Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

31

sty

Le Petit Trou

O bieliźnie piszę tu rzadko (albo nawet bardziej niż rzadko). Rzecz istotna, czasem nawet urody wręcz niezwykłej. Tyle że na co dzień niewidoczna. To wada i zaleta jednocześnie. Odpowiednio dobrana czyni cuda. Nieodpowiednio – prawdziwą masakrę. Idealna to taka, która sprawia, że ubranie leży na nas co najmniej świetnie, więc na cały dzień możemy o niej zapomnieć. Ale gdy sytuacja wymusi na nas przywołanie jej do pamięci albo wręcz wystawienie na światło dzienne (lub nocne), z niekrytą dumą się w niej zaprezentujemy.

Pojawiła się niedawno nowa polska marka: Le Petit Trou. W tłumaczeniu na język ojczysty brzmi zaczepnie: „mały otworek”. Otworek ów odsłania część pośladków zwykle ukrywaną za materiałem. I nie dość, że odsłania, to jeszcze eksponuje. A to za pomocą zasznurowanej satynowej wstążeczki, a to koronkowego ukośnego wycięcia lub konstrukcji z sześciu promieniście wszytych tasiemek. Na razie powstało pięć modeli, ale marka ma ambitne plany i będzie się prężnie rozwijać. Rozmiary standardowe: S, M i L. Skład? Głównie mieszanki nylonu, poliamidu i poliestru z elastanem (za jedwab trzeba by było zapłacić dużo więcej, ale kto wie, jak się ten biznes rozkręci?). Dzięki temu można spokojnie prać je w pralce. Podejrzewam, że poziom zmysłowości, jaki reprezentują, zawstydzi niejedną pralkę (i nie tylko). To jak, dziewczęta? Już wiecie, co chcecie dostać na Walentynki?

P.S. Zapomniałabym! Te cuda w czerni posiadają tak piękne opakowanie, że aż kusi, żeby trzymać je tam zawsze i tylko dodawać do kolekcji kolejne pudełka.

le petit trou

le petit trou

le petit trou (2)

le petit trou (3)

le petit trou (4)

le petit trou (5)

le petit trou (6)

image_4

image_2

 Fot. Mateusz Stankiewicz, Małgorzata Turczyńska

30

sty

Limited Collection 2014

A jednak da się stworzyć coś pięknego z udziałem blogerki. Wcześniej nie miałam wątpliwości, ale po ostatnich rewelacjach zaczęłam wątpić. Nie będę przytaczać, cóż to za rewelacje, kto wie, ten wie, kto lubi, ten lubi, a kto nie, ten nie. Swoje zdanie przemycam między wierszami, bo za bardzo nie mam ochotę na bezpośredni komentarz. Justyna Chrabelska dostrzega potencjał w osobach młodziutkich, choć – wydawałoby się – średnia wieku jej klientek jest znacznie wyższa niż naście czy nawet „dzieścia”. Po pierwsze ze względu na spokój, który od jej ubrań bije, po drugie ceny, które przeciętną studentkę, a tym bardziej licealistkę, raczej skutecznie odstraszą. Chyba że pomyśli bardziej perspektywicznie niż w jej wieku przystoi i odłoży nieco funduszy do starej dobrej świnki skarbonki.

Pierwsza rzuciła mi się w oczy Jessica Mercedes. Czy może raczej – nie rzuciła się. Podczas jesiennej edycji Łódzkiego Tygodnia Mody wystąpiła w tym zestawie i gdyby nie przekorne dodatki, prawdopodobnie bym jej nie rozpoznała. Potem jeszcze kilkakrotnie pokazywała się w projektach Justyny. Wybór dla mnie zaskakujący, ale efekt lepszy niż bardzo dobry. Jednak twarzą zimowej kolekcji została Alicja Zielasko. Też młoda, też blogująca, też pozornie daleka od stylu projektantki. Ale tylko pozornie. Bo to, czego dokonał zespół osób odpowiedzialnych za tę sesję, jest po prostu perfekcyjne. Nie widzę żadnej innej możliwości, właściwa kobieta na właściwym miejscu, we właściwych ubraniach i właściwym otoczeniu.

