Miesięczne archiwum: Październik 2012

19

Paź

Picto!

Zbieram się do tego wpisu już od kilku dni. Ale może nawet dobrze się składa, że padło na dziś. Bo im dłużej przyglądam się tym zdjęciom, tym bardziej mi się podobają. W roli głównej występują produkcje Basi Chrabołowskiej, założycielki marki B Sides (pisałam o niej tutaj). Produkcje w odsłonie jesiennej, zebrane pod wspólną nazwą Picto (skąd nazwa, pisałam z kolei tutaj). W poniedziałek w warszawskiej Modernie odbyła się prezentacja poniższych zdjęć. Format był, rzecz jasna, znacznie większy, a tłum gości nieco utrudniał dokładne oględziny (choć uroczy był to tłum i bez niego sobie imprezy nie wyobrażam). Pośród tłumu stała skromna osoba autorki dzianin, spowita w jedną z tychże – będąca tym samym najlepszą swoją modelką. Spotkałam Basię może trzy razy w życiu i za każdym razem miała na sobie swój projekt. Czy muszę dodawać, że za każdym razem wyglądała tak przekonująco, że machinalnie sięgałam do portfela, by kupić sobie dokładnie to samo (choć nie zawsze były ku temu sprzyjające warunki)? Nie inaczej stało się tym razem.
Jeśli chodzi o samą sesję, czy muszę cokolwiek pisać? Coraz częściej, gdy mam okazję prezentować tu fantastyczne zdjęcia, stwierdzam, że one się same opiszą (czy też obronią). Że moja osoba jest w tym zbędna. Może tylko jedno skojarzenie fantastycznego Feco, które oszczędnym ażurom w nowoczesnej formie nada nieco humoru (żałuję, że to nie ja na to wpadłam!). Marysiu!!!


B Sides Picto


B Sides Picto


B Sides Picto


B Sides Picto


B Sides Picto


B Sides Picto


B Sides Picto


zdjęcia: Jacek Kołodziejski
modelki: Marzena Pokrzywińska, Dominika Zięba (Dodo)/D’Vision
produkcja: Sara Marcysiak

włosy: Kasia Zalewska
makijaż: Paweł Bik
miejsce: Syreni Śpiew




14

Paź

Nohate Syndicate

T-shirtów nigdy dość. Też tak macie? W moim przypadku to druga rzecz najłatwiejsza w noszeniu (zaraz po sukience). Jak już kiedyś pisałam, nie stylizuję się (już nie), tylko najzwyczajniej w świecie ubieram. Koszulka z napisem w połączeniu z dżinsami to wciąż jedna z moich ulubionych kombinacji. Przy okazji, taki t-shirt to najłatwiejszy sposób na… wyrażenie siebie? Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, coś w tym jest. Przekazuję swoje gusta muzyczne, sprowadzone do najprostszych słów poglądy, styl życia, czasem poczucie humoru (bo podobno posiadam). Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązania to żadna nowość (zainteresowanym polecam zapoznanie się z twórczością Katharine Hamnett – nawet jeśli wydaje Wam się, że nie wiecie, o co chodzi, to wiecie całkiem dobrze, o ile znacie teledysk „Wake me up” zespołu Wham!). Ale wciąż mnie kręcą. Być może dlatego, że pomysły na t-shirty nigdy się nie kończą. Dziś chciałabym podzielić się z Wami moim najnowszym odkryciem: polską marką Nohate Syndicate. Zamiast opisywać, co widzę, postanowiłam podpytać co i jak żeńską połówkę syndykatu, Monikę Madej. Oto, co z tego wyszło.


