Miesięczne archiwum: Grudzień 2012

20

gru

All About Shoes w sieci!

O butiku All About Shoes pisałam tu jakiś czas temu. Nie mam zamiaru się powtarzać. Wciąż jest fantastyczny, ale od niedawna wreszcie można w nim kupować przez internet. Asortyment powoli, lecz konsekwentnie się powiększa. Warto pamiętać, że to właśnie tam po raz pierwszy w Polsce pojawiła się choćby marka Mellow Yellow. Obecnie dostępne są m.in. baleriny Bailarina by Ska, które według różnych źródeł są jednymi z najwygodniejszych na świecie. Cieszy mnie obecność sztybletów. Odnoszę wrażenie, że chyba odnalazłam ideał (na ostatnim zdjęciu). Przypomniałam też sobie o dawnym marzeniu: botkach motocyklowych. Oglądam te buty i nie mogę się napatrzeć. Więc dziś, wybaczcie, notka pełna zachwytu. Tematów do skrytykowania i tak ostatnio jest wiele, więc warto zrobić miłą przerwę.

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: All About Shoes

19

gru

Mozcau w innym klimacie

„Nie bójcie się swoich marzeń” – powiedziała Mickey Wyrozębska poniekąd podsumowując krótką opowieść, którą zafundowałam mojemu ukochanemu szczęśliwemu człowiekowi, gdy podczas niedzielnego Santa Klaus Market staliśmy w otoczeniu ubrań Mozcau. Trochę o tym, jak się zaczęło, trochę jak się rozkręciło, a przede wszystkim pokazie na Swahili Fashion Week w Dar es Sallam w Tanzanii. Na początku grudnia kolekcja ujrzała jasne światło dzienne, tak odmienne od serwowanego nam obecnie przez leniwe słońce. Została odebrana entuzjastycznie, co wcale mnie nie dziwi. Była zwarta, dobrze przemyślana, a przede wszystkim całkowicie w stylu Mozcau, który od początku rysuje się dość wyraźnie. Znajome tuniki, tym razem w czerni, zostały ozdobione afrykańskimi sentencjami. Każda z nich ma swój numer i właśnie te numery najbardziej mnie rozbroiły (choć z drugiej strony z numerami lepiej nie igrać, przykład pewnych polskich perfum to potwierdza, ale o tym innym razem). Po raz drugi w życiu jestem w stanie zaakceptować złoty nadruk. Ba, zaakceptować to delikatnie powiedziane. Przygarnąć i nosić – bez obaw. Pierwszy raz dotyczył pradawnej kolekcji Ani Kuczyńskiej, której internet zdaje się nie pamiętać. Ale weterani młodej polskiej mody pamiętają z pewnością. Powracając do Mozcau, widzę tu sporo sprawdzonych trików. Dobrze to i źle jednocześnie. Dobrze, bo przyzwyczailiśmy się do czegoś i wiemy, na co możemy liczyć. Źle, bo nawet najgenialniejsza formuła może się w pewnym momencie przejeść. Mnie się nie przejadła i wcale nie jestem pewna, czy kiedykolwiek inny stan nastąpi. Ale poszukiwacze nowych doznań mogą być nieco rozczarowani. Na szczęście projektantka nie ma ambicji zadowolenia wszystkich. Jest sobą i widać to za każdym razem.

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Mozcau

 

 

Mozcau

 

Mozcau

 