Sama kolekcja jest niewielka, ale świetnie oddaje kwintesencję stylu Chrabelskiej. Ponieważ mamy zimę, uszyta została ze stuprocentowej wełnianej tkaniny. Składa się z dwóch modeli bluz w różnych wersjach kolorystycznych (bordo, brąz, czerń i kremowy, a także czerwono czarna krata). Pierwsza – fason już flagowy – z falbankami na ramionach, obecna w niejednym sezonie. Druga – z trójkątnie ciętą linią przodu i szeroką stójką. Miękkość i marszczenia jednej kontrastują z surowością i geometrią drugiej. Dziewczyna i kobieta. Łagodność i zdecydowanie. Bluzom towarzyszą prostokątne torby i dwustronne szaliki w kratkę. Można je kupić w warszawskim sklepie przy ul. Frascati 3/8 albo zamówić mailowo (info@justynachrabelska.com). Na aktualne mrozy będą jak znalazł.

justyna chrabelska limited edition 2014 (4)

justyna chrabelska limited edition 2014 (5)

justyna chrabelska limited edition 2014 (6)

justyna chrabelska limited edition 2014 (7)

justyna chrabelska limited edition 2014

justyna chrabelska limited edition 2014 (2)

justyna chrabelska limited edition 2014 (3)

Foto: Kuba Dąbrowski/ LAF AM
Modelka: Alicja Zielasko/ Alicepoint
Make up: Magdalena Łach/ Kokarda Makeup Blog
Produkcja: Weronika Płocha

28

sty

W Polsce dobrych butów nie kupisz?

I znów muszę się odwołać do wspomnień. Tym razem niedalekich, bo z początku istnienia tego bloga. Czy pamiętacie, gdzie kupowaliście swoje buty w poprzedniej dekadzie? I czy naprawdę Wam się podobały, czy raczej stanowiły wybór najmniejszego zła? Czy jeśli sobie coś wymarzyliście, było to osiągalne, czy raczej wzdychaliście do zdjęć w magazynach i internecie z poczuciem niespełnienia?

W owym czasie większość swoich marzeń spełniałam za granicą. I nie to, że non stop podróżowałam i na wszystko było mnie stać. Tak się składało, że co jakiś czas gdzieś mnie niosło, składało się też, że głównie w momentach wyprzedaży. W ten sposób moja kolekcja butów wzbogaciła się m.in. o przecenione o połowę Adidasy zaprojektowane przez Yamamoto (jeszcze zanim ruszyła marka Y3, a Harel nie było nawet w planach) czy skórzane kozaki w karmelowym kolorze, po które chciały mi się włamywać do domu czytelniczki Lookbooka (tego mojego szafiarskiego bloga, o którym ostatnio zbyt często tu wspominam…).

Obecnie rzecz ruszyła w drugą stronę. Bez większych problemów kupimy w Polsce obuwie dowolnej znanej marki. I spełnimy każde marzenie, bez narzekania, że po dobre buty to tylko do Włoch. Chcemy karmelowy? Zero problemu (mam tak dość tego koloru, że te moje ukochane kozaki poszły w odstawkę – ale wyciągnę je za parę lat i wciąż będą jak nowe). Botki motocyklowe, sztyblety, sandały a’la Carrie Bradshaw (pamiętacie, szafiarki pierwszej generacji?).

Ja jednak wciąż odnajduję przyjemność w poszukiwaniu modeli niszowych, bo wciąż pewna część mnie lubi mieć coś, czego nie mają inni (lub coś, co niekoniecznie modne i popularne). Dlatego takie miejsca w sieci, jak trzy sklepy, które za chwilę opiszę, odwiedzam z dreszczykiem ekscytacji. A nuż trafi się kolejny skarb do kolekcji? Kupowanie butów przez internet? Da się, naprawdę. Raz w życiu zdarzyła się sytuacja, że nie trafiłam z rozmiarem. I tylko dlatego, że rozmiarówka okazała się nietypowa. Warto pytać, prosić o dokładne wymiary – sklepy poniższe są na tyle kameralne, że nasze wiadomości na pewno nie zaginą w czeluściach skrzynek mailowych właścicieli. Jeśli stanie się inaczej, możecie krzyczeć na mnie, że pokładałam w nich zbyt wielkie nadzieje.

