Miesięczne archiwum: Styczeń 2013

31

sty

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska. Te panie po prostu muszą się tutaj pojawiać przynajmniej raz na sezon. I zawsze będą czymś zaskakiwać. Ich zimowe pomysły to, mam wrażenie, pewna próba uwolnienia się od schematu, w który przez kilka lat istnienia marki zostały wpisane. Jest zdecydowanie ostrzej, momentami sportowo jak nigdy dotąd. Oczywiście wciąż pozostaje coś dla wiernych fanów nielubiących dużych zmian (kilka dzianinowych tunik czy asymetrycznych sukienek). Pojawiło się sporo nowych materiałów o najróżniejszych fakturach, a także wzory, co dla projektantek jest raczej nietypowe (nie liczę kilku wyjątków na przestrzeni minionych lat). Nie zawsze widoczne, czasem obecne na podszewce (hawajskie kwiaty), czasem przewrotnie banalne (sukienka w cętki). Kolory tradycyjnie energetyczne.

Przy okazji porządkowania tego bloga odnalazłam wszystkie możliwe wpisy na temat projektantek. Co stwierdzam? Że wciąż idą do przodu i ani im w głowie zjadanie własnego ogona. To jest ewolucja w najlepszym stylu.

Zemełka & Pirowska

Zemełka&Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

Zemełka & Pirowska

modelka: Paulina Pajka
fot. Jacek Ura
postprodukcja – Grzegorz Wójtowicz
makijaż: Agata Wrona
włosy: Kiki
shoes by: sequin.pl

30

sty

Lous

Młodziutka marka Lous zrodziła się z… czystego egoizmu. Jej twórczynie wcale tego nie ukrywają. Potrzebowały kilku rzeczy, które odpowiadałyby im w stu procentach. Zaczęło się od sukienki z dekoltem V na plecach. Potem doszły różnego rodzaju bluzy z mięsistej bawełnianej dzianiny. W międzyczasie też torby. Dobrze wiem, jak trudno jest znaleźć rzecz tzw. idealną. Wymarzymy sobie coś, a potem bezskutecznie szukamy miesiącami.  Gdy zobaczyłam torbę, nie zastanawiałam się ani przez chwilę. A więc zdarza się, że czyjś ideał może być też moim ideałem.

Lista pomysłów na kolejne ideały zdaje się nie mieć końca. Wszystko dzieje się na płaszczyźnie, którą mimo pozorów dość łatwo ograć, bez względu na to, jaki styl się preferuje. Na swój sposób są to rzeczy bazowe. Zwłaszcza teraz, gdy projektantki skupiły się na kilku dosłownie kolorach. Czerń musi być, wiadomo. Oprócz niej przepiękny kremowy, a także granat i szarości (na torbach, których tu nie widać, ale wierzcie mi na słowo, zwłaszcza że jedna z nich jest już moja).

Jesienno zimowa kolekcja Lous została spięta tytułem „Do not disturb”. Tytuł przemiły, zwłaszcza w miesiącach zimowych. Przemiłe są też ubrania. I to dosłownie, dzięki właściwościom bawełny czesanej, z której zostały uszyte, a także, jak to sobie roboczo określiłam, wspaniałym właściwościom otulającym. Niektóre z nich da się nosić na różne sposoby. Na przykład gigantyczną tubę. Noszona wzdłuż będzie sukienką z szalowym kołnierzem. W poprzek – tuniką godną prawdziwego Jedi. A skoro już jesteśmy przy dzielnych wojownikach, ośmielę się wyskoczyć z teorią, że gdyby Luke Skywalker był kobietą, nosiłby Lous. Co więcej, dla Dartha Vadera też by się coś znalazło.

Lous

Lous

Lous

Lous

Lous

Lous torba

Zdjęcia: Monika Wiąckiewicz
Modelka: Amelia Roman
Makijaż i fryzury: Magda Gontarczuk

28

sty

Lookbook Violent S/S 2013

O kolekcji „Violent” Michała Szulca pisałam już dawno. Nie sposób jednak pominąć tak fantastycznego lookbooka. Odsyłałam Was do niego w tamtym wpisie. Po pewnym czasie stwierdziłam, że po prostu musi się znaleźć tutaj. Zwłaszcza że wiosna coraz bliżej (choć na razie trudno w to uwierzyć), a poza tym wiele z tych rzeczy już można kupić (na Mostrami.pl. I nie, to nie jest kryptoreklama tego sklepu, jak niektórzy mi zarzucają. Na tym blogu nie ma kryptoreklam. Swoją drogą dziwię się, że jeszcze nikt mi nie wypomniał, że reklamuję „Lody na patyku”, które towarzyszą mi na portrecie).

