Miesięczne archiwum: Październik 2012

31

paź

MMC

To mi się nie zdarza. Wzruszyłam się na pokazie. Tak jak wzruszam się na filmach. Podejrzewam, że zmieszały się absolutnie wyjątkowe doznania estetyczne, świadomość mojej obecności TAM ze wspomnieniem miejsca, w którym byłam, gdy blog ten startował, Patti Smith z moim ulubionym chyba coverem „Smells Like Teen Spirit” oraz czas spędzony z cudownymi ludźmi, tak samo szurniętymi na punkcie mody jak ja. Znacie mnie na tyle, żeby wiedzieć, że nie uzewnętrzniam się tu za bardzo. Tym razem musiałam zrobić wyjątek. Bo tymi kilkoma łzami chciałam się Wam pochwalić.

 

Kolekcję MMC na wiosnę/lato 2013 obejrzałam na zdjęciach z Lizbony jakieś dwa tygodnie temu. Gdy tylko się dowiedziałam, że tam jadą, porzuciłam pomysł czekania na Łódź i pilnie śledziłam Facebooka (czasem się przydaje to piekielne narzędzie), by w końcu rzucić się na fotorelację niczym wygłodniałe zwierzę.

 

Nie ma co udawać, MMC jest łódzkim pewniakiem. Wszyscy to wiedzą i wszyscy się tego spodziewają. I gdyby spytać sto przypadkowych osób o najlepszy pokaz, odpowiedź byłaby jedna i ta sama od kilku sezonów. To takie niepisane zobowiązanie, którego, chcąc nie chcąc, podjęli się Ilona Majer i Rafał Michalak. Nie mam pojęcia, w jaki sposób te kolekcje powstają, właściwie nie chcę wiedzieć. Bo, nie ukrywajmy, liczy się efekt. Kiedyś z ogromnym zainteresowaniem czytałam o inspiracjach projektantów. Teraz wolę zgadywać niż wiedzieć (szerzej o tym w niedalekiej przyszłości). Chciałabym zaznaczyć jeszcze jedno. Żadne zdjęcia nie oddadzą tego, co zobaczyliśmy w sobotni wieczór. Mogę jedynie spróbować to opisać, ale boję się, że słowa tym bardziej nie dadzą rady.

 

Że było pięknie, już pisałam. Że perfekcyjnie – to oczywiste. Pojawiły się też rzeczy nieprezentowane w Lizbonie. Cały szereg czarno białych elementów. Niby nowych, a jednak doskonale wpasowujących się w koncepcję całości. Materiały? Najwyższej jakości. Odszycie? Doskonałe (widziałam z bliska, poświadczam własną głową). Osobiście rozbroiły mnie dwie rzeczy. Różowe jedwabie (jeśli w Sevres miałby się znaleźć idealny odcień różu, proponuję właśnie ten, właśnie na takim materiale) oraz białe bawełniane t-shirty i sukienki z ciętymi poprzecznie pasami. Nie ma sensu pisać o żakietach czy płaszczach. Wiadomo, że są bezbłędne i tyle. I niech mi ktoś teraz powie, że polska moda wcale nie ma się dobrze. MMC daje nadzieję. Niezmiennie.

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

MMC

 

Fot. Szamot Lyzab

29

paź

Skandal nr 2

To był niezwykły spektakl! Z wybiegu promieniowała witalność, pozytywna energia, młodość i szczęście! Cudownie, że mogliśmy w tym uczestniczyć, że taka niespodzianka nas spotkała piątkowego wieczoru. Uśmiechy, piękni ludzie i proste ubrania, które jakby tylko dopełniały całość. A żeby było jeszcze piękniej, z głośników leciała Lykke Li z „I follow rivers”. Święto wiosny!

