Miesięczne archiwum: Maj 2013

29

maj

Dalia

Obiecywałam sobie, że moment, w którym zacznę mieć pretensję do całego świata, że nie mam miejsca w pierwszym rzędzie, będzie końcem tego bloga. Moment ów miał miejsce ostatnio w Łodzi, na szczęście szybko przywołałam się do porządku (tyle lat pisania przekreślić jednym gorszym dniem?). Owszem, najlepiej jest siedzieć z przodu, bo tylko wtedy można wszystko zobaczyć. Ale skoro czasem się nie da… Można całkiem lekko przyjąć fakt, że mamy do czynienia z przedstawieniem, że na każdym przedstawieniu jest wiele rzędów i publiczność jakoś sobie radzi i całokształt ogarnia. A potem poradzić sobie samodzielnie, zorientować w szczegółach, podpytać, obejrzeć raz jeszcze w późniejszym terminie…

Bo to było przedstawienie. Zgoła inne niż poprzednio, z całkiem zwyczajnym długim wybiegiem. Główne role przypadły jednak gościom, nie projektom (ani projektantom). Przynajmniej takie miało się wrażenie, gdy do ostatniej chwili wybieg zapełniali fotografowie, strzelając fleszami na wszystkie strony. Taka praca, każdy ma swoje zadanie do wykonania.

Pierwsza refleksja, gdy wreszcie się zaczęło? Jak miło widzieć tak dobrze uszyte rzeczy. Owszem, od początku do końca były raczej ostrożne, w przeciwieństwie do tych z poprzedniego sezonu. Nie chciałabym jednak używać słowa „zachowawcze”, bo mimo wszystko tu nie pasuje. Przemyślane, wypracowane – aczkolwiek momentami nierówne. Pierwsza sukienka zapowiadała kosmiczne wrażenia (przynajmniej pod względem zastosowanego materiału). Potem nagle powróciliśmy do lat dziewięćdziesiątych, by za moment dać się oszukać ukośnym cięciom wysmuklającym i tak już perfekcyjne figury modelek. Ubrania układały się świetnie. Nie było ani jednej pomyłki, ani jednego niedopracowanego modelu. Pojawiło się nawet kilka męskich sylwetek, ale pozostawiłam je do oceny znawcom mody męskiej (bo należę do tych, którzy wciąż damską od męskiej oddzielają).

Zostało to wszystko tak pomyślane, żeby można było całą sezonową garderobę zbudować na pomysłach projektantów (a to wcale nie jest takie oczywiste w naszym nadwiślańskim kraju). Od oficjalnych spotkań poprzez wieczory w dresie (z nadrukiem dalii, jak nazwa kolekcji zobowiązała), zimne popołudnia na świeżym powietrzu do karnawałowych imprez. O ile odpowiada nam ten raczej dojrzały styl (oraz mamy trochę wolnej kasy w portfelu), jesteśmy uratowane przynajmniej na pół roku.

Projektanci dali się porwać kolorystyce dość ponurej i charakterystycznej dla pory jesienno zimowej. Z drugiej strony jest to paleta barw świetnie sprzedających się, więc można było odnieść wrażenie, że i tu nie potrzebują ryzyka. Motyw wężowej skóry czy cętki też wydają się dość ograne, aczkolwiek w tym wydaniu całkiem nieźle się obroniły. Podsumowując, gigantycznego wrażenia nie było. Ale było dobre wrażenie. I tak to sobie zapamiętam.