Zdjęcia: Mozcau

17

gru

Remanent

A gdybyś mogła zaprojektować swój idealny t-shirt? Pytanie padło wiosną tego roku. Jakkolwiek banalne nie byłoby sformułowanie „idealny t-shirt” (bo nadużywane, wyświechtane do granic możliwości, zaraz obok „idealnej małej czarnej” czy „idealnego klasycznego trencza” brrrrr!), tryby mojej wyobraźni ruszyły i nie dało się ich zatrzymać. Nie wiedząc właściwie nic, oprócz tego, że w pomysł zaangażowanych zostało kilka blogerek i że do dyspozycji mamy belę białej bawełny wyprodukowanej w Łodzi, zasiadłam do pracy. Nie zaprojektowałam go, bo projektować nie umiem i daleka jestem od ambicji zostania projektantką (zwłaszcza że niedługo już wszyscy będą projektantami, a ja nie lubię być jak wszyscy). Po prostu go wymyśliłam. Narysowałam w programie graficznym, którego nazwy nie pomnę, krzywą kreską za pomocą niezbyt precyzyjnej myszy. Twór opisałam dokładnie, żeby było wiadomo, że to ubranie, a nie głowa psa na przykład (to nie żart). Interpretacja obrazka przez profesjonalistów rozbroiła mnie kompletnie. W pozytywnym sensie. Oto któregoś pięknego dnia w skrzynce mailowej znalazłam zdjęcie gotowej koszulki – dokładnie takiej, jaka miała być. Prostej, z raglanowymi rękawami, dwuwarstwowej (bo do szału mnie doprowadzają te przeźroczyste t-shirty, które ktoś śmie nazywać białymi). Takiej, którą chciałabym mieć natychmiast. Zresztą… po co miałabym wymyślać coś, czego nie chciałabym mieć? Jestem pewna, że podobna idea przyświecała Agatiszce, Anio, Jadze, Helenie, Pani Mruk i Venili. A wszystko to stało się pod wspólną nazwą Remanent.

 

Ekipa Remanentu mocno podkreśla, że jest to projekt w stu procentach łódzki. Od pomysłu, który wykluł się w Łodzi, przez surowce produkowane w jednej z łódzkich dziewiarni, aż po wykonanie – w łódzkiej szwalni, rzecz jasna. Miałam okazję znaleźć się tam w poniedziałek, razem z Agatiszką. Efekty spotkania zostały uwiecznione na zdjęciach. Po wymianie setki chyba maili wreszcie poznałam rozentuzjazmowanych sprawców zamieszania. Z takim podejściem mogą zajść daleko. Otwarci, ambitni, ale też rozsądni. Być może zabrzmię, jakbym miała trzydzieści lat więcej niż mam, ale uważam, że Łódź potrzebuje takich ludzi. Z niezwykłą energią wkraczają w przemysł tekstylny, który (tak się mówi) najlepsze lata ma już dawno za sobą i tym samym wnoszą coś nowego, jakąś świeżość, może też nadzieję. Nie śniło mi się nawet, że będę mogła w czymś takim choć po części uczestniczyć.

 

A teraz konkrety. Sklep Projekt Remanent właśnie ruszył. Koszulki każdej z nas powstały w liczbie dwudziestu egzemplarzy i w jednym (na razie) uniwersalnym rozmiarze. Co będzie dalej? Choć projektować wciąż nie chcę, jeśli ujrzeniu swojego dzieła zawsze towarzyszy taka satysfakcja, to chętnie wymyślę coś jeszcze. A dzielnej ekipie gratuluję z całego serca.

 

Remanent Harel Agatiszka

 

Remanent Helena Anio

 

 

Remanent Helena

 

 

Remanent Agatiszka

 

Remanent Harel

 

Remanent Harel Agatiszka

 

Remanent Harel Agatiszka

 

Remanent Harel Agatiszka

 

Fot. Agatiszka (pierwsze zdjęcie), Bianka Kiełbasa.

12

gru

I Wool Love You

Chciałam pisać o wiośnie. Na przykład powrócić do łódzkich pokazów. Albo pokazać Wam świeżutkie lookbooki polskich marek na przyszły sezon. Ale sezon wydaje się tak daleki, zwłaszcza teraz, gdy zaczęłam bardziej dbać o komfort cieplny niż wygląd, że nie mam chyba wyboru. Zimę trzeba czym prędzej zaakceptować i, choć bywa to trudne, polubić. Jednak gdy oglądam takie zdjęcia, jak ta sesja Robotów Ręcznych (tak, robotów, nie robót – choć nie egzekwuje tej formy chyba nikt) przedstawiająca zimową kolekcję „I Wool Love You”.