A teraz zejdźmy na ziemię. Tak mogłaby wyglądać ta recenzja, gdybym była zatrudniona w jakimś magazynie o modzie. Ale na całe szczęście nie jestem i nie marzę o tym wcale. Łukasz Jemioł w poprzednich sezonach postawił wysoką poprzeczkę. To, co miałam okazję oglądać, zachwycało. Po prostu. Teraz obwarował się słowem „basic” i stworzył podstawy garderoby. Czemu nie? Na całym świecie praktykuje się tego typu rozwiązania. W Polsce całkiem niedawno Zuo Corp. wypuściło linię Zuo Corp. Plus, tańszą, bazową – w odróżnieniu od ostatnich wybiegowych szaleństw. Wcześniej Nenukko. Czarne i białe t-shirty w przystępnych cenach, z dyskretną metką. Żadne z nich nie wpadło jednak na pomysł, by wpychać się z tym na wybieg. Nie mówię, że nie ucieszyłam się z obecności Łukasza Jemioła w Łodzi. Brakowało go tam, naprawdę. I to, co zobaczyłam, naprawdę mi się spodobało. Ale gdybym nie znała cen, mogłabym spokojnie pomylić jego projekty z asortymentem Kappahla na przykład. Katalog, który otrzymaliśmy po pokazie niczym się od takich „kappalowskich” nie różnił. Zamiast „Jemioł Basic” można by spokojnie wpisać „Tylko teraz dwa t-shirty w cenie jednego za jedyne 19,90″ i nikt by się nie zorientował. Nie chcę nikogo obrażać. Stworzenie kolekcji, potem ładnych zdjęć, zorganizowanie pokazu – to wszystko jest okupione ciężką pracą. Po prostu uważam, że Łukasza Jemioła stać na więcej i że wybieg w jego przypadku pozostał po prostu niezaspokojony.

Projektant w którymś z wywiadów żalił się, że nikt o nim nie pisze. No to teraz piszą. Ale nie o linii basic, tylko o tym, że podrobił Roberta Kupisza. Gdy finał pokazu opanował zbiorowy taniec świętego Wita, co i rusz ktoś pokrzykiwał: „Brawo, Robert!”. Miałam wrażenie, że panowie są wielbieni przez tę samą klientelę, a tu taki rozłam! Fajnie by było, gdybyśmy nie dawali się zwariować. Sam fakt, że pokazy Kupisza i Jemioła reżyseruje ta sama osoba (boska Katarzyna Sokołowska, zawsze w słuchawkach, zawsze w pracy) powinien ostudzić ogólne oburzenie. No cóż, trzeba jakoś żyć. W końcu nic tak nie przyśpiesza bicia serca jak kolejna afera na Pudelku.


P.S. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że chyba po raz pierwszy w historii polskiej mody w pokazie brała udział blogerka! To maleńkie stworzenie zdążyło już wrosnąć w branżowy krajobraz. Można ją lubić, można nie lubić. Ja lubię, urzeka mnie swoją dziecinnością kobiety albo kobiecością dziecka. I świadomym zniewoleniem przez modę. Zniewolenie najwyraźniej ją bawi. W każdym razie nie wygląda na pokrzywdzoną. To Jessy Mercedes, oczywiście. Żałuję, że w materiałach prasowych nie znalazłam jej zdjęcia. Linkuję więc. Brawo, Jess!


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Łukasz Jemioł


Fot. Szamot Lyzab

28

paź

Skandal nr 1

Uwielbiam Maldorora. Uwielbiam coraz bardziej. Wbija szpile, coraz większe, a ludzie tańczą dokładnie tak, jak im zagra. I to jest genialne. Wiem, że sporo osób się ze mną nie zgodzi. Nie zgadzając się, także grają pod dyktando mistrza. On tak to wykombinował, że nie da się uciec. Chyba że pominie się całokształt milczeniem. Takim prawdziwym, bez powtarzania co i rusz, że się bojkotuje albo że to niesmaczne. Ok, owszem, rozumiem chyba każde możliwe stanowisko zajęte w sprawie Maldorora. Żadnego nie wyśmiewam, żadnego nie uważam za lepsze czy gorsze. Chodzi mi o pewną refleksję. Jeśli ktoś z całego serca ma ochotę bojkotować Maldorora, niech tego nie rozgłasza na prawo i lewo, bo tylko mu pomaga w całej akcji.

