Miesięczne archiwum: Listopad 2013

28

lis

Illuminate

I znów się wzruszyłam. A wydawałoby się, że pokaz mody nie może nieść w sobie aż takiej mocy. Zadziałał czynnik osobisty. Jakiś czas temu podczas wizyty u Alicji Kowalskiej, twórczyni Viva!Mody, przeglądając archiwalne numery, natknęłam się na ten, który doprowadził mnie prawie dziewięć lat temu do Ani Kuczyńskiej. Efektem spotkania była prosta błękitna sukienka, w której wzięłam ślub. Projekt pochodził z kolekcji Trinacria na wiosnę/lato 2005.

Wczoraj echa Trinacrii nagle powróciły. Było inaczej, rzecz jasna, bo Ania Kuczyńska rozwija się bezustannie. Ale pewne wrażenia, niuanse przywołały wspomnienia. Co ciekawe, projekty Ani można rozpoznać natychmiast – nie tylko za sprawą srebrnego kółeczka. To coś, czego do tej pory nie mogę uchwycić, choć mocno się staram. Pewne linie, koncept, równowaga… Jednego nie zniosę. Jeśli po raz kolejny ktoś przyklei Ani Kuczyńskiej łatkę minimalizmu. Pisałam tu nie raz, że będę używać tego słowa tylko w odpowiedzialny sposób – gdy zastosowanie go znajdzie uzasadnienie w rzeczywistości. Jeszcze do niedawna w przypadku Ani robiłam wyjątek. Teraz nie będzie to miało najmniejszego sensu. Brak wzorów to nie minimalizm. Koniec, kropka. A swoją drogą nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w kolekcjach Kuczyńskiej widziała deseń (nie liczę grafik autorstwa Karola Śliwki).

Kolekcja „Illuminate” to szereg ubrań delikatnych, momentami wręcz eterycznych. Nieco ciężaru dodają elementy dziergane – kołnierzyki, stójki i falbanki przy ramiączkach w czarnym kolorze. To bodaj najbardziej ozdobna propozycja w historii projektantki. Pokaz otworzyły stroje uszyte z cienkiego denimu. Mocne akcenty zapewnił koralowy jedwab. Nie zabrakło czerni i bieli – to już tradycja. Poza tym sporo detali. Półokrągłe guziki występowały w grupie lub solo – wzdłuż linii ramion lub u szczytu cienkich ramiączek. Pojawiły się ogromne kołnierze, przypominające te marynarskie. Ozdabiały lekko marszczone sukienki. Po raz kolejny nie dało się uciec od skojarzenia z uniformami. Trochę tu sutanny (choć raczej tej z Felliniego niż widywanej współcześnie), trochę fabrycznych fartuchów. To jednak tylko dalekie skojarzenia, echa dobrze nam znanych fascynacji autorki. Wkradają się momenty nieoczywiste. W mocno zabudowanej długiej tunice pojawia się z tyłu niebezpiecznie wysokie rozcięcie. Delikatne ramiączka łączące się na plecach, oplecione są czarną dzierganą tubą. W miękkich, poduszkowych kopertówkach modelki niosły… kwiaty. Czemu nie? Gdybym miała powtórzyć ślub, wykorzystałabym ten patent.

Jeśli Ania Kuczyńska decyduje się już na jakieś kolory (oprócz czerni czy granatu), komponuje je w sposób niezwykły. To była kwintesencja lata. Podkreślona dodatkowo hiszpańskimi espadrylami La Manual Alpagatera stworzonymi specjalnie na potrzeby kolekcji. Całości towarzyszył najbardziej uroczy wybieg, jaki kiedykolwiek widziałam – z ręcznie utkanego na krośnie chodnika w barwach prezentowanych ubrań.

Podsumowując. Zero słabych punktów. Majstersztyk. Nie tylko ze względu na moje osobiste odczucia. Mogłabym oglądać „Illuminati” bez końca.

