Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

31

lip

Showroom Club

Niedawno w sieci w ramach starego dobrego Showroomu ruszył nowy projekt: Showroom Club. To miejsce, w którym będą się pojawiać kolekcje naszych najlepszych projektantów. Kruczek polega na tym, że tylko na tydzień. Pocieszenie? W specjalnych cenach. Może napisałabym o tym zjawisku znacznie później, gdyby nie okazało się, że aktualnie znajduje się w ofercie najnowsza kolekcja Anny Poniewierskiej. Wrażenia? Naprawdę muszę pisać? Kto mnie czyta już jakiś czas, od razu będzie wiedział, że jestem zachwycona.

Gnieciony jedwab, drobniutko plisowana wiskoza, cienkie wełny, sporo japońszczyzny przełamanej nowoczesnością (czyli standard w przypadku tej akurat projektantki). Wzory – jeśli już się pojawią – pozostają jak zwykle dyskretne i charakterne zarazem. I znów dzieje się to, o czym już kiedyś przy okazji Anny Poniewierskiej pisałam. Choć każda rzecz z osobna wydaje się być tworem całkowicie autonomicznym, gdy zbierzemy je razem do tzw. kupy, okazuje się, że mamy do czynienia z kompozycją przemyślaną na wszelkie możliwe sposoby. Dowód poniżej.

anna poniewierska 1

anna poniewierska 1 (2)

anna poniewierska 1 (3)  anna poniewierska 2

anna poniewierska 2 (2)

anna poniewierska 3

anna poniewierska 3 (2)

anna poniewierska 4

anna poniewierska 4 (2)

anna poniewierska 4 (3)

anna poniewierska 6

anna poniewierska 6 (2)

anna poniewierska 7 (2)

anna poniewierska 7

anna poniewierska 8

anna poniewierska 8 (2)

anna poniewierska 9

anna poniewierska 9 (2)

anna poniewierska

30

lip

Fitzsimmons – urocze paskudy

Gdy ruszała strona Qelement, każdy z redaktorów miał napisać coś o sobie. W rubryce „znaki szczególne” wymieniłam m.in. brzydkie buty. Od razu zaznaczam, że nie chodzi mi o dziwolągi z półmetrowym kwadratowym noskiem czy wżynające się w stopę plastikowe sandałki. To raczej światowe przeboje wątpliwej urody, za to wygodne i trwałe. Tak więc posiadam skórzane kowbojki znoszone na amen, a wciąż spełniające swoją podstawową funkcję, granatowe matowe kalosze (zawsze, gdy je wkładam, zastanawiam się, skąd by wytrzasnąć widły na dopełnienie „stylizacji”), kauczukowe czarne japonki (koszmar – w lecie niezastąpiony) oraz szereg innych, których przez szacunek dla Czytelnika wymieniać nie będę. Nigdy się nie przekonam do sandałów podziurawionych niczym ser szwajcarski, zwanych Crocsami, z dużą nieufnością podchodzę także do rozczłapanych na starcie Emu. Są jednak momenty, w których strzała Amora pojawia się, nim zdążę uruchomić system ostrzegawczy. Tak było z Fitzsimmonsami.

Fitzsimmons to jeden z najpopularniejszych modeli marki Native. Łączy w sobie aparycję butów trekkingowych z właściwościami kaloszy i lekkością kapci. Kolorystyka zmienia się w każdym sezonie, choć zawsze pojawia się kilka spokojniejszych modeli dla tradycjonalistów. Podobno nieźle sprawdzają się zimą – akurat tego jeszcze nie próbowałam, bo otrzymałam je do testów, gdy trwała deszczowa wiosna. Pianka EVA (sic!), z której są wykonane, posiada właściwości wodoodporne, a miękki wkład z neoprenu dobrze izoluje i amortyzuje (to jest naprawdę niezłe). Jedyny problem stanowią sznurówki, które z tajemniczych powodów uparcie się rozwiązują. Może to kwestia dość śliskiego materiału, z którego są wykonane.

Oczywiście znów muszę nawiązać do obecności psa w moim życiu. To kolejna para butów, która ratuje mi spacery w niepogodę (żałuję, że Łatki nie mogę w nie opakować, gdy wskakuje prosto w błotnistą kałużę). W przeciwieństwie do czyszczenia psa, czyszczenie obuwia nie sprawia najmniejszych trudności. Do mniej oczywistych zalet należy doliczyć fakt, iż są to buty w stu procentach wegańskie.

fitzsimmons native (4)

fitzsimmons native (8)

fitzsimmons native (5)

fitzsimmons native

fitzsimmons native (2)

fitzsimmons native (7)

fitzsimmons native (6)

I po spacerze…

fitzsimmons native (3)

W naszym kraju nadwiślańskim można je kupić w sklepach Hego’s oraz internetowym butiku Pan Pablo. Tak wyglądają, gdy się ich nie używa (he he he).

448

676

Zdjęcia: Harel i Pan Pablo.

29

lip

U Magdy Hasiak

Niedawno wpadłam w odwiedziny do Magdy Hasiak. A przynajmniej takie miałam wrażenie, gdy przyszłam do nowej siedziby butkiu Full Of Style, który organizował spotkanie z projektantką oraz prezentację jej przedjesiennej kolekcji – na razie tylko dla oczu wtajemniczonych. Nawet dobrze się składa, bo będę miała pretekst, żeby napisać o czymś nieco innym. Full of Style – podkreślam do znudzenia – pierwszy sklep internetowy w Polsce na światowym poziomie już wkrótce otworzy swe podwoje w świecie całkowicie realnym. Owszem, istnieje już showroom (jakiś czas temu przeniósł się na ulicę Frascati), ale niedługo będziemy mogli przyjść do prawdziwego sklepu. W warszawskich Złotych Tarasach już trwa adaptacja nowego miejsca, ogromnie jestem ciekawa, jak to będzie wyglądać. Wieści optymistyczne. Nawet jeśli nie przepadamy za tzw. galeriami handlowymi, jeśli polska moda do nich wchodzi (a wchodzi i najwyraźniej będzie to robić konsekwentnie), warto to zauważyć. Zwłaszcza że tu już nie ma otoczki, która potrafi doprowadzić zwykłego śmiertelnika do szału i od której coraz częściej biorę wolne (ale to temat na inny tekst). Wracając do samego spotkania, otoczki na całe szczęście zabrakło i było świetnie, co zresztą widać poniżej.

hasiak01

hasiak09

hasiak12

hasiak15

hasiak21

hasiak22

hasiak23

hasiak27

Fot. SINIOR, meble Reset.

12

lip

Dzisiaj moje, jutro Twoje

Dziś temat lekki. Dosłownie i w przenośni. Kilka miesięcy temu ruszyła polska wersja platformy Vinted. To strona dla wszystkich, którzy chcą nadać swoim ciuchom drugie życie. Idea polega głównie na wymianie (czymś, co uparcie zwie się w naszym kraju „swap”), choć nie wyklucza sprzedaży i kupowania. Historia strony zaczyna się od… przeprowadzki. Jej pomysłodawczyni, Litwinka Milda Mitkutė przeprowadzała się z Kowna do Wilna. Nie chciała zabierać ze sobą wszystkich rzeczy, ale nie chciała ich również wyrzucać. Poprosiła więc swojego znajomego programistę o stworzenie prostej strony, na której będzie mogła zaprezentować je znajomym. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Milda nie tylko pozbyła się wszystkich rzeczy, ale zapoczątkowała nowy trend wśród przyjaciół, którzy chcieli mieć identyczną możliwość. Dla zaspokojenia coraz większych potrzeb powstało Vinted. Błyskawicznie zyskało na Litwie ogromną popularność, a przez kolejny przypadek trafiło do Niemiec. Potem poszerzyło swoje terytorium o Francję. Czechy, Polskę, a ostatnio także Stany Zjednoczone.

Obecnie na stronie znajduje się ponad trzysta tysięcy rzeczy. Nie zgubimy się pośród nich dzięki sprytnemu grupowaniu i tagowaniu. Korzystanie ze strony jest przyjazne użytkownikowi. Jeśli posiada się konto na Facebooku, nie trzeba się nawet zapisywać. Co ciekawe, Vinted nie pobiera opłat prowizyjnych. Spytajcie mnie, jakim cudem im się to opłaca – i tak nie odpowiem, bo nie wiem. Sama idea świadomej konsumpcji człowieka nie nakarmi, choć z pewnością może nieźle podbudować.

Fenomenem Vinted jest skupianie ogromnej społeczności, która kontaktuje się ze sobą w ramach jednej platformy. Nieodzowną część stanowi forum, które wciąż się rozwija i coraz częściej zbacza z głównych tematów. Co istotne, trzyma poziom i najwyraźniej nie zachęca tym internetowych hejterów. Tylko lepiej, czyż nie?

vinted

11

lip

Foulards d’Artistes

Współprace z artystami to dla domu mody Louis Vuitton nic nowego. Chyba wszyscy kojarzymy uśmiechnięte kwiaty wiśni autorstwa Takashiego Murakamiego na nieśmiertelnym brązowym tle czy szalone literki Stephena Sprouse’a. To dzieła najbardziej rozpoznawalne, niezwykle charakterystyczne i odporne na upływ czasu. Rok temu w sklepach marki zaroiło się od groszków za sprawą kolaboracji z Yayoi Kusamą – japońską artystką otwarcie przyznającą się do groszkowej obsesji. Tym razem do współpracy zaproszono artystów ulicznych.

El Seed znany jest z fascynacji pismem arabskim, które przekuwa w sztukę o nazwie Calligraffiti (połączenie graffiti i kaligrafii). Brytyjczyk Ben Eine skupia się na kolorowych graficznych literach. Z kolei Eko Nugroho wyróżnia skomplikowana i wyrazista kreska. Wizje artystów zostały uwiecznione na jedwabnych kwadratowych chustach.

Dodatkowo w kolekcji jesiennej pojawia się kolejna odsłona słynnej apaszki w cętki zaprojektowane przez Stephena Sprouse’a. Tym razem przecięte wielką literą V.

Ciekawe, czy w przyszłości marka zaprosi któregoś z polskich grafików. Którego widzielibyście w pierwszej kolejności?

LV_Textile_2013_shooting_elseed_1

LV_Textile_2013_shooting_1_stephensprouse

LV_Textile_2013_shooting_eine_1

LV_Textile_2013_shooting_ekonugroho_1

LV_Textile_2013_packshot_elseed_1

LV_Textile_2013_packshot_stephensprouse_1

LV_Textile_2013_packshot_eine_1

LV_Textile_2013_packshot_ekonugroho_1

Od góry: El Seed, Stephen Sprouse, Eine, Eko Nugroho.