Kropka Shoes – przyznam się od razu, że nie miałam pojęcia o ani jednej marce z asortymentu. F-Troupe, New Kid, Dolfie, Swap czy Charles Philip nie mówiły mi nic a nic. Aż nagle je ujrzałam i teraz mówią chórem: „Kup mnie!”. Pomysłodawczyni tego miejsca tłumaczy: „Założenie jest proste, sprowadzamy buty nieznanych w Polsce marek, które mają już wiernych fanów wśród naszych sąsiadów, tych ze wschodu i zachodu, północy i południa. I kropka.”. Powinna jeszcze dodać, że budzi tym samym węże w kieszeniach.

kropka (5)

kropka

kropka (2)

kropka (3)

kropka (4)

Pan Pablo to taki facet, który o butach opowie Wam wszystko. Znajdzie buty wegańskie, zachęci do współpracy artystów (jak choćby przy inicjatywie Mai Project), a poza tym jest właścicielem psa marki Jack Russell Terrier (kolor lakieru biały, niewielki prześwit, rozwija niezwykłe prędkości) – a to bardzo prosta droga, by zdobyć moją sympatię. „PanPablo sprawdza materiał, z jakiego wykonano model buta, dotyka, oceniając jego fakturę.  Upewnia się czy jakość rodzaj klejenia, bądź szycia nie zawodzi naszych oczekiwań. Próbie podlega nawet jakość bawełny, z której wykonano sznurowadła”. Tak, nawet się domyślam, czyje ząbki te sznurowadła sprawdzają, he he.

keep company

922

953

karhu

All about shoes już u mnie gościło. A ja chętnie goszczę w All about shoes. Wolę nie liczyć, na ile par butów już się tam skusiłam. A wszystko przez to, że właścicielka ma gust niebezpiecznie zbliżony do mojego. Nawet kolory i desenie lubimy te same (granat i paski – jesteśmy taaaakie przewidywalne). No i wyszukuje prawdziwe perełki. Pierwotnie we Włoszech, aktualnie m.in. w Holandii (marka Lazamani produkuje chyba najpiękniejsze botki motocyklowe na świecie – i w dodatku całkiem lekkie, jak na ten typ). Asortyment konsekwentnie poszerza o torebki i biżuterię, a stacjonarnie także ubrania (butik „w realu” mieści się na warszawskiej Saskiej Kępie przy ul. Walecznych 19). Aktualnie warto wpaść po torby Piotra Czachora oraz La Boba Studio oraz ubrania Borko i Risk. Ale miało być o butach, a ja tu jak zwykle z dygresjami.

bef2f263386525aa949ba430c72f431c

76a806292e96e8d28603d31ddd19f017

92e218f0250dfe1669761c764e817549

71671b17ee0fe60b6c2f61767ac3a9f9

a6e7d8b2199e282782728590414ad6a3

Podsumowując, stwierdzenie, jakoby w Polsce fajnych butów nie było, straciło rację bytu (najpierw napisałam „rację butu” – kusiło nawet, żeby zostawić). Na szczęście. Takie miejsca, jak tu wspomniane, nawet jeśli tylko wirtualne, z powodzeniem przyczyniają się do wzrostu naszej obuwniczej świadomości, a także obuwniczych pragnień. Czy to dobrze? Ja nie narzekam.