Tak sobie marzę. Mogłabym mieć w domu niewielką dodatkową szafę, a w niej tylko ubrania od Szulca. Nawet gdybym ich nie wkładała, codziennie przyglądałabym się im na poprawę humoru. A także na złagodzenie niepokojów dotyczących kondycji polskiej mody, he he he.

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Michal Szulc Violent

Fot. Łukasz Ziętek

27

sty

Trop Rouge

Pamiętacie czasy, w których niemal codziennie trafiało się na nowy fantastyczny blog? Czasem lokalny, czasem skandynawski, czasem zza oceanu… Z wypiekami na twarzy czekało się na kolejny wpis albo stylizację. I jedne, i drugie były niezmiennie inspirujące. Tak jakby świat był nieco inny, nieopanowany przez sieciówki i chwilowe mody. Żadnych miętowych spódnic z Zary, absurdalnych platform Jeffreya Campbella czy kosmicznych nadruków. Na starym komputerze wciąż jeszcze mam katalogi pełne zdjęć z ulubionych blogów. Te zdjęcia przeglądałam regularnie dla najzwyklejszej w świecie przyjemności.

Dawno się tak nie cieszyłam z internetowego odkrycia. Kilka dni temu przypadkiem trafiłam na blog Trop Rouge prowadzony przez Christinę Caradonę. Nie znałam go wcześniej, umknął w dość nudnym natłoku innych blogów, na które szkoda mi już czasu.

Christina jest fenomenalna. Nawet jeśli zdarza jej się kupować w popularnych sklepach, potrafi te ciuchy tak zestawić, że nic nie wygląda banalnie. Kwestia co jest modne, a co nie, zdaje się u niej nie istnieć. Ubrania nosi z nonszalancją godną pozazdroszczenia. Po raz pierwszy od dawna czuję się zainspirowana. Chciałabym mieć tak wyrazisty styl jak ona. Chyba nadszedł czas porzucić ciuchowe lenistwo i do bogatej zawartości własnej szafy podejść z zapomnianą dawno fantazją. Czuję, że to nie jest słomiany zapał. Czyż ona nie jest fantastyczna?

Trop Rouge

Trop Rouge

Trop Rouge

Trop Rouge

Trop Rouge

Trop Rouge

Trop Rouge

Zdjęcia: Trop Rouge (dzięki uprzejmości autorki bloga).

26

sty

Bohoboco wiosna 2013

W polskiej modzie każdy działa, jak chce. Dwa razy w roku odbywa się Łódzki Tydzień Mody, na którym coraz więcej nowych nazwisk. Stare utrzymują, że wolą pokazywać się w Warszawie, choć plotki głoszą, że po państwo po prostu nie wyrabiają się z odszyciem kolekcji na czas. Momentami panuje taki bałagan, że nie wiadomo, który sezon mamy obecnie na tapecie. Podczas gdy jeden projektant pokazuje kolekcję na jesień/zimę 2014, inny ledwo co wyrabia się z nadchodzącą wiosną. Żałowałam, że po raz kolejny Bohoboco nie pokazało się w Łodzi. Do dziś wspominam ich debiutancki pokaz. I jeśli dalej pójdzie tak, jak idzie do tej pory, będę go wspominać zawsze, z coraz większym utęsknieniem.

Doczekaliśmy się. I to dosłownie, bo czekanie na dobre wrosło w tradycję warszawskich pokazów. Nie będę pisać, na kogo czekaliśmy, bo za pół roku, góra rok, prawdopodobnie nie będziemy mieli pojęcia, któż to był i co robił (z kim siedział i z kim nie rozmawiał). Natomiast życzę sobie, żebyśmy za pół roku, rok i dwa lata wciąż wiedzieli, cóż to za marka Bohoboco. Najlepiej, gdyby dało się kojarzyć ją z dobrą modą, a nie z przemijającymi gwiazdami.