To dość zabawne, bo gdy w czwartek przyjechałam do Łodzi, nie miałam zielonego pojęcia o artykule w SE. Owszem, zastanawiałam się, czy Maldoror wykręci jakiś numer i w jaki sposób wykorzysta do tego Aleję Projektantów. Tymczasem on już ten numer wykręcał (nie piszę, o co chodzi, bo nie chcę, żeby poszukiwacze sensacji trafiali poprzez użyte słowa kluczowe na mój blog – kto chce wiedzieć, ten sobie znajdzie – a o to nietrudno). Jeszcze tego samego dnia wieczorem wykręcił drugi, obwieszczając, że wszystko było prowokacją.

 

„Celebryci rządzą show-biznesem i smutne jest to że nikt nie widzi mechanizmu powstawania takich gwiazd, i nienasyconej żądzy odbiorcy który chłonie każde nowe rewelacje. Znane twarze reklamują, znani są ekspertami, ale nikt nie zastanawia się dlaczego są znani i dlaczego ktoś kto do sławy dochodzi dużymi cyckami nagle mówi nam co mamy ubierać, albo jeść.” – napisał projektant na facebookowym profilu. Polecam przeczytanie całości, bo, choć nie było to moim planem, zdania wyrwane z kontekstu mogą nie dać odpowiedniego poglądu na sprawę.

W sobotę siedziałam obok pewnej celebrytki (której w żaden sposób oceniać nie mam zamiaru), gdy zaczął się pokaz, a światło uparcie nie chciało zapalić, ona zaczęła się na głos denerwować, że nic nie widzi. Idealny gość na pokazie Maldorora, czyż nie? Bo przez kilka minut na wybiegu praktycznie panowała ciemność, tylko dzięki stroboskopowym przebłyskom mogliśmy dostrzec, że coś się dzieje.

 

A działo się nieźle. W pewnym momencie rozpoczął się całkiem normalny pokaz. Choć wciąż się niepokoiłam, czy nie będzie jakiejś spektakularnej końcówki. Ten stan niepewności prawdopodobnie będzie dla projektanta dużym ode mnie komplementem. A może nie? Zastanawiałam się potem, skąd ja to znam. I doznałam olśnienia. Maldoror to Andy Kaufman polskiej mody (jeśli Kaufmana nie kojarzycie, zmieńcie to jak najszybciej! Milos Forman pomoże). Nie będę opisywać, co widziałam. Chyba nie ma na to miejsca w tym tekście. Może tylko jedno. Że jak ma się warsztat, to nawet syntetyki zwane przeze mnie „ceratami” mogą nabrać sensu na człowieku. Pozostałe próby wykorzystania tego typu surowców (zwłaszcza w strefie Off), wywoływały u mnie zgrzytanie zębów (w najłagodniejszym wypadku). Ale o tym innym razem.

P.S. Gdy ktoś decyduje się zamknąć pokaz piosenką „Shine On You Crazy Diamond” Floydów, zdobywa moje serce bez większych problemów. Nie wolno nadużywać tej wiedzy!

 

Maldoror

 

Maldoror

 

Maldoror

 

Maldoror

 

Maldoror

 

Maldoror

 

Fot. Szamot Lyzab

27

paź

Czego nie widać?

Jest taki spektakl autorstwa Michaela Frayna, pod powyższym tytułem właśnie. Wszystko dzieje się w odrwóceniu i zamiast sceny przez  cały czas trwania widzimy akcję za kulisami. Dzięki temu mamy okazję poznać choć trochę tego, co zwykle dzieje się w ukryciu. A często dzieją się takie rzeczy, o których w życiu byśmy nie pomyśleli. Ten kontekst idealnie mi pasuje do dyskusji „Moda polska  vs młoda polska”, która odbyła się w czwartek w ramach Tygodnia Mody w Łodzi z inicjatywy magazynu MaleMan. Prelegentami byli Maciej Zień, Gosia Baczyńska, Marcin Paprocki, Mariusz Brzozowski, redaktor Tobiasz Kujawa oraz… Harel.