27

sty

Czas

I już po raz drugi w ośmioletniej historii bloga postanowiłam opuścić tę niecną przestrzeń jaką jest… Facebook. Tak, wiem, obiecywałam Wam, że to słowo się na blogu w tym roku nie pojawi. No to pojawia się ostatni raz, obiecuję. Nie znikam kompletnie, nie kasuję profilu, ale raczej będzie sobie działać jako archiwalny śmietnik, a nie aktywny fanpage. Dlaczego? Chodzi o czas. Mój i Wasz. Ogromnie się cieszę z każdej osoby, która polubiła moją obecność tam – zwłaszcza że ani jednej do tego nie namówiłam. Jestem jednak pewna, że znacznie bardziej doceniacie i lubicie moją obecność tu.

Mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach wszyscy się przenieśliśmy do niebieskiego świata na F. I to tak totalnie. Nawet osoby, które szanuję za mocne stanie na ziemi, dały się wciągnąć w wir „żebrolajków”. Niby nic złego, ale mam niesmak, gdy kolejny człowiek zachęca mnie do polubienia czegoś albo organizuje konkurs, co podobno jest na Facebooku zabronione. Ponadto sam Facebook wprowadził szereg tzw. ograniczeń widoczności. Na tym blogu żadnych ograniczeń nie ma. Kto chce, ten go sobie ogląda. Ba, może nawet czytać i nie będzie rozpraszany ani reklamami, ani cosekundowymi zmianami statusu.

No i wreszcie… Facebook jest negatywny. Tyle błota, jadu i bagnistych substancji nie znajdziecie nawet w najbardziej egzotycznej dżungli. Nie mam na myśli inteligentnie formułowanych złośliwości, które uwielbiam w każdej dawce. Ale te wszystkie afery i aferki, które, chcę tego czy nie, dopadają mnie w najmniej oczekiwanym momencie i wciągają niczym czarna dziura, straszliwie męczą. No i pożerają cenne minuty mojego życia. W ostatnich tygodniach wykonałam zmyślne podsumowanie docierających do mnie informacji. Ile było cennych, a ile kompletnie niepotrzebnych i psujących humor. Zgadnijcie, jaki był wynik?

Czas. Kto nie narzekał ostatnio na brak czasu, ręka w górę. Nie widzę rąk. Wyobraźcie sobie, że szanuję Wasz czas. Jeśli mam go Wam zabierać, chcę to zrobić w najbardziej efektywny sposób. Ostatnio wciągnęły mnie dwa nieco inne i mniej rozpraszające narzędzia. Obydwa działają w języku obrazkowym. Pierwsze to źródło takich materiałów, że dzień w dzień muszę zbierać szczękę z podłogi. Znamy i kochamy, ale doceniamy dopiero teraz. Pinterest. Zapraszam do mojej niewielkiej przestrzeni, mając nadzieję, że otworzy Wam ona przestrzenie dalsze, kompletnie nowe i radosne. Drugie być może nieco zrekompensuje Wam wieloletni już brak mojego bloga szafiarskiego (to nie mój pomysł, ostatnio znajoma wpadła na to porównanie). Bo rzeczywiście czasem się tam pokazuję. I to z własnej woli. Instagram. Stanowi zdecydowanie lepszą odnogę tego bloga niż rzeczony Facebook. I też można zostawiać tzw. „lajki”. Korzystam, dopóki całkiem go nie skomercjalizują. Potem pewnie też się zmyję. Taka już moja natura.

Zmiany, zmiany, zmiany…

harel

24

sty

You’re under arrest!

W 1985 roku Miles Davis wydał płytę pod tym tytułem. Sporo w niej akcentów policyjnych (jest nawet jeden akcent polski – dość zabawny) i mnóstwo fantastycznych gości. Gdy po raz pierwszy oglądałam biżuterię zaprojektowaną wspólnie przez Ewelinę Kustrę i Anię Kruk, skojarzenie było błyskawiczne. Niezwykle zdolny zespół, policyjny temat przewodni i rozbudowana, a jednocześnie jednolita forma (choć łącząca w sobie różne style). No i to, co zarówno w muzyce, jak i w modzie cenię sobie ogromnie. Twórcy nie przekrzykują się, tylko tworzą wspólnie. Co John Scofield skomponował, Miles Davis zagrał. Co Miles wymyślił, to Sting wyrecytował. Efekt broni się do dziś, choć w przyszłym roku będzie miał trzydzieste urodziny.

