Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

30

lip

Victoria’s Secret!

Najpierw to rzeczywiście był sekret. Poszła fama, że coś amerykańskiego wkrótce otworzy się w Polsce. Oczywiście większość (w tym ja) obstawiała American Apparel. Rozwiązanie było zgoła inne, lecz równie interesujące. Oto Victoria’s Secret otwiera swój pierwszy salon nie tylko w Polsce, lecz także w Europie (drugi salon otwarto w Londynie dzień po warszawskim). Wizja przybliżenia się choć trochę do słynnych aniołków oddaliła się tak szybko, jak nas nawiedziła. Okazało się bowiem, że w asortymencie zabraknie bielizny, czyli tego, z czego marka jest najbardziej znana. W sumie nie do końca zabrakło, bo w warszawskich salonach (w Złotych Tarasach oraz Galerii Mokotów) można znaleźć ogromny wybór kolorowych i dość szalonych majtek. Słyszałam, że biustonosze nie zaspokajają wymagań sekty Stanikomaniaczek, która już dawno zawładnęła moim umysłem, więc specjalnie się tym brakiem nie przejęłam. I w sumie w ogóle to, że bielizny tak mało, nie zmartwiło mnie ani trochę. Dlaczego?


Bo Victoria’s Secret okazał się prawdziwym kosmetycznym rajem. Balsamy, mleczka, masła, perfumy, mgiełki itd. opakowane zostały w cudne (i oczywiście odrobinę przesłodzone) pudełka i flakony, które już same w sobie stanowią ozdobę kobiecej toaletki. Mam wrażenie, że wnętrze butiku bardziej przypomina cukiernię niż sklep z kosmetykami i dodatkami. Zresztą nawet sposób ekspozycji przywołuje lady po brzegi wypełnione lukrowanymi babeczkami. Z tym że zamiast ciastek leżą kremy do ciała, kosmetyczki, torebki i breloczki. I tu kolejny plus. Zwłaszcza dla panów zagubionych nieco podczas poszukiwań prezentów dla ukochanej. Może nie jest to estetyka rodem z paryskich domów mody, ale za to każde z akcesoriów zawiera w sobie sto dwadzieścia procent pozytywnej energii. I w przeciwieństwie do perfekcyjnych aniołków, wzbudza u kobiety nie zazdrość, a szeroki uśmiech (nawet jeśli będzie to uśmiech lekko kpiący – wszak nie każda z nas kocha kolor różowy, ale każda uwielbia prezenty, czyż nie?).


Więc, pomimo płynących z niektórych źródeł słów krytyki, ja jestem bardzo zadowolona z nowego warszawskiego miejsca. A, jeszcze jedno: ceny. Powiem tak. Jeśli nie przeraża Was Body Shop, nie przerazi Was także Victoria’s Secret. Oczywiście czekam na przeceny, choć one zapewne dopiero za wiele miesięcy.






Zdjęcia: materiały prasowe

27

lip

Carolyn Bessette-Kennedy

Różne sprawy złożyły się ostatnio na to, że zaczęłam wspominać kolorowe lata dziewięćdziesiąte. Zaczęłam zbierać wirtualne pamiątki na swoim profilu Pinterest, ale też odgrzebywać to, co realnie mi z lat dziewięćdziesiątych zostało. Aktualnie poszukuję plecaka w kwiaty marki Noma (oficjalnie należał do mojej siostry, ale dość często go pożyczałam), zresztą po moich wpisach na Facebooku cała rodzina się w poszukiwania zaangażowała, a kochane Czytelniczki co i rusz podsyłają linki do egzemplarzy zastępczych. Przypominam sobie spinki, które miałam, ulubione filmy i muzykę (w tamtych czasach gardziłam Nirvaną, uparcie niosąc wieść, że prawdziwa muzyka zakończyła żywot w latach siedemdziesiątych…), a także obrazki z zagranicznych gazet. Zwróciłam wtedy uwagę na pewną kobietę. Jej styl wyróżniał się na tle mocno wtedy eksploatowanych słońc Versace czy zaskakujących deseni Prady. Nie znałam się wtedy na modzie (i wciąż się nie upieram, że jestem ekspertką), ale jej wygląd mnie zaintrygował. Dziś mogę śmiało stwierdzić, że była pierwszą minimalistką. Nie wiem, czy na świecie, ale na pewno dla mnie. Jej pomysły szybko zaczęła kopiować Gwyneth Paltrow i to jej niesłusznie przypisuje się wiele minimalistycznych rozwiązań.