Nie wiem, czy taki był cel spotkania, ale przede wszystkim dowiedzieliśmy się, że czwórka naszych projektantów zyskała nie byle jakiego sponsora (nazwa padnie w kolejnych akapitach). Rozmawialiśmy na szczęście nie tylko o tym. Jak wygląda zaplecze pracy projektanta. Ilu lat potrzeba, aby osiągnąć sukces. Jak trudno znaleźć zaufany zespół. I wreszcie – jak utrzymać się na rynku. Nie padły konkretne odpowiedzi, raczej szereg wskazówek. Oraz dość gorzkie, choć niestety prawdziwe słowa na temat sytuacji obecnej. W dobie internetu każdy może być projektantem, dziennikarzem, blogerem, krytykiem. Wystarczy spojrzeć, ile było nas pięć lat temu, a ile jest teraz.


Ogromnie spodobało mi się, co powiedział Maciej Zień o swoich prezentacjach w Paryżu. Przede wszystkim niech Wam się nie wydaje, że Paryż to dwieśce pokazów i kropka. Ich liczba osiąga kilka tysięcy i mityczny Paryż wcale nie gwarantuje światłej kariery (to akurat oczywiste, ale… może nie dla wszystkich?). I ten sam Maciej Zień, który w Polsce znajduje się na piedestale, na którego pokazie co pół roku chcą być dosłownie wszyscy (no, może prawie wszyscy…), we wspomnianym Paryżu słyszy od kupców, że owszem, tworzy interesujące rzeczy, ale niech pojawi się po raz kolejny, potem następny i udowodni, że nie jest jednosezonowym cudem. Niesprawiedliwe? Według mnie fantastyczne. Dlaczego? Nie dlatego, że „tego Zienia” sprowadza się na ziemię. Tylko dlatego, że praca (praca!) projektanta powinna być rzeczą długofalową. Nie ma czasu na osiadanie na laurach. Perspektywy trzeba sobie założyć na sporo lat do przodu. I tu pojawia się problem pieniędzy. Czy mam pisać dalej?


Lokalne sukcesy są ogromnie ważne. Odniosłam wrażenie, że rozmówcy noszą w sobie mniejszy lub większy żal, że nie udało im się na Zachodzie. Ale czy jest to potrzebne? Polska moda jest zjawiskiem stosunkowo młodym (nie piszę teraz o Xymenie Zaniewskiej, Barbarze Hoff, Jerzym Antkowiaku itp.). Mamy mnóstwo do nadrobienia i popadanie w kompleksy nie ma najmniejszego sensu. A coraz częściej jest dobrze, nawet bardzo dobrze (choć obecny Tydzień Mody studzi nieco mój entuzjazm, ale nie wypowiadam się, dopóki nie ogarnę wszystkiego).


Pod koniec pojawił się jeszcze jeden temat. Więszość zainteresowanych marzy o tym, by zostać mitycznym wręcz wielkim kreatorem, natomiast niewielu ma ochotę kształcić się na krawców czy konstruktorów. A tych mamy wciąż za mało. Jak to zręcznie podsumował Tobiasz, sztuka rzemieślnictwa upada. Nie oszukujmy się, wykształcenie, warsztat, ba, nawet talent niekoniecznie zrobią z nas projektanta.  Ponadto, co podkreślali wszyscy twórcy, można tworzyć dla marki, niekoniecznie pod swoim nazwiskiem. Robi tak sporo polskich projektantów, choćby Łucja Wojtala, Berenika Czarnota, Piotr Drzał, a od wielu wielu lat MMC. Choć może oni akurat są kiepskimi przykładami, nazwiska mówią same za siebie.