Skąd pomysł na stworzenie sklepu z t-shirtami? I to w momencie, gdy Polska jest dosłownie zalewana tego typu przedsięwzięciami? Co Was wyróżnia? 
Ostatnio wraz z moim chłopakiem mieszkałam prawie pół roku w Azji, gdzie miałam okazję poznać wielu inspirujących ludzi i wspaniałych młodych artystów, którzy często swoją sztukę przenosili właśnie na t-shirty po to, by była przystępna – dla każdego. Było w tym sporo magii bo przecież widziałam wcześniej t-shirty z ciekawymi nadrukami, natomiast dopiero te zrobiły na mnie takie wrażenie. O wiele bardziej przemyślane, każdy tworzony z taką pasją jak obraz czy rzeźba. Zaprzyjaźniliśmy się z chłopakiem, którego t-shirty były dość popularne w Tajlandii i Singapurze – prowadzi tam swoją markę Enemies. Kilkanaście z nich pozwolił nam zabrać do Polski i sprzedać. Tak też zrobiliśmy. Rozeszły się w ciągu jednego dnia podczas Fashion Week Poland.
Postanowiliśmy wtedy, że sami stworzymy projekt, w który włożymy całe serca, tak jak nasz przyjaciel z Tajlandii (który często pomaga Nam przy projektach retro) i że będą to właśnie t-shirty. Łączymy zresztą projekt biznesowy ze swoimi przekonaniami. Od wielu lat aktywnie uczestniczyłam w akcjach Amnesty International i tym samym postanowiliśmy, że z każdego t-shirtu część zysku będziemy odprowadzać na rzecz tej organizacji. Podobnie zresztą z procentem podatku, co robiliśmy w poprzednich latach.
Uważam, że T-shirty to na tyle uniwersalny i wygodny produkt, że pasuje każdemu. Prostota, mocny nadruk i świetna jakość to coś, co Nas charakteryzuje. Dzięki szerokiej gamie projektów każdy może znaleźć coś dla siebie w jednym miejscu, czyli w naszym internetowym sklepie – od hipsterskiego nadruku poprzez zadziorne i często kontrowersyjne obrazki aż po delikatne pin-up girls. W naszych projektach pojawiają się też często oldschoolowe plakaty filmowe, komiksy, retro grafiki oraz szokujące slogany. Jacek z kolei inspiruję się sztuką więzienną i projektami tatuaży – przy tworzeniu swoich nadruków współpracuje ze swoim bratem i brazylijskim artystą grafikiem. Wiele inspiracji pochodzi też z pop kultury- szczególnie z oldscholowych reklam oraz filmów.



Czy wszystkie marki zostały stworzone specjalnie dla sklepu Nohate i można je znaleźć tylko tam?
Tak, każda z marek ma swój klimat i cechuje się charakterystyczną dla siebie tematyką i została stworzona specjalnie dla sklepu NOHATE SYNDICATE. Rozpoczynając od mocnych sloganów w Porn Corn, przez komiksy w Blue Gorilla, superbohaterów w stylu retro w Dr. Peacocku, retro grafiki w NOHATE SYNDICATE, zabawne aranżacje logo znanych projektantów w Serendipity, pin-up girls w Bunny& Juice. Kolejnymi motywami są plakaty filmowe (vintage) w Jimy Jazz, wariacje projektów tatuaży w Jail House, inspirowane filmami gore straszne obrazki w La Bimba Di Satana oraz sprośne nadruki w Little Slut Daisy. W chwili obecnej pracujemy z zaprzyjaźnionymi grafikami nad wieloma kolejnymi projektami które mają rozłożyć naszych odbiorców na kolana. Docelowo planujemy też dystrybucje t-shirtów znanych marek tj. De Puta Madre oraz Ed Hardy.



Czy jesteście otwarci na współpracę z nowymi artystami? Co trzeba zrobić, żeby Was zainteresować?
Na współpracę jesteśmy bardzo otwarci – już niedługo swoje projekty pokaże u Nas znany Polski tatuażysta oraz popularna blogerka (na razie nie chcemy zdradzać szczegółów). Co nas interesuje – zdaje mi się to, że to proste – świetne pomysły, zaangażowanie. Czekamy na maile od osób zainteresowanych współpracą.



Czy można Was kupować stacjonarnie?
Jak na razie nie mamy własnego punktu stacjonarnego, można odnaleźć nas w kilku sklepach w Polsce – głównie jednak sprzedajemy t-shirty na www.noh8.eu oraz na Banana Jack.

W najbliższym czasie natomiast można Nas odwiedzić na SHOWROOM podczas Fashion Week Poland w Łodzi (24-28.10.2012) oraz podczas Wrocław Fashion Meeting (10.11.2012).


Nohate Syndicate


Zdjęcie: Nohate Syndicate

10

Paź

Musisz je mieć!!!

Nie mam zamiaru ściemniać, że będę dziś pisać o najmodniejszych butach sezonu, które zakupił (albo dostał, licho wie) Brad Pitt. I tak nikt mi nie uwierzy. To znaczy… W Brada Pitta uwierzyć dość łatwo, w sieci krążą jego zdjęcia, obutego (a jakże!) w te precjoza. Chcę napisać coś zupełnie innego. Nie ma czegoś takiego jak ładne zimowe buty. Bardzo mi przykro. Co najwyżej mogą być popularne.
Na przykład paskudne UGG, w których nawet Kate Moss nie wygląda dobrze albo Mukluki, które na szczęście w Polsce się nie przyjęły (choć amerykańscy naukowcy dopatrywali się w nich następców UGG). Wolę nie wspominać o Moon Bootsach, bo w nich jeden krok dla człowieka stanowi wręcz dwa wielkie kroki w tył dla ludzkości. Rzeczywistość stawia przed nami wyzwania, a my musimy im sprostać. Polska zima nie pozwala nam być modnym. I, szczerze mówiąc, gdy temperatura spada poniżej zera, myśl o modzie schodzi u mnie nawet nie na drugi, a na jakiś trzeci czy czwarty plan. Już kiedyś pisałam, że zimą bliżej mi do któregoś z bohaterów „Fargo” niż „Śniadania u Tiffanny’ego”. I podziwiam każdego, kto potrafi wyglądać inaczej.
Czasownik „musisz”w tytule został użyty z przymrużeniem oka (ponieważ od maja bieżącego roku nie używam tu emotikon, to może nie być jasne – ech… co za czasy tak swoją drogą…). Jednak jeżeli zimą ponad wszystko pragniesz ciepła (zwłaszcza w okolicach stóp), to rzeczywiście musisz je mieć. Jestem szczęśliwą użytkowniczką pary Soreli od jakichś dwóch lat i przyznaję – teksty o wytrzymałości, jakości i odporności na niskie temperatury nie są żadną ściemą. Ponadto jeśli zdecydujemy się przeboleć wydatek z przekonaniem, że kupujemy buty, które nigdy nie będą modne, ale za to ciepłe, ponosimy je sobie spokojnie przez wiele lat, nie oczekując niemożliwego.

