27

paź

Czego nie widać?

Jest taki spektakl autorstwa Michaela Frayna, pod powyższym tytułem właśnie. Wszystko dzieje się w odrwóceniu i zamiast sceny przez  cały czas trwania widzimy akcję za kulisami. Dzięki temu mamy okazję poznać choć trochę tego, co zwykle dzieje się w ukryciu. A często dzieją się takie rzeczy, o których w życiu byśmy nie pomyśleli. Ten kontekst idealnie mi pasuje do dyskusji „Moda polska  vs młoda polska”, która odbyła się w czwartek w ramach Tygodnia Mody w Łodzi z inicjatywy magazynu MaleMan. Prelegentami byli Maciej Zień, Gosia Baczyńska, Marcin Paprocki, Mariusz Brzozowski, redaktor Tobiasz Kujawa oraz… Harel.


Nie wiem, czy taki był cel spotkania, ale przede wszystkim dowiedzieliśmy się, że czwórka naszych projektantów zyskała nie byle jakiego sponsora (nazwa padnie w kolejnych akapitach). Rozmawialiśmy na szczęście nie tylko o tym. Jak wygląda zaplecze pracy projektanta. Ilu lat potrzeba, aby osiągnąć sukces. Jak trudno znaleźć zaufany zespół. I wreszcie – jak utrzymać się na rynku. Nie padły konkretne odpowiedzi, raczej szereg wskazówek. Oraz dość gorzkie, choć niestety prawdziwe słowa na temat sytuacji obecnej. W dobie internetu każdy może być projektantem, dziennikarzem, blogerem, krytykiem. Wystarczy spojrzeć, ile było nas pięć lat temu, a ile jest teraz.


Ogromnie spodobało mi się, co powiedział Maciej Zień o swoich prezentacjach w Paryżu. Przede wszystkim niech Wam się nie wydaje, że Paryż to dwieśce pokazów i kropka. Ich liczba osiąga kilka tysięcy i mityczny Paryż wcale nie gwarantuje światłej kariery (to akurat oczywiste, ale… może nie dla wszystkich?). I ten sam Maciej Zień, który w Polsce znajduje się na piedestale, na którego pokazie co pół roku chcą być dosłownie wszyscy (no, może prawie wszyscy…), we wspomnianym Paryżu słyszy od kupców, że owszem, tworzy interesujące rzeczy, ale niech pojawi się po raz kolejny, potem następny i udowodni, że nie jest jednosezonowym cudem. Niesprawiedliwe? Według mnie fantastyczne. Dlaczego? Nie dlatego, że „tego Zienia” sprowadza się na ziemię. Tylko dlatego, że praca (praca!) projektanta powinna być rzeczą długofalową. Nie ma czasu na osiadanie na laurach. Perspektywy trzeba sobie założyć na sporo lat do przodu. I tu pojawia się problem pieniędzy. Czy mam pisać dalej?


Lokalne sukcesy są ogromnie ważne. Odniosłam wrażenie, że rozmówcy noszą w sobie mniejszy lub większy żal, że nie udało im się na Zachodzie. Ale czy jest to potrzebne? Polska moda jest zjawiskiem stosunkowo młodym (nie piszę teraz o Xymenie Zaniewskiej, Barbarze Hoff, Jerzym Antkowiaku itp.). Mamy mnóstwo do nadrobienia i popadanie w kompleksy nie ma najmniejszego sensu. A coraz częściej jest dobrze, nawet bardzo dobrze (choć obecny Tydzień Mody studzi nieco mój entuzjazm, ale nie wypowiadam się, dopóki nie ogarnę wszystkiego).