Bohoboco – młode, lecz nad wyraz dojrzałe dziecko Michała Gilberta Lacha i Kamila Owczarka. W warstwie zewnętrznej doskonałe. Nawet gdyby człowiek chciał, nie ma się do czego przyczepić. Ubrania wyglądają na idealnie odszyte, przepięknie się układają nie tylko na modelkach, ale i tak zwanych zwyczajnych kobietach, które zasiliły szeregi publiczności, odziane w elementy najnowszej kolekcji. Interesujący dobór materiałów. Różnorodność faktur. Jak na nasze rodzime podwórko, także nowoczesność krojów. Teoretycznie powinno się ten spektakl oglądać z prawdziwą przyjemnością.

A jednak odczułam pewien niepokój. Dlaczego? Obawiam się, że Bohoboco zaczyna podążać w niebezpiecznym kierunku. Od razu zaznaczę, że niebezpiecznym w mojej opinii, a – jak zapewne zdążyliście się przez kilka ostatnich lat – mam idealistyczne zapędy. Takie zjawisko określam mianem „ubieramy gwiazdy”. Bale, gale, rauty i jubileusze. Szeleszczące suknie do samej ziemi. Błysk, szyk i elegancja, których nie potrzeba zbyt często w szafie statystycznej kobiety. Mamy w Polsce aż nadto projektantów, którzy na tym stylu się skupili, zapewne świetnie na nim zarabiają i nie w głowie im moda dla mas. Tymczasem projektanci Bohoboco zaczęli właśnie od mas, w całkowicie pozytywnym znaczeniu. To był pewien rodzaj luksusu, ale luksusu przystępnego. Nie upieram się, że mam rację. Być może moja interpretacja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Po prostu wolę taką modę, jaką uprawiali na początku.

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco   Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco

Bohoboco Bohoboco

Zdjęcia: AKPA (dzięki uprzejmości Black & White PR)

23

sty

Etnopia

Czy da się zainspirować polskim folklorem i jednocześnie uniknąć efektu skansenu? Pytanie retoryczne. Pewnie, że się da. Różnym twórcom od kilku lat się to udaje. W kwestii butów jednak nikt odważny się nie znalazł. Aż powstała Etnopia. Świeżutka marka korzysta z tradycji sprawdzonej w najcięższych warunkach pogodowych, nadając jej nowoczesny kształt.

Zanim skrytykujecie kolejną firmę zafascynowaną filcem (tak jak i ja w pierwszym momencie chciałam), przeczytajcie do końca. Buty Etnopia mimo pozorów wcale nie są z filcu, tylko z sukna. Wiecie, czym się różni jedno od drugiego? Sukno jest tkaniną. Początkowo ma luźny płócienny splot. W pierwszej kolejności poddawana jest spilśnianiu, dzięki czemu uzyskuje zwartą strukturę i wytrzymałość. Potem czas na drapane prowadzące do wytworzenia okrywy runowej, a na końcu strzyżenie, które wieńczy produkcję, wyrównując powierzchnię. Sukno powstaje ze stuprocentowej przędzy wełnianej. Górale wykorzystują je nie tylko do produkcji obuwia, ale też spodni zdobionych parzenicami oraz haftowanych kurtek (tzw. cuch). Wszystkie z tych elementów charakteryzują się świetną jakością, a przede wszystkim są wodoodporne i mają właściwości termoizolacyjne.

Każda para butów Etnopii powstaje na indywidualne zamówienie we współpracy z lokalnymi zakładami rzemieślniczymi. Do niedawna można było je znaleźć tylko co jakiś czas na różnego rodzaju kiermaszach. Obecnie dostępne są w kilku sklepach internetowych (m.in. w Shoroomie), a w Warszawie znajdziemy je na Saskiej Kępie w przytulnym butiku All About Shoes.

To kolejny stuprocentowo polski produkt, któremu ogromnie kibicuję. A jak Wam się podoba?

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

Etnopia

fot. Monika Krzyżaniak
miejsce: Moments Tasty Life / Warszawa