na nowy zakup (lub jestem do niego zmuszona), wydanie kwoty wyższej niż czterdzieści złotych jest zwykle krokiem kompletnie nierozsądnym. Jeśli szkła (czy też plastiki) chronią przed promieniowaniem UV, niczego więcej mi nie trzeba. Dlatego cieszą mnie takie inicjatywy jak Brylove. To nowy sklep dobrze znanej spółki Hello Fashion! – właściciela internetowego butiku Vintage Shop. Ten ostatni zdążył już w sieci zasłynąć niezwykle bogatym wyborem okularów w idealnych dla mnie cenach. Teraz okulary się usamodzielniły, przybyło sporo nowych modeli i kolorów. Wiadomo, kupowanie okularów przez internet zawsze niesie w sobie element ryzyka, ale ja już to ryzyko okiełznałam. I jak na razie nie zdarzyło mi się żałować. Poniżej dosłownie odrobina tego, co na Brylove znajdziemy. A, jeszcze na koniec hasło przewodnie, bo ładne. Nie bądź w tyle – załóż bryle!

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Brylove

14

maj

Animal Kingdom

Gdybym miała jednym słowem określić, z czym kojarzy mi się Animal Kingdom, byłaby to… „kolejka”. Gdy po raz pierwszy natrafiłam na ich stoisko (było to zeszłej jesieni w Łodzi – w owym czasie mogliście o nich przeczytać na blogu Jaga Design), osłonięte było ze wszystkich stron ludźmi ustawionymi w kolejkę. Gdy powróciłam do Łodzi miesiąc temu, kolejka wcale się nie zmniejszyła. Gdy wreszcie wczoraj wybrałam się na Moustache Warsaw – z gorącym postanowieniem zostawienia części oszczędności w królestwie zwierząt – na pół godziny stanęłam w rzeczonej kolejce, po czym zrezygnowałam. Czego oczywiście żałowałam już wieczorem. Dziś uczucie jest dwa razy silniejsze…
Pomysł na biznes wydaje się niezwykle prosty. Ale czyż nie jest tak, że im prostszy pomysł, tym trudniej wpaść na niego samemu? Otóż, jak to w królestwie zwierząt bywa, mamy szereg bohaterów. Od ważek po niedźwiedzie, od kotów po jaskółki. Każde z nich występuje w najróżniejszych kolorach. Może przycupnąć na łańcuszkowej bransoletce lub naszyjniku w towarzystwie takich dodatków, jakie tylko nam się podobają. Skąd kolejka (czy też, bardziej zwierzęco, ogonek?)?. Na wszelkiego typu imprezach biżuteria wykonywana jest od ręki z komponentów wybieranych na żywo przez klientki. Każda z nich trzyma w dłoni zestaw koralików i zawieszek, wraz z najważniejszym składnikiem: charakterystycznym zwierzątkiem. W ciągu trzydziestu minut zdążyłam się nieco zżyć z ważką w barwie neonowego różu i opalizującymi błękitnymi paciorkami, ale postanowiłam zamówić ją na spokojnie przez internet. Bo, rzecz jasna, można. Wystarczy wejść na ich profil i po kolei wybrać elementy. O wszystkim decydujemy sami: grubość i kolor łańcuszka, rodzaj zapięcia, długość bransoletki itd. Jest to absolutnie genialne. Mam tylko jedno zastrzeżenie. W katalogach brakuje tych najnowszych, niezwykle kolorowych stworów. Oby jak najszybciej tam zawitały!





Zdjęcia: Animal Kingdom

8

maj

Fok Julle Naaiers!

Od dnia pokazu MMC Studio do dziś trzymają się mnie niecenzuralne słowa. Bynajmniej nie z powodu samej kolekcji. Chodzi o muzykę, która według mnie zajmuje pierwsze miejsce w nieistniejącym rankingu najlepszych ścieżek dźwiękowych podczas minionej edycji polskiego tygodnia mody. Choć przez wykonawców utworów zostałam zbluzgana do granic możliwości, nie złamałam się ani trochę. Bo, mimo że muzyka nie mogła pozostać niezauważona, projekty MMC pozostały na pierwszym planie – i według mnie obroniłyby się nawet przy zawodzących ludowych chórkach (bez skojarzeń, proszę!).
Oto kolekcja, którą spokojnie można by było obejrzeć w Nowym Jorku (ach, ten polski kompleks niższości… – ale wiecie, o co mi chodzi? Jeśli nie, zaraz wytłumaczę). To nie tak, że każda pozostała za oceanem by się nie sprawdziła. Ona była po prostu na wskroś nowoczesna. Mniej zainspirowana, a bardziej inspirująca. Owszem, doszukiwano się wpływów hip-hopu (nie tylko ze względu na towarzyszące jej dźwięki Die Antwoord) czy dość uogólnionych lat dziewięćdziesiątych (obszerne płaszcze? Puchowe kamizelki?) Może mnie zamroczyło, ale nie poczułam tych nawiązań – co nie jest wcale zarzutem dla duetu projektantów. Pisząc „nowoczesna” nie uczepiam się ani futurystycznych (powiedzmy) krojów, ani srebrzystych tkanin. W tym momencie wpadam we własną pułapkę, bo nie potrafię ubrać w słowa tego, co dokładnie mam na myśli. To było wrażenie, pierwsze określenie, jakie przyszło mi do głowy po tym pokazie. Może po prostu pozostawię Was sam na sam ze zdjęciami, a słowa każdemu same się objawią. Całość do obejrzenia tutaj (zakładając, że każdy z Czytelników posiada konto na Facebooku, o, ja okrutna!).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. P. Stoppa