Mowa o Carolyn Bessette-Kennedy. Z tych Kennedych. Dość często porównywana była do Jackie Kennedy, choć wyglądała całkiem inaczej. Prawdopodobnie chodziło i o częstotliwość występowania we wszelkich kronikach plotkarskich, jak i zupełnie inny, lecz także charakterystyczny i ponadczasowy styl. Będę się upierać, że to Carolyn tę ponadczasowość doprowadziła do perfekcji. Zestawy ze zdjęć, które pozostały (zbieram je tutaj), nie zestarzały się ani trochę. To jest wręcz niewiarygodne, jak bardzo była nowoczesna w swoich czasach. Umarła zbyt wcześnie, śmiercią tragiczną w katastrofie małego samolotu w 1999 roku. Czasem zastanawiam się, jak wyglądałaby dziś, trzynaście lat później. Z pewnością miałaby stałą rubrykę u Scotta Schumana…


P.S. Mówiłam, że słowa „minimalizm” będę tu używać tylko w uzasadnionych momentach? I trzymam się tego dzielnie!


Carolyn Bessette Kennedy


Polyvore

25

lip

Przetrwać lato (4)

Pamiętacie mój cykl „Przetrwać lato” z 2008 roku? Niedawno odnalazłam te teksty i z satysfakcją stwierdziłam, że się nie zestarzały. Chciałabym jednak dodać coś jeszcze. Jakiś czas temu odkryłam, że gdy jest upał, wszystko jedno, czy mamy na sobie cienką sukienkę na ramiączkach i japonki, czy bluzę z długim rękawem i trampki. Wszystko jedno. I tak będzie nam za gorąco. Więc zdarza się, że wychodzę z domu ubrana jak na plażę, ale też dość poważnie opatulona (szalików jednakże unikam, czapek też, choć głównie dlatego, że jedyną letnią, którą posiadałam, zgubiłam). Ratuje mnie gadżet, który pojawił się na świecie jeszcze zanim ochrzczono Polskę. Oczywiście mój jest całkiem nowy, z ponadtysiącletnim skarbem nie wychodziłabym z domu. Idealny wachlarz typu Sensu (czyli ten składany, drobno plisowany na drewnianym stelażu) znalazłam w Muji. Jest gładki, ma piękny wiśniowy kolor, pasuje do większości moich rzeczy, a przede wszystkim spełnia swoją funkcję. Wprawdzie zaliczam nieco zdziwionych spojrzeń w tramwaju, ale dwa razy nawiązałam niezwykle miłą rozmowę ze starszymi paniami na temat zalet wachlarza (jedna z nich okazała się ich kolekcjonerką!). Mówię Wam, żadna klimatyzacja tak nie działa!


wachlarz muji



wachlarz muji


wachlarz muji


wachlarz muji


Zdjęcia: Muji Polska

24

lip

Ageless Issue

Przyznam Wam się, choć ceny zagranicznych magazynów w Polsce wołają o pomstę do nieba, czasem po prostu muszę sobie kupić któryś z nich. Zaczęłam w odległym roku 2003, więc kolekcja urosła całkiem spora. Pośród głównie brytyjskich edycji Vogue czy Elle raz na jakiś czas pojawia się wydanie okraszone słowem „ageless”. Nie znalazłam równie zgrabnego polskiego odpowiednika, roboczo będę używać neologizmu „bezwiekowy” (choć ciśnie się tu niemożebnie „ponadczasowy”, to nie oddaje do końca przesłania magazynu). Wydania „bezwiekowe” nie mają na celu uświadomienia nam, jaki styl powinnyśmy mieć w wieku dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu i pięćdziesięciu lat (co ciekawe, jeśli takie artykuły się pojawiają, zwykle sześćdziesiątki i siedemdziesiątki są pomijane – czyżby stawały się niewidzialne???). Raczej nakłaniają nas do czerpania radości z mody bez względu na metrykę.

 

Jako kobieta, która już jakiś czas temu awansowała do rubryki „trzydzieści plus”, coraz częściej mam dylematy, czy jeszcze mi wypada, czy już nie. Sama bym się tego po sobie nie spodziewała! Wprawdzie nie mam ochoty nosić mundurków rodem z japońskich podstawówek czy upodabniać się do pani Barbie – idolki z bezrefleksyjnego dzieciństwa, ale w pewnych rzeczach najzwyczajniej w świecie zaczęłam się gorzej czuć. Upieram się, że to nie ja przestałam do nich pasować, tylko one do mnie. Niby drobiazg, ale niezwykle istotny. Na szczęście jestem otoczona kobietami, które nie rezygnują z przyjemności ubierania się w fajne ciuchy. Niektóre mają lat naście, a niektóre kilkadziesiąt. I wszystkie dają dobry przykład.