Pod koniec pojawił się jeszcze jeden temat. Więszość zainteresowanych marzy o tym, by zostać mitycznym wręcz wielkim kreatorem, natomiast niewielu ma ochotę kształcić się na krawców czy konstruktorów. A tych mamy wciąż za mało. Jak to zręcznie podsumował Tobiasz, sztuka rzemieślnictwa upada. Nie oszukujmy się, wykształcenie, warsztat, ba, nawet talent niekoniecznie zrobią z nas projektanta.  Ponadto, co podkreślali wszyscy twórcy, można tworzyć dla marki, niekoniecznie pod swoim nazwiskiem. Robi tak sporo polskich projektantów, choćby Łucja Wojtala, Berenika Czarnota, Piotr Drzał, a od wielu wielu lat MMC. Choć może oni akurat są kiepskimi przykładami, nazwiska mówią same za siebie.


Mam takie osobiste wrażenie, że wizja życia projektanta dla sporej ilości osób (wciąż!!!) pokrywa się ze scenariuszem serialu „Moda na sukces”. W uniesieniu szkicujemy modele, natchnieni upinamy jedwabie na manekinach, w międzyczasie tworzymy rewolucyjną niegniotącą się tkaninę, a na końcu odnosimy kolejny sukces po kolejnym udanym pokazie. Projektanci poruszyli kwestię pieniędzy. Mimo pozorów mało kto o tym w Polsce mówi otwarcie. Za pokazy się płaci. Normalna sprawa. Ale ile? Tu już szczęka potrafi opaść. Sponsorów da się znaleźć, ale dogadać warunki już niekoniecznie. I tak nagle na środku wybiegu mamy jakiś absurd, samochód na przykład. A w tle reklamę mydła. Współpraca z T-Mobile, którą ogłosili wszyscy pańswo w zeszłym tygodniu, budziła sporo moich wątpliwości. Przede wszystkim zastanawiałam się, na ile swobody będą mogli sobie pozwolić przy produkcji akcesoriów (bo na razie wiemy tyle, że to mają być akcesoria). Akcja jest długofalowa i ma na celu – oprócz tego oczywistego – udostępnienie polskiej mody szerszej publiczności.


Tobiasz zastanawiał się nad całkiem inną rzeczą w związku z tą współpracą. A mianowicie dlaczego T-Mobile nie zdecydowało się wspierać młodych projektantów, tylko „starych wyjadaczy” (z całym szacunkiem, wiadomo). Pani Gosia Baczyńska dość mocno zaoponowała, że młodzi muszą jeszcze sobie zapracować. Myślę, podobnie jak Tobiasz, że byłoby im łatwiej zapracować, gdyby mieli podporę finansową. Maciej Zień zadał konkretne pytanie: ilu młodych zdolnych wybrało się do T-Mobile z pytaniem o możliwość dofinansowania? Tego nie wiemy. On był dwa razy. Udało się.


Do konsensusu nie doszliśmy, między innymi dlatego odczuwam niedosyt. Ale też ogromne zadowolenie i wdzięczność, że mogłam się tam pojawić. Przyznaję, to było coś!
Mam jednak parę uwag i nie zawaham się ich wymienić… Albo wymienię tylko jedną, resztę zostawię dla siebie.


Zabrakło jednego mikrofonu. Dlaczego o tym piszę? Bo skoro do wzięcia udziału zaproszonych zostało sześć osób, to chyba każdy z nich powinien mieć zapewnioną swobodę wypowiedzi. Początkowo my, blogerzy nie dostaliśmy żadnego mikrofonu, potem jeden na spółkę. Dyskusja nawet w tak małym gronie bywa intensywna i trudno się przebić. A gdy próbuje się to zrobić bez technicznego wsparcia, powodzenie jest bliskie zera. Nie podejrzewam, by organizatorzy zakładali obecność lepszych i gorszych prelegentów. Dlatego, tak na następny raz, zadbajcie o to, drodzy Państwo! Poza tym jestem tylko i wyłącznie zadowolona.

harel


harel


Fot. Fashion Philosophy Fashion Week Poland

4 myśli nt. „Czego nie widać?