rp-5410

rp-5537

rp-5535

rp-5533

rp-5520

rp-5518

rp-5507

rp-5499

rp-5498

rp-5493

rp-5490

rp-5487

rp-5479

rp-5476

rp-5474

rp-5463

rp-5452

rp-5450

rp-5440

rp-5435

rp-5417

rp-5415

Fot. Robert Przepiórka

28

maj

Fair Play

Nie mam zamiaru skupiać się na dyskusji trwającej od początku kariery Roberta Kupisza, a mianowicie czy jest on projektantem, czy nie. Nie ma sensu ani umniejszanie jego twórczości, ani wynoszenie twórcy na piedestał. Ot, kolejna nieskomplikowana kolekcja, ani nadzwyczajna, ani beznadziejna. Straszliwie rozbudowana. Nie jestem pewna, czy trzeba było pokazywać aż tyle (zdarzyło się sporo powtórek), ale chyba taki już styl tego pana, że prezentuje każdy możliwy model ciucha. Tak jakby z każdego był ogromnie zadowolony i chciał się tą radością ze wszystkimi podzielić. Czy mu się udało? Zdania są podzielone. Ja nie wnikam.

Zaproszenie w kształcie medalu, wymagany dress code – buty sportowe, tytuł kolekcji „Fair Play”… Robert Kupisz przyzwyczaił nas do dosłowności. Oraz do tego, że gdy jeszcze nie wszystkie jesienne kolekcje zostały zaprezentowane, on myśli już o przyszłym lecie. Podglądając zdjęcia z przygotowań do pokazu, zdążyłam się zorientować, że i tym razem będzie bez owijania w bawełnę. Widz (czy późniejszy ewentualny klient) nie musi się domyślać, co autor miał na myśli. Kiedyś orzełki, potem westernowy napis „Wanted”, kiedy indziej jeszcze cygański nadmiar. Robert Kupisz świetnie wie, co robi. Jest jasna wizja i on ją w przystępny sposób realizuje. Czy to się wyczerpie? Wcale nie byłabym taka pewna.

Z projektantami różnie bywa. Już pisałam tu całkiem niedawno przy jakiejś okazji, że istnieją tacy, którzy dobrze się czują w określonych ramach i nie odczuwają potrzeby wychodzenia poza nie. Gdybyśmy chcieli się czepiać, moglibyśmy zlinczować choćby Isabel Marant za ciągłą obecność czerwonych rurek, bejsbolowych kurtek czy dresowych spodni. Raz Kalifornia, raz Teksas, raz Hawaje, a w sumie wszystko mogłoby spokojnie pojawić się na jednym wybiegu w tym samym sezonie. Sukces jest? Jest. O ile sukcesem można nazwać dobrą sprzedaż. Bo można, prawda? Idąc tym tropem, do sukcesu możemy dołożyć liczbę podróbek. Są? Są. A nie jest to wcale takie częste w przypadku polskich autorów. Komercja? Owszem. Czy to źle?

Osobiście nie jestem fanką twórczości Roberta Kupisza, ale tu w ogóle nie ma kwestii „podoba się – nie podoba”. Tymczasem mam wrażenie, że wychodzą na jaw jakieś sprawy prywatne, sympatie, antypatie, tyle w tym emocji, że aż się czasem boję zabrać głos. Jeszcze się okaże, że skoro nie krytykuję tego pana, to znaczy, że się nie znam. A jeśli go nie bronię – tak samo. Pozostawiam Was ze zdjęciami, zanim absurd zacznie gonić absurd.

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

fot. AKPA

Fot. Michał Baranowski, Jacek Kurnikowski/AKPA

 

25

maj

BHO

Jakiś czas temu mój mąż był świadkiem pewnej krótkiej scenki na przystanku autobusowym. W tłumie oczekujących wyróżniał się pewien młody człowiek. Ubrany inaczej niż wszyscy, z fryzurą inną niż wszyscy i znacznie większą liczbą kolczyków niż u wszystkich zebranych na rzeczonym przystanku prawdopodobnie. Wszyscy patrzyli tylko na niego. Jakiś starszy pan złapał wzrok starszej pani. W takich momentach rozmowa zaczyna się natychmiast. „Jakiś „halowyn” czy co?” – zagadał pan. „Wygląda jak jakiś złoczyńca!” – wykrzyknęła pani. Czy może być coś lepszego niż pozyskanie wspólnego wroga? To natychmiast dodaje animuszu. „Złoczyńca!!!” – wykrzyknęła raz jeszcze w stronę chłopaka, tak żeby wszyscy słyszeli. On, oczywiście, też.