 

Nie mam pojęcia, skąd (zwłaszcza w kobietach) bierze się przekonanie, że w pewnym wieku należałoby po prostu zniknąć. Schować się w czymś szarym i workowatym (co ani trochę nie przypomina projektów Nenukko czy asortymentu COSa), stopy przyodziać w buty brzydsze niż ortopedyczne, a na głowie zrobić sobie gniazdo w kolorze przejrzałego bakłażana. Nie zagłębiam się w różnego rodzaju zmiany i kryzysy, które z modą nie mają nic wspólnego (ba, nie mają siły tej mody angażować nawet). I jak najbardziej szanuję te wybory. Załóżmy jednak, że nic poważnego się nie dzieje. Dlaczego w takim razie rezygnujemy z siebie? Czy to lenistwo? Czy silny stereotyp, który każe kobiecie dostosować się do przemijającego czasu?

 

Jest i przesada w drugą stronę, gdy słowo „bezwiekowy” zyskuje wydźwięk pejoratywny. I gdy do tego stopnia nie godzimy się z naturalną koleją rzeczy, że dajemy sobie wstrzykiwać to i owo w czoło, usta i policzki, niebezpiecznie upodabniając się do pozostałych pacjentek tzw. klinik piękności. W dodatku mam dziwne wrażenie, że ideałem ponadczasowego piękna stała się niepostrzeżenie Donatella Versace. Ale to temat na inny tekst, niekoniecznie tutaj. Zresztą jakiś czas temu pewna mądra znajoma powiedziała mi: „Pogadamy za dwadzieścia lat, co sądzisz o botoksie”. Sprytne.

 

Mogłabym jeszcze pisać i pisać o tej „bezwiekowej” modzie. Tak się składa od jakiegoś czasu, że moja szafa przestała się dzielić na pory roku (nie licząc wełnianych płaszczy i kostiumów kąpielowych). A teraz widzę coraz wyraźniej, że staje się coraz bardziej uniwersalna także pod względem przedziałów wiekowych. Spokojnie mogłaby z niej korzystać zarówno nastolatka, jak i zadowolona z życia babcia. I chyba to jest właśnie klucz, który próbują nam przekazać twórcy tych „ageless issues” średnio raz do roku. Szkoda, że nie częściej.

10

lip

Ja byłam z pieskiem czy bez pieska?

Zdaję sobie sprawę, że w oczach niektórych staję się lekko stukniętą kobietą z pieskiem. Piesek tu, piesek tam… Nie mam zamiaru dołączać do grona lansujących się ze zwierzakami na imprezach (w życiu!), ale nie da się ukryć, Łata nieźle poukładała mi życie. Już tu kiedyś pisałam (mam takie wrażenie), że poranne spacery zweryfikowały mój, nazwijmy go, styl. Szorty, koszulka, wszystko zakładane w półśnie. Jeśli pada, celuję nogami w kalosze. Jeśli jest gorąco – w tenisówki (trudniej wcelować!). A jeśli pada i jest gorąco? I nagle z nieba mi spadła para butów Native przesłana przez sklep Hego’s. Powiecie, że brzydkie? Niech Wam będzie. Powiecie, że niemodne? Ok, zgadzam się. Nie spodziewałam się własnego zachwytu, dopóki ich nie włożyłam na spacer z rzeczonym psem. Od tamtego dnia stały się nieodłącznym elementem mojego porannego zestawu. Co jest w nich super? Że z daleka wyglądają jak zwyczajne tenisówki (które uwielbiam). A także to, że są mięciutkie i dopasowują się do stopy (bez ściemy!). Że można w nich łazić po błocie i nie martwić o czyszczenie. I że pokrzywy nie przechodzą przez te małe dziurki. Podobno nadają się też na śnieg, ale wolę tego nie sprawdzać. A teraz Państwo wybaczą, piesek czeka!


native


Zdjęcie: Hego’s

8

lip

Blogofilia

Jeszcze Wam tu o tym nie pisałam. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł stworzenia miejsca o tematyce bardziej blogerskiej niż modowej, które tworzyłabym wspólnie z innymi blogerami. Powstała Blogofilia. Dzielimy się tam przemyśleniami, wymieniamy doświadczeniami, każdy jest mile widziany, nie tylko w roli czytelnika, lecz także autora. Wszystko szczegółowo opisuję tutaj. Więc gdyby ktoś poszukiwał na przykład trzeciej części opowieści o Chłopcach PR-owcach, z pewnością znajdzie ją na Blogofilii (w przyszłości!).
Już opublikowałam kilka gościnnych tekstów, wciąż liczę na więcej, oczywiście. A przy okazji, blog ilustruje z własnej nieprzymuszonej woli Marta Tomczyk, za co serdecznie jej dziękuję. Zapraszam w nowe miejsce! Czujcie się jak u siebie.


Marta Tomczyk dla Harel


Rys. Marta Tomczyk