Grube sploty i warkocze mieszają się z włochatym moherem i uroczymi detalami. Niemal wszystko pozostaje w gamie szarości, dodatkiem jest krem i czerń. Melanż, łączenie technik dziewiarskich, łatki na łokciach i dziergane napisy. Wprawdzie zmieniłabym słowa na swetrze z „You and me and the cat” na „You and me and the dog”, ale to taka osobista uwaga (Myszon, nie gniewaj się! – a tak przy okazji, Myszon to ten piękny puchaty model na zdjęciach). Swetry – wybór ogromny. A oprócz nich szaliki, czapki, szorty (odważne, ale tak piękne, że kuszą strasznie) skarpetki oraz biżuteria. Idealne na gwiazdkowy prezent, czyż nie?


Sama sesja jest tak piękna, że już od kilku dobrych tygodni oglądam ją i nie mam dość. Jestem pewna, że mnie zrozumiecie.


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Roboty Ręczne


Photos: Monika Witowska
Model: Aleksandra Stęplewska / Avant Models
Make up: Karolina Rawa
Concept and styling: RR x Ewelina Gordziejuk


11

gru

ReBell be unique

Na przystojniaka w czapce z napisem „Hi Mom” wpadałam dość często. A to na jakiejś warszawskiej imprezie, a to w Łodzi. Jeśli nie na żywo, to w sieci. Czapka dość szybko oderwała się od właściciela i zaczęła wieść osobne życie, co dokumentowane jest skrupulatnie na blogu Say Hi Mom. A rzeczony właściciel zaczął się rozkręcać i tak stosunkowo niedawno powstała nowa marka ReBell be unique. Jak się okazało, zainspirowana Nowym Jorkiem, lecz jednocześnie mocno osadzona w realiach polskich. Polskie materiały, polska produkcja (czapki szyje niestrudzona pani Ewa, która dba o każdy szczegół – żadna tam masówka). Wraz z nadejściem zimy biało granatowe bejsbolówki zostały zastąpione przez bawełnianą dzianinę. Forma jest dość prosta, można by rzec – typowa czapka. Tylko ja takiej typowej czapki potrafię szukać miesiącami (potem niemal natychmiast ją gubię, ale to osobny temat, niekoniecznie do chwalenia się…). Napis „Hi Mom” pozostał, zresztą pojawia się też w różnych konfiguracjach graficznych na t-shirtach. Ale wkrótce ma go zastąpić coś nowego. Ponieważ Rebell będzie się nieustannie zmieniać. Ostatnio światło dzienne ujrzały efekty współpracy z Dirty Swag: porcja zimowych czapek z naszywką oraz bluz ozdobionych jaskółkami (słowa „Hi Mom” na razie wciąż obecne). Ceny wahają się od 49 zł za podstawowy model czapki do 120 zł na bluzę Dirty Swag. Więc jest dobrze. Kupić można przez Facebooka albo w warszawskim sklepie Madoxa przy ul. Solec 111. A w najbliższą sobotę także na Moustache Warsaw. Czekam z niecierpliwością na rozwój marki i więcej różnorodnych modeli.

 

Poniżej fragment zimowej sesji „Warm it up with Rebell”. Jestem w stu procentach pewna, że głowy tym państwu nie zmarzną.

 

ReBell

 

 

ReBell

 

Zdjęcia: Rebell
Scenografia; Arkadiusz Frydryszewski
Makijaż: Vera
Modele: Adrianna Kochańska, Robert Ryzek.

9

gru

Off Fashion Kielce

Mogłabym tu napisać, że przez ostatni tydzień dochodziłam do siebie po konkursie Off Fashion w Kielcach i obejrzeniu w jeden wieczór stu konkursowych kolekcji. Ale po co udawać? Wyszło jak wyszło, najważniejsze, że wreszcie mam czas o tym wszystkim napisać. Jak było? Tu też nie mam zamiaru udawać. Oficjalnie słychać było opinie, że poziom w tym roku był najwyższy od lat. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, bo w Kielcach byłam po raz pierwszy. Ale jeśli to prawda, to jestem nieco przerażona. Nie zrozumcie mnie źle, kilka kolekcji było naprawdę świetnych (o ile da się ocenić jakąkolwiek kolekcję na podstawie czterech sylwetek), ale większość… No cóż… Albo nie rozumiem mody, albo czegoś nie wiem, albo mam spaczony gust (tylko błagam, bez łacińskich sentencji na temat gustu, bo zwariuję).