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_1

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_2

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_3

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_4

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_5

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_6

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_7

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_8

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_9

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_10

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_11

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_12

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_13

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_14

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_15

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_16

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_17

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_18

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_55

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_19

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_57

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_20

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_21

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_59

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_22

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_23

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_24

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_25

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_26

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_27

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_28

ania_kuczynska_ss_2014_illuminate_runway_show_29

Fot. Jakub Pleśniarski/Filip Okopny

25

lis

Dariuszu…

W zeszły piątek został odkopany prawdziwy skarb. Wspomnienia i emocje z dzieciństwa. Coś, co zyskuje z czasem, niczym dobre wino. Coś, z czego dawniej potrafiliśmy się śmiać – bo niemal każda przeszłość w pewnym momencie wydaje się zabawna. Był taki serial „Siedem życzeń”. Kto jakimś cudem nie zna, temu szczerze zazdroszczę. Bo ma okazję przeżyć wszystkie siedem odcinków po raz pierwszy. Już nie pamiętam, kiedy ja po raz pierwszy go widziałam. Bardzo prawdopodobne, że była to premierowa emisja. I prawdopodobnie w nieznanym mi miejscu Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski oglądali w tym samym czasie przygody Dariusza oraz kota Rademenesa. I wyrabiali sobie ucho na ścieżce dźwiękowej złożonej z piosenek Wandy i Bandy. Gdy nadeszła odpowiednia okazja, postanowili go nam przypomnieć w nietypowej wersji.

Sprawili sobie panowie prezent na trzynaste urodziny marki. Skojarzenia podstawowe. Trzynasty? Pech. Pech? Czarny kot. Rademenes, rzecz jasna, ze swoimi magicznymi oczami. On wystąpił jako pierwszy w pokazie (a raczej jego głowa i świecące zielonymi laserami ślepia). Na odwrócenie złego omenu – czterolistna koniczyna i liczba siedem. Rysunki i napisy pojawiły się wielokrotnie, na finałowe wyjście modelki i modele ubrani zostali w koszulki i bluzy z rzeczonymi grafikami, prezentując nam pełną kolekcję bardziej przystępnej linii projektantów. Warto tu wspomnieć, że Paprocki i Brzozowski jako jedni z pierwszych w Polsce podchwycili trend grafik na t-shirtach. Tylko mało kto w owym czasie o tym wiedział. Choć aktualnie zalewa nas to zjawisko, oni wciąż potrafią stworzyć coś oryginalnego. Ja na przykład prawie padłam z pragnienia na widok koszulki z napisem „hator” (dla niezorientowanych, to fragment zaklęcia Rademenesa).

Sporo się działo. Było i wieczorowo, i ślubnie, i sportowo, i oficjalnie. Sporo kontrastów – tu możemy podziękować osobie, która wzięła na siebie wystylizowanie całego pokazu. Wyszło świetnie. Ciekawie wypadły zapomniane już nieco proporcje i rozwiązania. Spódnice i sukienki do połowy łydki, rękawy 1/2 lub 7/8, „oszukiwany” raglan (czasem całkiem prawdziwy), panele udające nagie ciało, a także przypomniane kilka sezonów temu przez Stellę McCartney panelowe sukienki dające efekt wyszczuplenia. Pojawiło się nawet kilku panów i byli to całkiem udani panowie. Nie jestem pewna, czy pomarańczowy garnitur znajdzie odważnego właściciela. Chętnie bym latem widziała takie stroje na polskich ulicach. Ale chyba potrzebujemy jeszcze więcej czasu. Wzięłam sobie do serca serialową inspirację i dopatrywałam się nawiązań także tam, gdzie niekoniecznie były zamierzone. Różowa sukienka we wzory – wyschnięta egipska ziemia albo – bardziej pozytywnie – cętki żyrafy. Metaliczne materiały – srebrna kulka, w którą zamienił się kot, gdy… (obejrzyjcie sobie po prostu). Złoto i biel – odcinek ze starożytnym Egiptem w tle.

A teraz trochę refleksji negatywnych. To nie jest najlepsza kolekcja projektantów. Choć na wybiegu prezentowała się efektownie (na końcu została obsypana złotym gwiaździstym konfetti i wyposażona w kiście błękitnych balonów), była dość nierówna. Fantastyczne projekty przeplatały się z takimi sobie. Te drugie nie były złe, może po prostu niezrozumiałe. Mocno zabudowane sukienki na ramiączkach zaburzały nawet perfekcyjne sylwetki modelek. Strach pomyśleć, co będzie w przypadku przeciętnej śmiertelniczki. Interesująca sprawa z falbanami. W roli baskinki były nie do zniesienia, ale przy obniżonej talii zdecydowanie zyskiwały. Połyskujące materiały przyniosły więcej kiczu niż zachwytu, próbuję sobie to wytłumaczyć dodatkową inspiracją latami osiemdziesiątymi (w końcu to wtedy „Siedem życzeń” powstało). Choć całość została spięta bardzo wyraźną klamrą, mam wrażenie, że niektóre sylwetki po prostu tam nie pasowały. Z jednej strony to wspaniałe, że co sezon projektanci fundują nam tak rozbudowane kolekcje. Ale z drugiej uważam, że czasem lepiej powiedzieć mniej niż więcej.

