Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

7

lip

Mi Momento

Pośród wyrastających jak grzyby po deszczu klubów zakupowych Mi Momento jest miejscem zaskakująco i przyjemnie kameralnym. Niewielki asortyment został zrehabilitowany starannym doborem marek i towarów. Oferta jest płynna, zmienia się co kilka dni. Jeszcze niedawno można było złapać Conversy tańsze o jakieś czterdzieści procent, niedługo pojawi się Pandora (którą można lubić lub nie, ale genialny pomysł na uzależnienie od siebie klientek trzeba docenić). Obecnie kuszą kultowe koszulki Amplified (choć zniżka 5% jest raczej wkurzająca niż atrakcyjna, ale ponieważ zdarzają się przeceny 50%, udam, że tego nie widzę, he he).
Co więcej, osobna część sklepu poświęcona została markom polskim. To zawsze będę doceniać i zawsze będę tu dawać znać o takich przedsięwzięciach. Aktualnie możemy tam znaleźć między innymi ultra kobiecą Natalię Siebułę (pastelowa kolekcja Aurora), Magdę Hasiak (którą niedawno się tu zachwycałam przy okazji kolekcji wiosennej, teraz w Mi Momento nastało lato – cóż za kreatywna kobieta!) i Cookie (seksi!!!).
Co dla mnie niezwykle istotne, nie trzeba się logować, by dostać się na stronę. Więc oglądać możemy anonimowo, bez zobowiązań i ryzyka, że nasza skrzynka mailowa zostanie zapchana newsletterami. Jeśli już zdecydujemy się na zakupy, warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Dość często wysyłka towaru następuje nawet do trzech tygodni po zakończeniu kampanii. Na szczęście polskich kolekcji to nie dotyczy. Uff…





3

lip

Pewność siebie

Od wielu lat chodzę w workach. Ani pokutnych, ani na ziemniaki (w tym to tylko Kate Moss by dobrze wyglądała, co słyszę i czytam niemal non stop). Po prostu, innymi słowy, w luźnych sukienkach, które niczego nie obciskają. Szkoły odbioru worków są dwie. Jedni mówią, że takie ubrania ukrywają wszelkie niedoskonałości, a ponieważ z pewnością mam ich całe mnóstwo, to się sprytnie przed światem chowam. Drudzy z kolei twierdzą, że noszenie worków wymaga pewności siebie i mogą sobie na nie pozwolić tylko te osoby, które niczego światu nie chcą udowadniać (na przykład tego, że mają talię). A w tak zwanych dzisiejszych czasach rezygnacja z udowadniania światu rzeczy oczywistych jest nie lada wyzwaniem. Zgadnijcie, do której frakcji należę?

 

Swego czasu dzięki miłości do worków trafiłam na markę Wearso. Jedna z moich pierwszych rozmów z Olą Waś, jej twórczynią, dotyczyła właśnie dużych ciuchów. Bo są osoby, którym te duże czy za duże nawet ciuchy po prostu nie pasują. I wyglądają w nich jak dzieci, które podkradły ubrania z szafy mamy. I naprawdę nie wiem, od czego to zależy. Bo na pewno nie od sylwetki. I te osoby czują się pewnie w dopasowanych rzeczach – ba, świetnie w nich wyglądają! Gdy ja wkładam coś dopasowanego, zazwyczaj ciągle o tym myślę, poprawiam, zaglądam w każde mijane lustro, żeby skontrolować, czy wszystko jest w porządku. Moja pewność siebie może nie znika, ale zostaje wystawiona na próbę. Może w tym tkwi odpowiedź? Im mniej myślimy o ubraniu, tym lepiej w nim wyglądamy? Parafrazując (i to będzie banalne), wyglądamy dobrze w tym, w czym dobrze się czujemy? Podsumowując, gdy dobrze się w czymś czujemy, to o tym nie myślimy?

 

Poniżej kilka zdjęć najnowszej kolekcji Wearso zatytułowanej „Do Nothing In Warsaw” (całość do obejrzenia tutaj). Tym razem pojawiły się rzeczy zaspokajające potrzeby obydwu wspomnianych frakcji. Bawełna wciąż organiczna, wciąż nie do zdarcia. Próbowałam przekonać się do sukienki z trzeciego zdjęcia, bo ogromnie mi się podobała, ale nie dałam rady. Po raz kolejny wybrałam worek. Stwierdziłam żartobliwie, że potrzebuję przestrzeni dla dużego ego. Ale kto wie, może coś w tym jest? A jak Wy myślicie? I którą opcję wyznajecie?

 

 

 

 

 

FOTOGRAF: Paweł Frenczak
MODELKA: Masha Szaro
MAKE-UP: Magda Łach / Firma Kokarda
WŁOSY: Rafał Żurek
Specjalne podziękowania dla ShowRoom-Hoza 9c oraz Moko61.