Mam takie osobiste wrażenie, że wizja życia projektanta dla sporej ilości osób (wciąż!!!) pokrywa się ze scenariuszem serialu „Moda na sukces”. W uniesieniu szkicujemy modele, natchnieni upinamy jedwabie na manekinach, w międzyczasie tworzymy rewolucyjną niegniotącą się tkaninę, a na końcu odnosimy kolejny sukces po kolejnym udanym pokazie. Projektanci poruszyli kwestię pieniędzy. Mimo pozorów mało kto o tym w Polsce mówi otwarcie. Za pokazy się płaci. Normalna sprawa. Ale ile? Tu już szczęka potrafi opaść. Sponsorów da się znaleźć, ale dogadać warunki już niekoniecznie. I tak nagle na środku wybiegu mamy jakiś absurd, samochód na przykład. A w tle reklamę mydła. Współpraca z T-Mobile, którą ogłosili wszyscy pańswo w zeszłym tygodniu, budziła sporo moich wątpliwości. Przede wszystkim zastanawiałam się, na ile swobody będą mogli sobie pozwolić przy produkcji akcesoriów (bo na razie wiemy tyle, że to mają być akcesoria). Akcja jest długofalowa i ma na celu – oprócz tego oczywistego – udostępnienie polskiej mody szerszej publiczności.


Tobiasz zastanawiał się nad całkiem inną rzeczą w związku z tą współpracą. A mianowicie dlaczego T-Mobile nie zdecydowało się wspierać młodych projektantów, tylko „starych wyjadaczy” (z całym szacunkiem, wiadomo). Pani Gosia Baczyńska dość mocno zaoponowała, że młodzi muszą jeszcze sobie zapracować. Myślę, podobnie jak Tobiasz, że byłoby im łatwiej zapracować, gdyby mieli podporę finansową. Maciej Zień zadał konkretne pytanie: ilu młodych zdolnych wybrało się do T-Mobile z pytaniem o możliwość dofinansowania? Tego nie wiemy. On był dwa razy. Udało się.


Do konsensusu nie doszliśmy, między innymi dlatego odczuwam niedosyt. Ale też ogromne zadowolenie i wdzięczność, że mogłam się tam pojawić. Przyznaję, to było coś!
Mam jednak parę uwag i nie zawaham się ich wymienić… Albo wymienię tylko jedną, resztę zostawię dla siebie.


Zabrakło jednego mikrofonu. Dlaczego o tym piszę? Bo skoro do wzięcia udziału zaproszonych zostało sześć osób, to chyba każdy z nich powinien mieć zapewnioną swobodę wypowiedzi. Początkowo my, blogerzy nie dostaliśmy żadnego mikrofonu, potem jeden na spółkę. Dyskusja nawet w tak małym gronie bywa intensywna i trudno się przebić. A gdy próbuje się to zrobić bez technicznego wsparcia, powodzenie jest bliskie zera. Nie podejrzewam, by organizatorzy zakładali obecność lepszych i gorszych prelegentów. Dlatego, tak na następny raz, zadbajcie o to, drodzy Państwo! Poza tym jestem tylko i wyłącznie zadowolona.

harel


harel


Fot. Fashion Philosophy Fashion Week Poland

24

paź

Wszystkie strony Zuo Corp.