Dodaj komentarz
  1. Gość: Z, 87-207-209-73.dynamic.chello.pl

    Tak się składa, że wielu młodych projektantów stara się o sponsorów, nawet takich jak t-mobile. Problem w tym, że jeśli firma nic z tego nie ma, olewa nawet największe talenty, które z palcem w nosie mogłyby zająć miejsce takiego Zienia. Ale o czym ja mówię, nawet nazwisko niczego nie gwarantuje, to jak mają się przebić młodzi, nieznani. Będąc asystentką znanej polskiej projektantki, starając się o sponsora wielokrotnie byliśmy olewani, bo nie chcieliśmy na naszych pokazach samochodu na środku wybiegu i celebrytek w pierwszym rzędzie. Biznes, tu nie ma miejsca na sentymenty.

    Odpowiedz
     
  2. Gość: Knitted Republic, public88080.cdma.centertel.pl

    Okej, mądrze piszesz – zgadzam się. Może zacznijmy od tego, że w Polsce brakuje krawieckiego rzemiosła – może i tak, bo właśnie każdy chce być drugim Diorem albo co najmniej Ackermannem. Nie łudźmy się – Polska to nie kraj, który stanie się centrum światowej mody, więc czemu by nie wykorzystać naszych atutów i zdobywać niszowe rynki – może ten dzianinowy…. stać się polskim Vince? Jest Jemioł, są Nenukko. Kwestia tego, co kto chce osiągnąć. Po drugie, to że T-Mobile sponsoruje „wyjadaczy” to nic dziwnego… nisko ryzykowna inwestycja. Szukają, czegoś, co ma swoją pozycję na rynku. Może i promowanie młodych i odkrywanie świeżych talentów w przyszłości, by zaoowocowało, ale może też nie, więc po co skakać na głęboką wodę? Po trzecie, Fashion Philosophy największa modowa impreza w Polsce… a czemu nie pokazują tam nasi „najwięksi” kreatorzy?

    Odpowiedz
     
  3. Gość: Ewelina, host-89-230-201-225.lublin.mm.pl

    Ci, którzy obserwują branżę mody, a nie mieli okazji jej de facto dotknąć, powąchać, zrozumieć, przekonani są, że zawód projektanta to laury, opływanie w luksusach i artystyczne uniesienia. Tak naprawdę, to jeden z wielu zawodów. Wyjątkowy, jak każdy inny. A już na pewno oznacza więcej wypruwania sobie żył i rwania sobie włosów z głowy niż ukłonów i oddawania czci. Naszym krajem targają wciąż nieokrzesane wiatry stereotypów, z którymi nadal ciężko walczyć, ponieważ statystyczny Polak bardzo mało wie o arkanach świata mody. I notabene- to nie jest jego wina.
    Jeżeli chodzi o karierę zawodową, to ambicja awansu tkwi w każdej branży. Wciąż mówimy, że Polska pęka w szwach od bezrobotnych magistrów, a brakuje dobrych fachowców. Rzemiosło upada na każdym szczeblu. Teoretycznie, dobrze to o nas świadczy, bo mierzymy wysoko, ale pozostaje nienasycona praktyka. Musimy zacząć myśleć o życiu codziennym, faktycznym stanie gospodarki. Wcześniej czy później, będziemy zmuszeni do zejścia z piedestału aspiracji i pomyślenia o przyziemnej zawartości naszego garnuszka.

    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
     
  4. Gość: kelly, 98-72.echostar.pl

    No właśnie, pomyślałam dokładnie to, co napisała Ania – wyjadacze to najlepsza inwestycja, bo o dużo niższym ryzyku, niż mniej znane nazwiska. O Zieniu słyszał pewnie każdy, a np. o Drzale? Tylko bardziej zainteresowani.
    Mam nadzieję, że debata będzie gdzieś online, chciałabym jej wysłuchać. Nawet, jeśli dzieliliście z Tobiaszem mikrofon..może to miał być wspólny, blogowy głos ;)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *