Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

26

kwi

Dream Nation

Jak ja to zrobiłam, że jeszcze nigdy nie wspomniałam tu o Dream Nation? Zachodzę w głowę i naprawdę nie wiem. Być może musiał przyjść odpowiedni moment. Było ich nawet kilka. Pierwszy, gdy przeczytałam wywiad z Luizą Jacob w Wysokich Obcasach i zorientowałam się, że organiczna bawełna w Polsce to nie tylko gładkie powierzchnie. Drugi, gdy znajoma sprawiła swojemu mężowi spodnie na Walentynki. W pracowni Dream Nation na Saskiej Kępie, o której nie miałam pojęcia. No i trzeci, gdy do tejże pracowni dotarłam i kupiłam sobie pierwszą (i z pewnością nie ostatnią) rzecz zaprojektowaną przez Luizę. A zanim kupiłam, z projektantką pogadałam i okazało się, że mogłabym tam siedzieć godzinami i zapewne tematy by się nie kończyły. Od autorskich nadruków po przedziwne propozycje z Bangladeszu (nie uwierzylibyście!), refleksji na temat polskich upałów do ekologicznej świadomości rodaków i nie tylko. między ciężkimi belami materiałów oraz wieszakami z kolorowymi ciuchami dla dorosłych i dla dzieci.

Potem było przymierzanie i szczere opinie osoby, która wie najlepiej, jak te rzeczy powinny na człowieku wyglądać. I w końcu wybór. Sukienka (a jakże!) worek (a jakże!) z kieszeniami (a jakże!) w absolutnie szalony deseń zaprojektowany przez Roberta Kutę (który posiada magiczne właściwości ożywiania polskich projektów i przemycania sztuki do życia codziennego – chyba muszę kiedyś tu o nim samym coś niecoś skrobnąć).

Wracając do sedna, oto sezon letni według Dream Nation. Bawełna organiczna występuje tym razem pod postacią dzianiny oraz piki (niezwykle lekkiej odmiany, idealnej na wspominane wcześniej upały). Tytuł „Tribe”, co w polskim tłumaczeniu daje spore pole do interpretacji. Bo mamy i plemię, i szczep. i ród. Zarówno same wzory jak i poniższa sesja odwołują się do wszystkiego po trochu. Sama Luiza wspomniała, że swobodną referencją lookbooka były dawne katalogi Benettona. Różnorodność, brak podziałów nawet na płeć – bo te ciuchy można przekładać z szafy damskiej do męskiej i odwrotnie. Zdjęcia stanowią idealne odwołanie do nazwy marki. Jeśli w ogóle wyróżnia jakiś naród, będzie to Dream Nation właśnie. I sobie państwo marzą, śnią i wyglądają cudnie, w każdej szerokości czy długości geograficznej.

Nadruki w „Tribe” to swobodne odwołanie do sztuki plemienia Ndebele – bezkonkurencyjnych mistrzów kolorowej geometrii (polecam wpisać w wyszukiwarkę i obejrzeć efekty), a także powrót do starych dobrych krajobrazowych fotografii, poprzecinanych białymi grafikami, przywołujących z kolei kulturę Inków. Czarna, jakby dziecięca kreska na białym tle, uzupełniana kolorami (jak stara dobra kolorowanka), to dzieło Roberta Kuty. Jest w niej i naiwność, i szaleństwo. Nie bez powodu zapewne kojarzy mi się z zespołem Die Antwoord (oczami wyobraźni widzę kolejny wariacki teledysk z kostiumami prosto z Polski).

Dream Nation to nie tylko ubrania. Rzadko kiedy decyduję się napisać coś takiego, ale ta marka naprawdę ma przesłanie. To moda tak bardzo ekologiczna, jak tylko się da. Udowadniająca niedowiarkom, że ciuchy przyjazne środowisku to nie tylko zgrzebne szaty (naprawdę wciąż chodzi taki stereotyp, sama się dziwię). Jej twórczyni wierzy, że zmiany są możliwe. Dzięki niej też się nastrajam optymistycznie.

dream nation tribe (4)

dream nation tribe (10)

dream nation tribe (5)

dream nation tribe (6)

dream nation tribe (3)

dream nation tribe (8)

dream nation tribe (7)

dream nation tribe (9)

dream nation tribe

dream nation tribe (2)

Fot. Zuza Krajewska
Stylistka: Sara Milczarek
Makijaż: Aleksandra Foka Przyłuska
Włosy: Gor Duryan , Klaudia Jaśpińska
Modele:Kamil Kociak (Asmanagement), Nin Kozieradzka, Izuzu Izabela Meldo, Adam Mkangawa, Magda Roman(D’VISION), Natalia Pietruczuk (D’VISION)
Studio: Tęcza

24

kwi

Fashion Revolution Day

Czy ktokolwiek się spodziewał, że będzie lepiej? Słów mamy aż nadto (a polubień na Facebooku jeszcze więcej), ale działań niekoniecznie. Jesteśmy bezkonkurencyjni w wyrażaniu własnego zdania, zwłaszcza jeśli można coś zbojkotować. Swego czasu zadałam tu pytanie, co JA mogę zrobić w tej sytuacji. I zrobiłam. Do pewnych sklepów nie wchodzę, o pewnych markach tu nie piszę. Wystarczy? Oczywiście że nie. Ale zawsze to dobry początek. Minął rok od katastrofy Rana Plaza w Bangladeszu. Nie będę uderzać w wysokie tony, pozostawię Was z raportem Clean Clothes Polska, który dosłownie chwilę temu ujrzał światło dzienne. Wyniki nie są optymistyczne, co było do przewidzenia. Jak czytamy we wstępie, „CCP przeprowadziła badania warunków pracy w trzech fabrykach produkujących na zlecenie polskich firm odzieżowych: LPP, Carry, Monnari i w przeszłości – Redan. Wywiady z prawie stu osobami szyjącymi ubrania polskich marek pokazały, że warunki ich pracy odbiegają znacząco od standardów praw pracowniczych. Szwaczki pracują w ciągłych nadgodzinach, często siedem dni w tygodniu, bez zwolnień w razie choroby i płatnych urlopów”.

Owszem, warto poznać drugą stronę medalu, zanim założy się kolejny fanpage bojkotujący to i owo – tu zachęcam do przeczytania tekstu „Między rozumem a sumieniem” Martyny Nawrockiej napisanego dla portalu Ultra Żurnal w październiku poprzedniego roku – niejako na fali reakcji na brak jakichkolwiek działań ze strony wspomnianego tu LPP. Autorka sama zachęca do małych, ale przemyślanych działań. Takim działaniem jest Fashion Revolution Day. Jednocześnie aktywny i symboliczny, zmuszający nie tylko do refleksji (o tym za chwilę).

W rocznicę wydarzeń w pięćdziesięciu dwóch krajach (w tym w Polsce, oczywiście) rusza akcja Fashion Revolution Day właśnie, zainicjowana przez Carry Somers – propagującą etyczne działania w przemyśle odzieżowym w Wielkiej Brytanii. Tytuł tegorocznego przedsięwzięcia brzmi „Who made your clothes?” (czyli „Kto wyprodukował twoje ubranie”). Aby wziąć w niej udział, wystarczy założyć ulubione ubranie na lewą stronę, tak żeby była widoczna metka i nazwa marki, zrobić sobie zdjęcie, opublikować je z hashtagiem #insideout na profilu FB, a następnie, wysłać marce pytanie, kto, gdzie i w jakich warunkach wyprodukował tę rzecz. Organizatorzy chętnie pomogą, jeśli nie doczekamy się odpowiedzi. Odbywa się także szereg działań w różnych miastach – szczegóły znajdziemy na stronie Fashion Revolution Poland.

Nie oszukujmy się, rewolucji nie rozpętamy. Przynajmniej ja nie mam złudzeń. Ale poszerzanie wiedzy i budowanie własnej konsumenckiej świadomości to całkiem niezły początek. Kto by o tym myślał dziesięć lat temu? No dobrze, znam takich, którzy myśleli nawet trzydzieści (niekoniecznie osobiście, ale znam), natomiast stanowili raczej ciekawostkę niż silną grupę.

Prośba (czy może apel) od Harel. Czytajmy metki. Nie tylko te z instrukcją prania, ale też z miejscem pochodzenia. Pytajmy, bo mamy prawo wiedzieć. Takie organizacje jak Clean Clothes czekają na naszą ciekawość z otwartymi ramionami. Bo sami poszukują odpowiedzi i robią to w sposób bezkompromisowy. Akurat w tym wypadku (parafrazując klasyka) czarne jest czarne, a białe jest białe.

2_FRD_base+campaign_landscape

23

kwi

Just say Yes…

Scenariusz zawsze jest podobny. Czas akcji: weekend. Miejsce akcji: dowolne targi polskich marek. Scenografia: dziewięćdziesiąt dziewięć stoisk budzących średnie zainteresowanie i jedno z tłumem kobiet przymierzających sukienki. No dobrze, nie stoję tam co tydzień i nie obserwuję, czy tak jest non stop. Ale jak dotychczas było właśnie tak jak opisuję (a bywałam w różnych miejscach o różnej porze). Oto YES TO DRESS – dziecko Bożeny Karskiej, kobiety od lat związanej z polską modą. Kobieta wybrała się w spontaniczną podróż do Mediolanu i nagle, w deszczowy dzień, narodził się pomysł stworzenia własnej marki. Marka niczego nie udaje i do wielkiej awangardowej mody nie aspiruje. Powstała dla kobiet, tak po prostu. Zaczęło się trzy lata temu od ubrań dość oficjalnych, potem zaczęły się pojawiać modele sukienek o kobiecych imionach (a jakże) – do wyboru, do koloru – na specjalne zamówienie. I wtedy ruszyło. Okazało się, że stałe klientki, które wierności marce dochowują do dziś, potrafiły nosić jeden i ten sam model sukienki przez całą ciążę na przykład – tak się fason dopasowywał, choć idea Bożeny Karskiej daleka jest od banalnego oversize’u.

Mam wrażenie, że fenomen tkwi w uszach projektantki. W uszach? Tak, to nie błąd Waszej percepcji ani moich palców. Bo ona potrafi słuchać. I gdy tłum kobiet szturmuje po raz kolejny jej stoisko, Bożena wychwytuje wszelkie sugestie, uwagi, a nawet narzekania. I z pozytywną energią, która chyba nigdy jej się nie kończy, wciela w kolejne projekty pragnienia klientek. Oczywiście działa sprytnie i po swojemu, ale gdzieś po drodze odnajduje kompromis.

Poniższa sesja jest spełnieniem jednego z jej marzeń. Jak sama przyznaje, od kiedy trafiła na bloga Rebel Look, zapragnęła, by jego autorka wystąpiła w projektach Yes to Dress. Udało się. I przy okazji nagle okazało, że buntowniczka w sukience to wcale niegłupi pomysł.

21

23

2

3

4

5

8

10

15

17

Fot. Łukasz TurekModelka: Rebel Look

22

kwi

Herzlich Willkommen

To miał być wpis na Lany Poniedziałek, ale zaspałam, cóż zrobić… Herzlich Willkommen – mistrzynie nadruków i mody nieoczywistej nie zawiodły i tym razem. Choć uderzyły w zdecydowanie bardziej sportowy ton. Zamiast delikatnych, miękkich grafik – ostra, najprostsza na świecie kratka, jak z zeszytu od matematyki. Żeby jednak nie było nudno, momentami zaburzona czymś pomiędzy morską falą a rozświetloną przez słońce chmurą. Zauważam też pewien mikro trend, obecny w tym roku choćby u Nenukko. Sygnowanie nazwą marki (lub tekstowym motywem przewodnim) szerokiej gumy zdobiącej spódnice, szorty, legginsy czy bieliznę. Sprytne podchwycenie powracającej mody na widoczne logo. Tym przyjemniejsze w wypadku młodej marki, że jeszcze nie opatrzone.

Obszernym fasonom chwilowo mówimy „do widzenia”. Wrócą, to bardziej niż pewne, ale na razie wszyscy mamy być fit i seksi, niczym po pełnym sezonie ćwiczeń z najmodniejszą aktualnie trenerką „jutuberką” (nie wiem, która obecnie święci triumfy odsłon, leniwa ja!). To, czym Herzlich Willkommen swego czasu zasłynęły, jest wciąż obecne – i to w ilości jak na niewielką kolekcję obłędnej. Kostiumy kąpielowe albo, używając retro języka, opalacze. Całkiem klasyczne lub nieco przewrotne (jeśli chcielibyśmy się opalić w nieregularne łaty, nie mogliśmy lepiej trafić). Do noszenia zarówno nad basenem, jak i w mieście – z gracją wskakujące w rolę zapomnianego przez lata body.

Materiały też ciągną w stronę sportu (ortalion, poliester), choć już sumieniom projektantek pozostawiam, czy są oddychające, czy wręcz przeciwnie. Na pewno komponują się w logiczną całość. Zresztą takie wrażenie zrobiły na mnie już podczas pokazu w Łodzi. Przeźroczyste, siatkowe i elastyczne – świetne do noszenia warstwami. Plus dodatki. Jak zwykle bezbłędne. Torby, worki i plecaki w autorski nadruk, rzecz jasna. Dobry pomysł dla tych, którzy chcą po polsku, ale nieco się boją. Plecak z ostatniego zdjęcia – jak dla mnie mistrzostwo świata.

herzlich willkommen (7)

herzlich willkommen (6)

herzlich willkommen (10)

herzlich willkommen (11)

herzlich willkommen (12)

herzlich willkommen (13)

herzlich willkommen (2)

herzlich willkommen

herzlich willkommen (3)

herzlich willkommen (4)

herzlich willkommen (5)

herzlich willkommen (8)

herzlich willkommen (9)

Fot. Zbigniew Olszyna
Włosy i makijaż: Ewa Matusik
Modele: Marzena Pokrzywińska, Stanley/D’vision
Specjalne podziękowania dla: Fashion PR, Sklep Koszykarza Kicks

17

kwi

Pali się!