Może od początku. Razem z Mr Vintage i Macaroni Tomato zostałam zaproszona do jury blogerów. Podczas półfinałów nie mieliśmy prawa głosu. Dopiero spośród dwudziestu finałowych kolekcji wybranych przez jury profesjonalistów (w składzie: Mariusz Brzozowski, Marcin Paprocki, Mariusz Przybylski, Michał Zaczyński, Wojciech Grzybała, prof. Barbara Hanuszkiewicz, Dorota Wróblewska, Katarzyna Zawadzka i Dorota Williams) mieliśmy wskazać tę jedną, którą uhonorujemy blogerskim wyróżnieniem (swoją drogą absolutnie się nie spodziewałam, że będziemy aż tak zgodni co do wyboru, ale o tym za moment).


Bez prawa głosu, ale z prawem wyboru – tak sobie pomyślałam, zasiadając do jurorskiego stołu w piątek, chwilę przed maratonem. Sto kolekcji – wydawałoby się, że wyłonienie dwudziestu najlepszych nie będzie problemem. Dla jury właściwego na szczęście nie było. Ja wypisałam sobie zaledwie cztery i musiałam korzystać z „listy rezerwowej”, żeby uzbierać nawet nie dziesiątkę, a ósemkę. Tematem przewodnim był zodiak. Ponieważ nie znoszę dosłownych inspiracji, ponad połowa propozycji od razu wyleciała. Dosłownych, banalnych, przewidywalnych. Choć z jednej strony staram się nie polegać na zdaniu innych, z drugiej ucieszyłam się, że mój wybór pokrył się z wyborem zawodowców. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wykonanie każdej, nawet niezbyt udanej kolekcji wiąże się z ogromem pracy i energii. Niestety (albo i „stety”) liczy się efekt końcowy. Jeśli wciąż nie jest zadowalający, może warto zająć się czymś innym? Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś prosi mnie o opinię, to moim obowiązkiem jest bycie szczerą i – jeśli zachodzi taka potrzeba – brutalną. Nie potrafię zaniżać swoich wymagań w zależności od poziomu tego, co widzę. A niestety (nie odnoszę się tu już tylko do Off Fashion) czasem inaczej się nie da. Dlatego tym bardziej podziwiam nasze jury (choć być może oni mają całkiem odmienne od mojego zdanie).


O wszystkich zwycięzcach można przeczytać tutaj. Ja chcę się skupić na naszej blogerskiej faworytce, Anecie Zielińskiej. Od samego początku te projekty odstawały od reszty. Śmiałam się już po rozdaniu nagród, że na próżno szukać tu zodiaku (może się mylę, kto zauważył, niech zabierze głos), ale kompletnie zapomniałam o tym aspekcie wyboru. Co widziałam? Świetnie skrojone ciuchy. Interesujące materiały. Niebanalną formę. No i – co ogromnie ważne – swobodnie poruszające się modelki. One nie były skrępowane ani przez chwilę. Te ubrania żyły swoim życiem, tańczyły wokół sylwetek, a jednocześnie były z nimi w tajemniczy sposób połączone. Nie narzucały się, ale zwracały na siebie uwagę. Ech, szkoda, że nie mogliście tego zobaczyć na żywo… Żałuję, że mam tylko jedno zdjęcie i to tylko dwóch z czterech propozycji. Myślę jednak, że lada moment pojawi się w sieci więcej. Na pewno dam Wam o tym znać.


O samej projektantce będzie tu jeszcze sporo. W swoim czasie. Obiecuję!


Aneta Zielinska


Poniżej kilka ujęć poprzedniej kolekcji projektantki pod tytułem „Nina”.


Aneta Zielinska


Aneta Zielinska


Aneta Zielinska