Pewnie zauważyliście, drodzy Czytelnicy, że od dłuższego czasu nie publikuję tu właściwie żadnych informacji na temat zagranicznych kolekcji wielkich projektantów. Początkowo chodziło o to, że nie chciałam już zamieszczać zdjęć bez pozwolenia. Bo, choć wszystko wokół daje dowody, że można to robić, to jednak nie można. Chyba że na własną odpowiedzialność. Szczerze mówiąc wolę brać odpowiedzialność za inne sprawy w życiu.
Gdy zastanawiałam się co robić, z delikatną zazdrością obserwując inne blogi, których autorzy nie przejmowali się żadnymi zakazami, okazało się, że lokalnych tematów jest nie mniej niż światowych. Co więcej, lokalne tematy zaczęły regularnie nawiedzać moją skrzynkę mailową, z sezonu na sezon budząc większy zachwyt (w przeważającej liczbie przypadków). A potem zdarzył się cud (bo to wciąż jest dla mnie cudem) i pojawiło się coraz więcej możliwości uczestniczenia w tych lokalnych przedsięwzięciach osobiście (czasem, przy mniejszej frekwencji publiczności, nawet w pierwszym rzędzie, he he).
Wciąż interesuję się tym, co dzieje się poza granicami naszego pięknego kraju, nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Ale raczej nie znajdziecie (już) na tym blogu odcinków serialu pod tytułem „Trendy z wybiegu”. Nie odpowiem Wam na pytanie, co będzie modne jesienią. Nie doradzę, czy do szarych botków można włożyć bordowy płaszcz. Nie rozstrzygnę czy w tym sezonie dwa rzędy guzików w marynarce znokautowały jeden rząd albo na odwrót. Pisałam już kiedyś, że ten blog paradoksalnie pozwolił mi się od mody uwolnić. Ale nie od tej mody, której historię odkrywam z zapartym wciąż tchem. Chodzi o ten dziwaczny jej odłam, który podstępnie nas ubezwłasnowolnia. Zdaję sobie sprawę, że w stu procentach wolna to ja nigdy nie będę. Ale na pytanie: „Co nosić tej jesieni?” odpowiem: „Co Wam się tylko podoba!”.


Miał być krótki wstęp do wątku głównego, poświęconego Zuo Corp., ale moje ego znów musiało wziąć górę. No cóż… Pocieszam się tym, że istnieją w tej dziwacznej branży ludzie ze znacznie bardziej rozbuchanym ego niż moje. Może to jest sposób na przetrwanie? No dobra, do meritum.


Otóż uważam, że Bartek Michalec stworzył jedną z najodważniejszych (jeśli nie najodważniejszą) kolekcji w historii polskiej mody (a przynajmniej tej historii, którą uważnie śledzę). Zrobił coś, czego wielu projektantów chyba się obawia. Skoczył na głęboką wodę, szerokim łukiem obszedł to, co w Polsce jest komercją. Ryzyko spore. Pamiętam, gdy część kolekcji Jungle Gardenia miałam okazję obejrzeć w kwietniu, przy okazji pewnej imprezy. Tych kilka sylwetek natychmiast zmieniło moje dość sceptyczne podejście do marki. Bo nie mam zamiaru ukrywać, jak było jeszcze całkiem niedawno. O ile poprzednio przyczepiłam się do światowości, która jest światowością tylko na polskim podwórku, o tyle teraz… po prostu nie mam się do czego przyczepić. Jungle Gardenia to rzecz, którą bez żadnych kompleksów można by było pokazać na przykład na paryskim tygodniu mody. Albo na nowojorskim. Mediolan i Londyn też by nią nie pogardziły. Te projekty są perfekcyjne. Ponadto układają się w tak piękną i logiczną całość, jakiej nie powstydziłaby się (przepraszam za porównanie, jest totalnie przypadkowe) choćby Miuccia Prada. Ich konstrukcja intryguje na tyle, że postanowiłam wrzucić zdjęcia sylwetek w różnych ujęciach. Tą kolekcją Bartek Michalec udowodnił jeszcze jedno. Że Zuo Corp. ma wiele wymiarów. Dosłownie i w przenośni.


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


Zuo Corp. Jungle Gardenia


FOTOGRAF: Adam Pluciński – MOVE
STYLIZACJA: Alicja Werniewicz
MAKE-UP: Patrycja Dobrzeniecka – AFPHOTO

FRYZURY: Sylwia Kiliś

PAZNOKCIE: Marzena Kanclerska / Nail Spa

RETUSZ: Zbyszek Rudomino / Final Touch

MODELKA: Charlotte T. / Model Plus
PRODUKCJA: zuo corp.