To są stereotypy, wszyscy je znamy i, choć znamy, bardzo często ulegamy. Bo tak jest wygodniej. Ale nie o nich dziś. Wspomniana historia skojarzyła mi się z Maldororem. Nie chodzi o warstwę zewnętrzną (choć to właśnie ona sprawia, że przypadkowi ludzie nazywają nas złoczyńcami). Projektant konsekwentnie podąża swoją ścieżką. Tworzy ubrania, które, wyjęte z kontekstu zwykle towarzyszącego jego pokazom, paradoksalnie bardziej nadają się do noszenia niż różnego rodzaju wychuchane propozycje gwiazd polskiej sceny mody. I dla jednych, i dla drugich jest miejsce. A jednak to on pozostaje „tym złym”.

Wczoraj odbył się pokaz jego najświeższej kolekcji o tytule BHO (Bóg Honor Ojczyzna) na jesień/zimę 2013/14. Nie mam pojęcia, czy powinnam była się śmiać, czy nie, ale śmiałam się od początku. Od momentu wejścia do Jerozolimy – klubu powstałego w opuszczonym warszawskim szpitalu – gdy wszyscy otrzymaliśmy plastikowe reklamówki w gerbery – kiedyś można było takie dostać w niemal każdym spożywczaku. Prezent od projektanta dla wszystkich! Nie tylko dla pierwszego rzędu. Wow, czyżbyśmy jednak wszyscy byli równi? Wewnątrz znajdowały się: opakowana w ozdobny papier parówka z napisem „Maldoror”, igła z nitką wbita w materiałową metkę marki, naklejka ze sloganem „Maldoror – moda po chuju” oraz tekst „Roty” wraz z podziękowaniami, których fragment muszę tu przytoczyć. „Klientkom i klientom, którzy udowadniają, że moje ubrania można nosić i płacić za nie godziwe pieniądze oraz reszcie modowego ścierwa, które toczy ten biznes w Polsce”.

Sylwetek było niewiele, wszystkie dopracowane (choć jednocześnie jakby niewykończone), bardzo mocno osadzone w stylu militarnym. Zastanawiam się, skąd projektant wytrzasnął takie materiały. Przecież niektóre z nich już dawno wyszły z produkcji. Czy są to rzeczy pozyskane na nowo z demobilu? A może nie wiem wszystkiego i wciąż możemy znaleźć wszystko, czego zapragniemy, jeśli tylko dobrze szukamy? Sporo tu dekonstrukcji i pozornej przypadkowości. Przykuwają uwagę detale: nakładane kieszenie, plączące się troczki, zewnętrznie poprowadzone szwy czy uchwyty zamków błyskawicznych przypominające zawleczki od granatów. Tego typu wojskowe wariacje nowością na świecie nie są, ale z pewnością w Polsce jeszcze nikt w ten sposób do tego nie podszedł. Przyznam, czekałam na jakiegoś orzełka, ale na szczęście się nie doczekałam.

Czy naprawdę jest sens pisać, że Maldoror uparcie odwraca uwagę od swoich skądinąd świetnych prac? A może lepiej się zastanowić, dlaczego wciąż ma siłę to robić. Czy chce nam coś udowodnić? A może jest po prostu wkurzony. Stawiam na to ostatnie. Tylko dlatego, że sama chodzę wkurzona od jakiegoś czasu. Na to wszystko, co dzieje się wokół mody. Co zabiera nam energię, zatruwa krew i oddala nas od meritum. Naprawdę mnie nie obchodzi, czy Maldoror jest skandalistą, czy kogoś obraził albo zniechęcił reklamodawców. Śmiałam się, bo poczułam, że nie jestem osamotniona. Może to tylko wrażenie, może nadinterpretacja przypadkowych punktów po ciężkim tygodniu. W każdym razie był to jeden z najlepszych pokazów, jakie widziałam w tym roku.