Na koniec publiczność spotkała niespodzianka. Właśnie szeptałam znajomemu na ucho, że brakuje tylko „Wandy i Bandy”, gdy nagle rozległy się dźwięki piosenki „Siedem życzeń”, a na wybieg wyszła Wanda Kwietniewska. Poczułam się tak, jakby Paprocki i Brzozowski podzielili się ze mną częścią urodzinowego prezentu i do dziś śpiewam w myślach (czasem, ku utrapieniu najbliższych, na głos) refren, i sprawdzam w programie telewizyjnym, czy przypadkiem gdzieś nie lecą powtórki.

0

1

2

12  23

24

25

26

27

22

29

29b

29c

31 (2)

31 (3)

31

32

33

33g

35

36

37

38

39

41

42

44

45

53

55 (2)

55 (3)

55

61

62

63

64

65

66a

67

68

69

70

70a

70a (2)

70a (3)

70a (4)

70a (5)

70a (6)

71

72

73

74

75

76 (2)

76

77a

77b

77c

77d

79

80

Fot. Filip Okopny – Fashion Backstage
Okulary: MOKO 61

19

lis

Słowniczek faszyn

Moi drodzy! Ponieważ w Polsce robi się coraz bardziej światowo, postanowiłam iść z duchem czasu i nauczyć się nowych określeń funkcjonujących już na co dzień w modnym półświatku. Przychodzą do mnie w wiadomościach, atakują z kolorowych stron magazynów, krzyczą z telewizora i oczywiście wydobywają się z ust sporej liczby spotykanych osób. Kolejność niealfabetyczna, za to logiczna. Chcecie być na czasie? Studiujcie razem ze mną.

Faszyn – swego czasu mawiało się „moda”. Ale faszyn niesie w sobie znacznie więcej. Faszyn to styl życia, stan umysłu, religia. Jeśli nie jesteś faszyn, nie istniejesz. A jeśli jesteś faszyn, nie potrzebujesz tego słowniczka. Sprawdź się!

Katłok – określenie zarówno na ten kawałek przestrzeni, po którym poruszają się modelki, jak i zdjęcia z wybiegu (używamy zawsze w liczbie mnogiej – katłoki). Katłok może być długi albo krótki, wąski lub szeroki. Osobom postronnym nie wolno go deptać. Rychłe rozpoczęcie pokazu zwiastuje przeganianie z katłoku tłumu fotografów pstrykających zdjęcia gwiazdom w ferst roł.

Ferst roł – szereg krzeseł, taboretów lub kubików, przed którym nie ma już nic, tylko katłok, a za którym jest wszystko, co nie powinno nas obchodzić.

Bekstejdż – przestrzeń za katłokiem, zwykle oddzielona ścianą lub zasłoną. Na bekstejdżu dzieją się rzeczy niesłychane. Na przykład modelkom nakłada się makijaż. Nie dziwi więc ogólne pragnienie, by na bekstejdż się dostać. A jeśli jeszcze uda się zrobić zdjęcia – szczyt marzeń osiągnięty.

Iwent – impreza lub wydarzenie, która łączy w sobie katłok, ferst roł i bekstejdż.

Szołrum – miejsce, w którym można zjeść darmowy brancz. W zamian za jedzenie musimy poprzyglądać się ciuchom i poudawać, że się nimi interesujemy.

Brancz – połączenie śniadania i obiadu składające się z niewielkich kolorowych przekąsek, kawy, makaroników i alkoholu. Podawany jest w szołrumach na presdejach.

Presdej – taki dzień w roku, gdy można pić wino od rana i nikt nie odczuwa z tego powodu wyrzutów sumienia. W zamian trzeba wziąć płytę z pakszotami przy wyjściu.

Pakszoty – zdjęcia ubrań bez modelek. Z powodzeniem zapychają wolne strony w magazynach faszyn.

Gifty – różne rzeczy, które z niewyjaśnionych powodów nie weszły do sprzedaży i trzeba się ich pozbyć. Metoda rozdawania giftów świetnie się sprawdza na presdejach.