23

paź

Joanna Klimas

Ten pokaz odbył się już dawno. Na tyle dawno, że byłam święcie przekonana, że już o nim pisałam. Jak ogromne było moje zdziwienie, gdy okazało się, że jednak nie! Pozostawił po sobie mnóstwo wrażeń, sporo przemyśleń, choćby na temat naszej gotowości do przyjmowania takiej mody, jaką serwuje nam Joanna Klimas. Pewnego dnia powróciła po sporej przerwie, można by powiedzieć, że po raz drugi postanowiła nas przekonać do czegoś na co – być może – wciąż nie jesteśmy gotowi. Żeby nie być niesprawiedliwą. Nie uważam, że wszyscy jak leci jesteśmy niegotowi. Ale tak jak dawno temu, w zamierzchłych latach dziewięćdziesiątych, gdy oszczędność jej projektów nie została zrozumiana (uogólniam, ale zaraz wytłumaczę, dlaczego), tak i obecne wizje – mam wrażenie – są odczytywane tylko przez nielicznych. Bo oto co słyszę bezpośrednio po pokazie od ludzi, którzy na modzie znać się powinni. „Kto będzie nosił przeźroczyste topy?”. „Baskinki? To już było!”. „Mogła się bardziej postarać, to takie odtwórcze”. Cytuję dosłownie, choć prawdopodobnie nikt tego w słowo pisane nie ujął.

Postanowiłam odnieść się do tych trzech zarzutów. Przeźroczyste topy? Nie chcę iść w banał i pytać, dlaczego do Vivienne Westwood nikt takich pytań nie kieruje. Raczej nikogo już nie szokują dość dobrze widoczne piersi modelek. Owszem, zaadaptować takiej bluzki ani do pracy, ani na wieczór raczej się nie da (chyba że będzie to specyficzna praca albo specyficzny wieczór), ale czy ma być ona wyznacznikiem dobrej lub złej formy projektanta? No błagam…
Baskinka. Była, jest i będzie. Według mnie, personifikując rzeczoną, wyszła z sytuacji obronną ręką. Nie narzucała się, nie deformowała sylwetki, po prostu dyskretnie dawała o sobie znać.
Komentarz o staraniach i oryginalności chyba pominę. Sama należę do grona osób narzekających, jak najbardziej. Coraz częściej daję temu upust na tym blogu (nie wiem czy stety, czy niestety, ale co mam do stracenia?). Sama kilkakrotnie określałam różne kolekcje mianem „odtwórczych”, dopiero niedawno zaczęłam się zastanawiać nad odpowiedzialnością, jaka ciąży na kimś, kto taką opinię wysnuwa. Bo łatwo powiedzieć, trudniej udowodnić.

Dobrze, musiałam się trochę powymądrzać, trochę pozłościć, a teraz do sedna. Mam wrażenie (a przede wszystkim nadzieję), że odczytuję Joannę Klimas tak jak trzeba. Żadnych nadinterpretacji, ukrytych symboli czy znaczeń. Jest to po prostu dobra moda. Taka, jaką chce się oglądać na wybiegu. I taka, którą chciałoby się potem widzieć w sytuacjach bardziej codziennych. Kolekcja jak zwykle jest rozbudowana, przyjemnie było dostrzec znacznie więcej niż zwykle jesiennych elementów (bo to propozycje na jesień i zimę 12/13 – można się pogubić w polskiej interpretacji sezonów, wiem). Niektóre z nich świetnie wpisują w się w kanon aktualnych trendów (nie znoszę słowa…), choć nie podejrzewam projektantki o celowość akurat tego działania (to komplement). Oprócz fenomenalnego połączenia faktur największe wrażenie zrobiły na mnie kompozycje kolorystyczne. Po raz pierwszy byłam w stanie zaakceptować mariaż rodziny zieleni z rodziną fioletów, ba, nawet całkiem mi się spodobał! Absolutny faworyt? Kolorowy płaszcz. Na drugim miejscu pozostaje błękitna krata na śmietanowym tle.

W sumie nawet się cieszę, że relację piszę dopiero teraz. Mam okazję przeżyć pokaz na nowo. A jest co wspominać. Dowód poniżej.


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


Joanna Klimas


fot. AKPA