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Maldoror

Fot. Mirek Kaźmierczak

24

maj

Cloudmine Pop Up Shop

Uwaga, Kraków! Już jutro w Bunkrze Sztuki rusza Cloudmine Pop Up Shop i potrwa przez cały weekend. To kameralna koncepcja Marianny Grzywaczewskiej będąca swego rodzaju wytchnieniem od gigantycznych targów polskiej mody (tym razem odbywa się w ramach krakowskiego Miesiąca Fotografii). Lubimy i jedne, i drugie, ale nie da się ukryć, podczas tych mniejszych jesteśmy w stanie więcej zarejestrować, więcej (paradoksalnie) obejrzeć i docenić. Będzie tym bardziej interesująco, że pojawi się pewna marka, której na co dzień w Polsce nie ma, choć posiada w połowie polskie korzenie – Marios. Wieść głosi, że ich projekty będzie można kupić w specjalnych cenach. Chciałam wziąć kredyt i jechać, ale niestety… obowiązki… Więc dumnie patronuję medialnie i będę w Krakowie myślami.

Wszystkie szczegóły wydarzenia tutaj. A jeśli nie macie Facebooka, to tu.

KISS THE FROG

MAMAPIKI

MARIOS

natalia siebula

PINIAK

RILKE

SHESARIOT

SLAVA

boho

BORKO

domi grzybek

justyna

KARINA KROLAK
Zdjęcia: Cloudmine

23

maj

Showroom – wybór Harel

Już od jakiegoś czasu nie piszę tu Wam, co jest aktualnie modne. Nie silę się na opisywanie trendów (zwłaszcza gdy kompletnie mnie nie przekonują), raczej pozostaję wierna sobie. Aczkolwiek nikogo do korzystania z moich wyborów nie namawiam. Gdy jednak Showroom przedstawił mi propozycję stworzenia własnej dużej selekcji polskich ubrań i dodatków, nie potrafiłam odmówić (czyż nie jest tak, że od czasu do czasu mamy ochotę podzielić się ze światem tym, co sami lubimy najbardziej?). Od razu wiedziałam, że trzydzieści pozycji to za mało. Polska moda, co by o niej złego nie mówić, idzie do przodu. W swoim tempie, czasem bardzo nierównym. Podtyka nam pod nos zarówno rzeczy kiepskie, jak i fantastyczne. Postanowiłam się skupić na tych drugich. Pierwsze czas i konsument sami zweryfikują. Szkoda na nie energii.

A więc trzydzieści rzeczy. Takich, które albo już mam, albo za chwilę sobie sprawię. Wiadomo, na wszystkie w szafie miejsca nie starczy. Ale z radością i satysfakcją stwierdzam, że coraz częściej mam na sobie polskie ubrania – zakładane rano bez świadomości, że oto dziś będę się nosić po polsku. Po prostu najzwyczajniej w świecie mi odpowiadają i w niczym nie ustępują tym z mitycznej zagranicy (cóż poradzę, jestem z tego pokolenia, które zagranica nieustannie fascynowała…).

Poniżej kilka wybranych elementów, wszystkie możecie obejrzeć tutaj. Chętnych zapraszam. Niechętnych pozdrawiam!

WYBOR HAREL

BELLE

CATCAT

CZACHOR

AGA BIELEN

HASIAK

LOUS

RISK

Zdjęcia: Showroom. Od góry: Belle, Kamila Wasilewska Jewellery, Piotr Czachor, Agata Bieleń, Magda Hasiak, Lous i Risk.

22

maj

Contradictions

Przeniosłam się w czasie. Niemal dosłownie. Wraz z Tobiaszem w ostatni poniedziałek wylądowaliśmy w wielkiej sali warszawskiego hotelu Victoria, otoczeni miniaturowym jedzeniem, sporymi obrazami zwisającymi zbyt nisko, by nie zwracać na nie uwagi (jeden z hukiem zleciał na pewną panią) oraz tłumem ludzi po części jakby wyjętym wprost z lat dziewięćdziesiątych. Elegancja Francja. Albo, jak kto woli „sen gangstera o luksusie” (tu odsyłam do zbyt szybko wzbogacających się bohaterów filmów Martina Scorsese). Przepych. Niezbyt gustowny (o ile można o tym dyskutować…). Zazwyczaj nie zwracam na to uwagi, ale tym razem (nie wiem dlaczego) się nie dało.