Sejl – moment, w którym ubrania osiągają ceny, w których powinny być sprzedawane przez cały rok.

Wipsejl – opisywany wcześniej moment, z tym że zaserwowany tylko ludziom o najwyższym statusie w branży faszyn.

Ałtfit – kilka do kilkunastu elementów odzieży i dodatków, zwykle usytuowanych na człowieku.

Longsliw – część garderoby zakrywająca korpus z doszytymi po bokach dwiema wąskimi tubami, w których mieszczą się całe ręce (oprócz dłoni).

Print – wzbudzające niepokój zaburzenie gładkiej powierzchni. Czasem nawet cały ałtfit może być w printy, łącznie z longsliwem.

Bejzik – pojemne określenie na najnudniejsze w świecie ciuchy bez polotu, które dizajner będzie sprzedawać o połowę taniej niż regularną kolekcję.

Ołwersajz – jeśli nie uważałeś na zajęciach z konstrukcji, ołwersajz uratuje Ci skórę. To taki fason, który wejdzie na każdego, bez względu na krój. Trzaskaj ołwersajzy, a Harel na pewno Cię kupi.

Klacz – twór złożony z dwóch prostokątnych kawałków tkaniny lub skóry zszytych ze sobą z trzech stron, z czwartej zakończony klapką lub suwakiem. Klacz nosi się najczęściej podczas wieczornych iwentów.

Dizajner – taki człowiek, który siedzi i wymyśla ubrania. Ewentualnie meble. Zwykle narzeka, że mu się nie powodzi. A jak mu się powodzi, to nikt go nie lubi.

Z pewnością umknęło mi sporo istotnych pozycji z tej nowej polskiej terminologii. Jeśli macie swoje typy, piszcie śmiało! Chętnie się poduczę.

16

lis

Raw Romantic

Jeśli miałabym wskazać najbardziej pozytywną polską markę, bez wahania padłoby na Kombokolor. Jesienna kolekcja tylko mnie utwierdziła w przekonaniu. Raw Romantic to mieszanka wybuchowa. Krzykliwe połączenia kolorów, radosne i surrealistyczne grafiki, niekrępujące fasony. O ile jeszcze do tej pory gdzieś tam czaiła się zachowawczość (albo może raczej ostrożność), aktualnie wszelkie wątpliwości zostały rozwiane.

Pamiętam, gdy podczas nieoficjalnego otwarcia butiku Młodzi Polscy Projektanci, rozmawiałam przez chwilę z twórczynią Kombokolor, Izabelą Jankowską. Tak się złożyło, że miałam na sobie sukienkę jej projektu. Po kolei opisywała mi każdą grafikę. Oczywiście wszystkie stworzyła sama na przestrzeni wielu lat. Historia niektórych sięga przedszkola, inne zostały przez przypadek odnalezione w pamiątkach z podstawówki, jeszcze inne stworzone dla aktualnych potrzeb. Odpowiednio zabarwione i przeniesione na tkaninę metodą sitodruku na nowo odżywają i wnoszą sporo radości do życia noszących. Trzynastka przestaje być pechowa, jaskółka wcale nie zwiastuje deszczu, a wilk nie taki straszny, jak go malują.

Trochę tu dziecięcej naiwności, nawet całkiem poważne deklaracje („one day lover” na przykład) złożone są z liter jakby powycinanych z kolorowego papieru przez mało wprawne rączki. Trochę zmysłowości – gigantyczne usta całe w czerwieni, ale za to nadrukowane na sukience, która nawet gdyby bardzo chciała, nie podkreśli ani odrobiny kobiecych kształtów. Na szczęście nie musi. To kolejne rzeczy, które mam ochotę tu pokazywać. Tym bardziej, im mniej słońca za oknem. Jeśli mamy sobie osładzać najkrótsze dni w roku, Kombokolor zdecydowanie się do tego nadaje.