2

lip

Nenukko online!

Takie wiadomości lubię najbardziej. Oto kolejna marka, która próbuje swych sił w sieci. Oby się udało! Nenukko znane jest z wariacji wszelkich na temat szarości, zwłaszcza na kanwach dzianiny, choć także materiałów kojarzących się z odzieżą roboczą. Forma zawsze gra pierwsze skrzypce, gdzieś na samym końcu sytuuje się zapomniana, pominięta komercja (objawia się chyba tylko w tym, że mimo wszystko marka zdecydowała się na stronę internetową). Nenukko działa po swojemu, co widać zawsze. I na pokazach, i w kampaniach wizerunkowych, i – wreszcie – w otwartym wczoraj sklepie internetowym. Na dzień dobry dostajemy od 20% do 50% zniżki. I nagle okazuje się, że ubrania prosto z wybiegu wcale nie muszą kosztować majątku.

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: nenukko.com

1

lip

Stromboli

Ania Kuczyńska od wielu lat porusza się w obrębie stylu, którego nazwy obiecałam sobie tu nie wymieniać, jeśli nie będzie miała stuprocentowej racji bytu. Uwaga… minimalizm. Wreszcie mogę użyć tego słowa w pełni odpowiedzialnie. Bo – muszę to napisać – do szału doprowadza mnie podciąganie pod minimalizm wszystkiego, co, przykładowo, nie ma ozdób albo wzorów. Dżinsy i t-shirt – minimalizm. Torebka bez kieszeni – minimalizm. Paznokcie w jednym kolorze – minimalizm. Gdzie w tym miejsce dla zasłużonych?
Swego czasu projektantka czy w jakimś wywiadzie, czy w notce prasowej posłużyła się wyrażeniem „minimalizm ozdobny” – i ciągnie się to za nią bez względu na to, czy jest ozdobnie, czy nie. Jak było tym razem?
Może zacznę od tego, czym jest Stromboli (już się boję, że tak jak w przypadku kolekcji Pinata co poniektóre portale uznają ten wyraz za nazwę marki…). To niewielka wyspa wulkaniczna na Morzu Tyrreńskim. Należy do Włoch, co w przypadku inspiracji Ani Kuczyńskiej nie dziwi wcale. Wulkaniczne plaże, popiół i wszelkie odcienie szarości łączą się z typowym włoskim krajobrazem, poszatkowanym wąskimi uliczkami, tradycyjnie otulonym błękitem nieba. Aby tam dotrzeć, potrzeba trochę zachodu. Można by wysnuć wniosek, że to wyspa dla wybrańców. Tak też trochę czuliśmy się w dniu pokazu, zgromadzeni w warszawskim Syrenim Śpiewie w porze dla pokazów nietypowej, ze światłem dziennym wpadającym przez okna. Wybrańcy. W porównaniu z tym, co dzieje się choćby w Soho, była nas garstka. Zamysł prosty: zebrać osoby autentycznie zainteresowane tematem (jest mi tym bardziej miło, że zostałam zaproszona – temat podziwiam nieustająco od lat zbyt wielu, by się przyznawać). Udało się. Oczy wszystkich, dosłownie wszystkich skierowały się na ubrania. A było na co patrzeć!
Nie będę obiektywna. Moje serce zdobyły płaszcze. Obszerne, płynące za sylwetką, ciężkie i lekkie jednocześnie. Jakiś czas temu dzięki Ani Kuczyńskiej uświadomiłam sobie, że płaszcze kocham miłością nieskończoną – a może raczej: płaszcz jej projektu. Granatowy, męski, może trochę na mnie za długi. Miałam go na sobie tamtego dnia. Nie zliczę od ilu osób usłyszałam pytanie o jego pochodzenie. W odpowiedzi nie używałam słów, wskazywałam tylko na dyskretne srebrne kółeczko autorstwa mistrza logotypów, Karola Śliwki (który swego czasu zaprojektował również grafiki do kolekcji Love Hotel – do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że nie kupiłam tej chusty…).
Momentami miałam wrażenie, że oglądam szczególną retrospektywę twórczości projektantki. Nie dało się bowiem nie zauważyć nawiązań do wielu poprzednich kolekcji. W detalach, w kolorach (to akurat dziwić nie może). Ale może to było po prostu coś, co znawcy określają mianem charakterystycznego stylu. I znów, jeszcze mocniej niż zwykle Ania Kuczyńska udowodniła, że nie da się jej z nikim pomylić.

 

Poniżej wybrane modele z kolekcji Stromboli na jesień 2012.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. Jakub Pleśniarski