Wracam do sedna. Choć mogło się to w pewnym momencie wydać trudne do sprecyzowania (o czym wyczerpująco na Freestyle Voguing), znaleźliśmy się tam, by obejrzeć kolekcję Joanny Klimas na jesień/zimę 2013/14 pod tytułem „Contradictions”. Ponieważ ostatnio na Facebooku marki pojawiło się kilka zdjęć z odległej przeszłości, zastanawiałam się, na ile projektantka pozwoli sobie na sentymenty, a na ile będzie trzymać się lat obecnych. Jej powrót kilka lat temu był totalnym zaskoczeniem. Oczywiście nie ze względu na fakt samego powrotu, ale na stylistykę, jaką obrała. Czy etniczna Klimas się broniła? Do dziś nie jestem pewna. Ale cieszę się, że potem nie trzymała się kurczowo tamtego pomysłu. Swoją drogą zastanawiam się, ile czasu musi minąć, żebyśmy zapomnieli, że Joanna Klimas miała przerwę w twórczości. Media zdają się trąbić głównie o tym, a przecież, o ile dobrze liczę, prezentowanych było już co najmniej pięć nowych kolekcji. Czy na zawsze przywarła do niej etykietka „tej, która powróciła”? A gdyby tak skupiać się tylko na rzeczach ważnych w tej branży?

Obejrzeliśmy rzecz zwartą, jak zwykle świetnie przemyślaną i z wprawą poprowadzoną. Momentami przewrotną. Ubrania zabudowane pod szyją śmiało odsłaniały brzuchy modelek, a sportowe kroje okraszone zostały cekinami. Z kolei elementy wieczorowe sprowadzane były na ziemię skórzanymi ściągaczami. Zresztą, żeby nie było zbyt nudno, te same ściągacze zdobiły także mięsiste (rzecz jasna, przykrótkie, jak sprzeczność tego wymaga) swetry. Kratka w wersji retro zdobiła elementy na wskroś nowoczesne. A całość urzekała różnorodnością faktur. W dodatku cekinowe suknie (może i ograne, ale wg mnie się broniły) poruszając się na modelkach wydawały przepiękny dźwięczny odgłos.

Zabawa proporcjami wyszła projektantce na dobre. W ogólnym rozrachunku przywołała przełom wieków i pewne miłe zamieszanie, jakie miało wtedy miejsce w modzie. Przesyt ścierał się z minimalizmem, a my z zaskoczeniem odkrywaliśmy, że i dla jednego, i dla drugiego jest miejsce. Joanna Klimas pokazała klasę. Po raz kolejny.

joanna klimas cotradictions

joanna klimas cotradictions (2)

joanna klimas cotradictions (3)

joanna klimas cotradictions (4)

joanna klimas cotradictions (5)

joanna klimas cotradictions (6)

joanna klimas cotradictions (7)

joanna klimas cotradictions (8) joanna klimas cotradictions (9)

joanna klimas cotradictions (10)

joanna klimas cotradictions (11) joanna klimas cotradictions (12)

joanna klimas cotradictions (13)

joanna klimas cotradictions (14) joanna klimas cotradictions (15)

joanna klimas cotradictions (16)

joanna klimas cotradictions (17)

joanna klimas cotradictions (18)

joanna klimas cotradictions (19)

joanna klimas cotradictions (20)

joanna klimas cotradictions (21)

joanna klimas cotradictions (22)

joanna klimas cotradictions (23)

joanna klimas cotradictions (24) joanna klimas cotradictions (25)

joanna klimas cotradictions (26)

joanna klimas cotradictions (27)

joanna klimas cotradictions (28)

joanna klimas cotradictions (30)

Zdjęcia: AKPA