P.S. To NIE jest tekst sponsorowany. Podczas jego pisania nie ucierpiała żadna para butów ani moja blogerska moralność.


buty sorel apia


buty sorel apia


buty sorel apia


buty sorel apia buty zimowe


buty sorel apia buty zimowe


Zdjęcia: materiały prasowe Sorel

9

Paź

Kloszard w pilotce

Jest urocza, wybiera nieco za duże spodnie i nosi się na szaro. A pod wieloma warstwami luźnych ubrań skrywa kobiecą sylwetkę. Ma w nosie proporcje, doskonałą fryzurę czy magnetyczny makijaż. Pewnością siebie bije na głowę niejedną dziewczynę, która stara się za bardzo. A że na pierwszy rzut oka niekoniecznie przekonuje do siebie mężczyzn, to już ich sprawa, nie jej. Zwłaszcza że, koniec końców, po drugim spojrzeniu nie są w stanie oderwać od niej wzroku.
Tak sobie, proszę Państwa, wizualizuję bohaterkę jesiennej kolekcji Wioli Wołczyńskiej. Po części jest takim uroczym kloszardem, po części damskim odpowiednikiem Charliego Chaplina. Spokojnie mogłaby usiąść za sterami którejś z maszyn autorstwa Howarda Hughesa, nie wzbudzając przy tym niepokoju pasażera. 
Oto, co się dzieje, gdy ducha sportowego cofnie się o kilka dekad. Niektóre sylwetki wydają się znajome, lecz po bliższych oględzinach stwierdzamy, że to tylko pozory. Wiola Wołczyńska sięgnęła do nieco zapomnianych (przynajmniej przez samą siebie), grubszych i cieplejszych tkanin. Obecność opływających sylwetkę dżersejów pozostała odnotowana, ale to wełna gra główną rolę. Tweedowe surduty, wełniane spodnie i płaszcze pełne są detali, które pozwalają odróżnić je od tych z dalekiej przeszłości. Swoją formą deformują nieco sylwetkę (widoczne jest to zwłaszcza w przypadku spodni), ale zamiast kurczowo trzymać się reguł wyznaczonych przez nieomylne poradniki dobrego stylu, można potraktować je jako wyzwanie.
Mam nadzieję, że po obejrzeniu tych zdjęć nikt nie będzie miał wątpliwości, że w Polsce powstają prawdziwe jesienne kolekcje – przygotowane właśnie na jesień, a nie na upalne lato.


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Wiola Wołczyńska


Fot. P. Stoppa

7

Paź

Anna Pitchouguina

Czekałam właśnie na taki ponury dzień, by móc opisać tę kolekcję. Dlaczego? Bo niesie w sobie sporo cech, które pozytywnie kojarzą mi się z jesienią, choć za tą porą roku nie przepadam. Pozwolę sobie użyć wyświechtane do granic możliwości sformułowanie: „złota polska jesień” – czasem można, zwłaszcza gdy ma rację bytu. To po pierwsze. Faktury: mięsiste aplikacje, żakardy, wełniane sploty połączone w zaskakująco spójną całość – to po drugie. A do tego nadruk pełen zdjęć, budzący wspomnienia z dzieciństwa, obowiązkowo zilustrowane odgłosem grającego radia – tak, to po trzecie.
Sentymentalne – to było pierwsze słowo, jakie przyszło mi do głowy podczas oglądania jesiennych propozycji Anny Pitchouguiny w Łodzi. Trochę retro, ale bez zbędnej przesady. Z pomysłem. Gdy patrzę na zdjęcia, dochodzi do mnie jeszcze jedna rzecz. Subiektywna, oczywiście. Mam wrażenie, że to najlepsza kolekcja ze wszystkich dotychczasowych dzieł projektantki. Nie to, że poprzednie były złe. Po prostu ta miała, jakby to zgrabnie ująć, swój początek i koniec. A w środku treściwe, ale też niezwykle bogate rozwinięcie.
Mniej kobieco, bardziej dziewczęco – kolejny klucz, którym odczytuję poniższe modele. Choć sporo tu czarnych przeźroczystości, które w pierwszej chwili zawsze niosą w sobie moje ukochane określenie „seksi”, w zestawieniu z wysoko zabudowanymi swetrami czy asymetrycznie ciętą żakardową górą skłaniają się w stronę słodkiej niewinności. W osiągnięciu tego efektu pomagają kokardy i okrągłe kołnierzyki.
Czy mam coś jeszcze do dodania? Chyba tylko jedno. Szkoda, że tak rzadko mamy okazję widywać te ubrania w akcji. Może zbyt słabo się przyglądam, ale nie dostrzegam Pitchouguiny w polskich magazynach o modzie. Może Wy macie bardziej wprawne oko, drodzy Czytelnicy. Jeśli się pojawia, tego akapitu nie było.