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (2)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (3)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (4)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (5)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (6)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (7)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (8)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (9)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (10)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (11)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (12)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC (13)

KOMBOKOLOR RAW ROMANTIC

Zdjęcia Michal Polak Photography
Stylizacja Michał Polak i Jakub Pieczarkowski
Make up PATRYCJA SKÓRZAK
Set design MARLA NOWAKÓWNA
Modelka OLGA/ moda forte
Retusz JANEK KWIATKOWSKI

13

lis

Sensei Motel

Czy ADHD może być pozytywne? Znam jeden przykład. I od razu chciałabym zaznaczyć, że ta domorosła diagnoza powstała tylko i wyłącznie na potrzeby tekstu. I że nasza bohaterka ma po prostu niespożyte pokłady twórczej energii i w miejscu usiedzieć nie może. Kilka lat temu wymyśliła markę Mozcau – kobiecą odpowiedź na swoje pierwsze dzieło, Justin Iloveu. W poprzednim sezonie do kliki dołączyła linia Rap Everyday, a za moment oficjalną premierę będzie mieć Silly Banana. Równolegle Kasia Wyrozębska wciąż tworzy nowe akcesoria. Jesienią pojawiły się bawełniane czapki oraz szereg skórzanych dodatków. Właśnie! Skóra. Przez kilka ostatnich lat stała się nieodłącznym elementem Mozcau. Czasem ledwo dostrzegalnym, czasem grającym pierwsze skrzypce. W „Sensei Motel” – kolekcji na obecną jesień i nadciągającą zimę, znów wróciła na podium. Towarzyszy lekkiej bawełnianej dzianinie w czarnym lub granatowym kolorze. Sporo tu elementów bieliźnianych i domowych. Jest zmysłowo, choć w żadnym momencie nie wulgarnie. Nawet czarna koronka – rzecz ryzykowna i trudna, nie przekracza granic dobrego smaku. Co interesujące, z jednej strony można w tych ubraniach plątać się w nieskończoność po domu w wolny dzień. Z drugiej nic nie stoi na przeszkodzie, by wieczorem wskoczyć w szpilki, machnąć raz dwa szminką i być w pełnej gotowości do wyjścia bez przebierania się.

Dla mnie jest już tradycją, że gdy wychodzę na wieczorne spotkania z przyjaciółmi, zwane potocznie imprezami, Mozcau rozwiązuje wszelkie dylematy. Nie określę, ile razy uratowała mnie tunika z kolekcji Heroine Carnival, a wcześniej biała bluzka z dyskretnym logo, którą wyeksploatowałam na amen. Najnowsza zdobycz też już została przetestowana. Ufff… Przez najbliższe miesiące jestem bezpieczna.

P.S. Od niedawna możemy odwiedzać showroom Mozcau w Warszawie przy ulicy Krochmalnej 32a/35 po uprzednim umówieniu się na spotkanie. Kontakt na stronie.

mozcau motel sensei (3)

mozcau motel sensei

542017b3be

mozcau motel sensei (10)

mozcau motel sensei (5)

mozcau motel sensei (6)

mozcau motel sensei (8)

mozcau motel sensei (7)

sensei

mozcau motel sensei (9)

mozcau motel sensei (4)

Zdjęcia: Mozcau

8

lis

Inkkas

Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z Inkkas, moją uwagę przyciągnęły nie buty, a wełniany wzorzysty kocyk. Ozdabiał stoisko marki jako namacalny dowód na to, że buty wykonane są z tradycyjnych peruwiańskich tkanin. Uwielbiam wszelkiego rodzaju etniczne produkcje, zwłaszcza ręczną misterną robotę. Każdy kraj charakteryzują inne wzory, kolory, surowce. Zbieram te rzeczy i noszę od czasu do czasu jako dodatek do moich nudziarskich szarych uniformów.

Kocyk by się przydał, ale jako część istotnej ekspozycji niestety nie był na sprzedaż. Swą powinność spełnił, zauważyłam buty. Od zgromadzenia tylu kolorów na tak małej powierzchni może się zakręcić w głowie. Wrażenia pozytywne biorą na szczęście górę. Łatwo się domyślić, że to buty z misją. Tkanina nieprzypadkowa, produkcja ręczna, z poszanowaniem zasad sprawiedliwego handlu, bez użycia skór i futer zwierząt. Dodatkowo 10% ze sprzedaży przechodzi na konto fundacji Amazon Watch. Więc wyrzutów sumienia zakupy nam nie przysporzą.

W Polsce dystrybucją trampek Inkkas zajmuje się wrocławska firma Amazonikka. Można je kupić w sklepie internetowym (aktualnie trwa promocja). Na stronie firmy znajdziemy też adresy sklepów stacjonarnych. Polecam obejrzenie na żywo, bo żadne zdjęcia ich uroku nie oddadzą.

inkkas5

inkkas1

inkkas2

inkkas3

inkkas4

Zdjęcia: Amazonikka.pl