„Call the police” to tytuł kolekcji biżuterii stworzonej przez dziewczyny dla marki SHE/S A RIOT. Składa się ona z modułów, które można dowolnie ze sobą łączyć. Mosiężne lub silikonowe bazy różnej szerokości wyposażone zostały w ozdobne elementy, do których przyczepia się zawieszki w kształcie kajdanek i colta. Albo po jednej, albo ile wlezie. Zależy to tylko od naszego humoru oraz zasobności portfela. Choć tak biżuteria droga nie jest i już za 29 zł możemy mieć pierścionek lub wisiorek. Im więcej elementów, tym głośniej, oczywiście. Bo te ozdoby dźwięczą przy każdym ruchu. Nikogo nie chcę namawiać, ale ja bym chętnie przygarnęła silikonową bransoletkę przy najbliższej okazji (za moment napatoczą się Walentynki). Podejrzewam, że w tych pragnieniach nie jestem osamotniona. No i to jedyne kajdanki, które mogłabym nosić (nie dopadł mnie szał na twarze Greya, nie czytałam nawet tytułów pozostałych części – gdybym używała emotikon, tu byłby ironiczny uśmieszek). Hands up!

SHESARIOTbyANIAKRUK_AniaKruk_EwelinaKustra_2_kwadrat

SHESARIOTbyANIAKRUK_AniaKruk_EwelinaKustra_1

HANDS_UP_szeroka

HANDS_UP_waska

KAJDANKI

LONG_STORY

MWK_P186_02

MWM_P016

MY_BLING_RING_srednia_2b

MY_BLING_RING_szeroka_1b

PISTOLET

ARMY_AURA_1

Zdjęcia: SHE/S A RIOT

21

sty

fine line

Agata Bieleń. Jej biżuterii nie da się pomylić z żadną inną. Oszczędnie, prosto, ale nigdy banalnie. Nawet jeśli dzieje się więcej niż zwykle, jest zachowana równowaga. W odsłonie najnowszej nastąpił powrót do początkowych fascynacji Agaty – linii prostych (stąd tytuł kolekcji). To udany eksperyment przeniesienia geometrycznych rysunków na papierze w rzeczywisty trójwymiarowy świat. Ulegamy złudzeniom, widząc krawędzie, których wcale nie ma. Dzięki temu zabiegowi biżuteria – choć wizualizująca bryły – pozostaje niezwykle lekka. Całość wykonana jest ze stali szlachetnej. Ręcznie, rzecz jasna. Bransoletki, pierścionki, naszyjniki i kolczyki składają się w kilkanaście modeli reprezentujących kolekcję. Ponadto występują w niej modele unikatowe, dostępne tylko i wyłącznie w sklepach stacjonarnych.

Proste jest piękne – ta myśl przyświeca Agacie od samego początku. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję ją spotkać, pierwszy rzut oka wystarczy, by stwierdzić, że ona naprawdę tak uważa. „Wpadłam ostatnio na zdanie, że kiedy produkt jest doskonały (tudzież dobrze zaprojektowany) – znika, przestajemy go zauważać, ponieważ staje się częścią nas.
Chciałabym, żeby taka właśnie była moja biżuteria” – mówi projektantka. Jest dla mnie ogromnie cenne, gdy twórca pozostaje autentyczny. I działa w zgodzie ze sobą, a nie badaniami rynku – jeśli wiecie, co mam na myśli. Ale to już temat na inny dzień.

agata bielen fine line (4)

agata bielen fine line (5)

agata bielen fine line (6)

agata bielen fine line (7)

agata bielen fine line (8)

agata bielen fine line (3)

agata bielen fine line

agata bielen fine line (2)

Fot. Karolina Miądowicz
Modelka: Natalia/AMQ