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Pitchougina Fashion Week Poland


Fot. P. Stoppa

5

Paź

Zmierzch blogów?

Wpadłam na ten górnolotny tytuł i wcale nie jestem pewna, czy ja pierwsza. Trudno, niech zostanie, pasuje do mojego dzisiejszego nastroju. Wspominam sobie czasy, w których co rano z niecierpliwością otwierałam ulubione blogi, by sprawdzić, czy pojawiło się coś nowego, zapisywałam zdjęcia w folderach z inspiracjami, a czasem gnałam do sklepu, by chociaż obejrzeć to, co pokazała na sobie któraś z blogerek. Zazdrościłam sukienek Cherry Blossom Girl, kolekcji butów Agathe ze Style Bytes, paryskich łupów Betty (tę kieckę wciąż mogłabym przygarnąć). Ponadto, miałam w pamięci większość zdjęć Scotta Schumana czy Garance Dore (a tak przy okazji, pamiętacie, drodzy Czytelnicy to zdjęcie?).
Nie martwcie się, nie będę pisać, jak to kiedyś było fajnie, bo blogów było mało, a teraz jest beznadziejnie, bo narosło ich za dużo. Niech sobie rosną, niech powstają nowe, na szczęście nie mamy obowiązku ogarniania ich wszystkich. Ja ogarniam coraz mniej. Nawet te kiedyś ulubione obecnie odwiedzam może raz w miesiącu albo i rzadziej. Mam jednak kilka takich, które wciąż budzą moją ciekawość. O poniższych chyba nigdy wcześniej tu nie pisałam, więc nadrabiam.


Eveline Fashion Diary – mistrzyni wcielania w życie nawet najtrudniejszych zjawisk z wybiegów przy tylko delikatnym nadwyrężaniu portfela. Dobrze wie, w co inwestować, a co sobie odpuścić. Efekty są według mnie oszałamiające. Choć autorka jest Polką, wygląda jak obywatelka świata. I umie nosić czerwoną szminkę jak mało kto!


Raspberry and Red – jeśli znacie kogoś skromniejszego od Weroniki, dajcie znać. Przy tym, co osiągnęła, mogłaby bez problemu zostać ekspertką od wszystkiego i wyskakiwać z każdej lodówki, tymczasem ona dalej robi swoje i ma do tego dystans, o który nie podejrzewałabym siedemnastolatki. To dość zabawne, że dopiero wyróżnienie przez brytyjską edycję Elle spowodowało, że została zaproszona do studia telewizyjnego (zwłaszcza że polskie Elle pisało o niej już dwa lata temu), ale tak to już widocznie jest…


Lucy Laucht – a tu mam z kolei mistrzynię spódnic – tej części garderoby, której nie noszę od stu lat. No dobra, może od pięciu. Lubię klimat jej zdjęć i mile zaskakujące stylizacje. Jedynym minusem bloga jest słaba częstotliwość dodawania wpisów. Z drugiej strony zmusza to do przeglądania archiwum, co stanowi kolejną przyjemność.


Modologia – bo lubię nie tylko pisać, ale też czytać. A na Modologii zawsze jest coś do poczytania. Co więcej, raczej szybko o tym nie zapomnimy, bo kolejne wpisy zmuszają do przemyśleń. I wcale mi nie przeszkadza, że używamy tego samego szablonu. W końcu – jeśli o platformę Blox.pl idzie – nie mamy zbyt dużego wyboru. Sześć lat temu wybrałam najmniej brzydką grafikę i tak już zostało. Prawdopodobnie autorka uczyniła tak samo.


Poniżej Weronika z Raspberry and Red na moim ukochanym zdjęciu.


Raspberry and Red


Zdjęcie: Raspberry and Red