Kot jest na strychu, w trwodze się miota, biegną strażacy ratować kota” – gdy zaproszenie na pokaz zdradziło tytuł kolekcji, pierwszy do głowy przyszedł Brzechwa, nie Doorsi. Ciekawe, czy znaczy to coś więcej niż jedno skojarzenie, które ubiega drugie. „Fire!” – głośne, neonowe, z wykrzyknikiem. Tak nas wczesną wiosną postanowił wprowadzić w późną jesień polski projektant.

Nie wiem, co musiałby zrobić Michał Szulc, żeby rozczarować publiczność. Choć staram się nie być, pozostaję stronnicza. W końcu od lat należę do grupy jego wyznawców. Idąc na pokaz, mam pewność, że obejrzę coś dobrego. Bez względu na to, jaki Michał obierze kierunek i co w jego głowie kiełkowało tych kilka miesięcy wcześniej. W sposób godny podziwu potrafi on połączyć własną wizję z komercją, a poczucie humoru z łatwością interpretacji (po ludzku mówiąc, jego projekty nadają się do noszenia od ręki). Bawi się deseniem (w tym wypadku tysiącami groszków w najróżniejszym wydaniu – od wytłaczanych na zgrzebnych swetrach, przez zdobiące przeźroczysty szyfon, po wyszywane na tkanej wełnie), formułą (odblaskowe uniformy w wersji stuprocentowo kobiecej, ukośne poły ramoneski, długie udawane kieszenie), krojem (zwróćcie uwagę na formę kieszeni). Wiernym fanom pozostawia nieco Szulca (eliptyczne wstawki, wędrujące przez cały płaszcz na przykład), a wiecznym malkontentom rzuca nieco nowości, żeby utrudnić drogę do narzekania.

O ile mnie własna wiedza nie myli, po raz pierwszy Michał zaprezentował swoje dzieła w Warszawie. W zaskakująco przestronnej jak na swój metraż przestrzeni ostatniego piętra budynku na Mysiej 3. W pełnym świetle modelki powoli (lecz nie tak powoli jak dawno temu w Łodzi) przechadzały się wśród zaledwie dwóch rzędów publiczności – usadzonej jednak tak, by maksymalnie dużo osób mogło je dokładnie obejrzeć. Podzieliłam się z siedzącym obok Tobiaszem, że bardzo mi się podoba to nieśpieszne tempo. A on na to (pozwolił mi zacytować): „Rzeczy są dobrze odszyte, więc modelki nie muszą zap…..alać”. Otóż to. Żadnej gry świateł, dymu, płatków śniegu czy pięciu metrów dystansu pierwszego rzędu do wybiegu. Wszystko jak na dłoni. A było na co patrzeć.

Trzydzieści siedem sylwetek damskich oraz (nowość!) cztery męskie. Razem czterdzieści jeden pełnych propozycji (pozwolę sobie nie przemnażać przez ruchomą liczbę ubrań na każdym prezentującym – i bez niej widzicie, że kolekcja była kompletna). Jeśli forma pozostaje zachowawcza, zaskakuje wykorzystany surowiec. Jeśli dominuje czerń, z pewnością krój jest daleki od banału. Na pierwszy plan wysunęła się kurtka. Tylu jej odmian jeszcze u Szulca nie było. Pośród stonowanych tkanin, skór i dzianin pojawił się wykrzyknik (pewnie przywędrował z tytułu kolekcji). Neonowa tkanina, którą kojarzymy z odzieżą roboczą. Nawet przeszycia momentami pozostały czarne, co tym bardziej podkreśla tę nietypową inspirację.

Warto zwrócić uwagę na buty. Nie jest to takie oczywiste w naszym pięknym kraju, żeby obuwie jakkolwiek było skompilowane z kolekcją. Zazwyczaj co da sponsor, to projektant (względnie stylista) bierze i cieszy się, że modelki nie chodzą boso (a w większości przypadków byłoby to najlepsze rozwiązanie). Tym razem buty tak pasowały, jakby oko mistrza doglądało ich produkcji od pierwszego szkicu, to wyłączenia taśmy produkcyjnej. Wojas, proszę Państwa, polska marka. Można? Można.

DSC_9651

DSC_9655

DSC_9660

DSC_9668

DSC_9681

DSC_9688

DSC_9691

DSC_9694

DSC_9700

DSC_9705

DSC_9712

DSC_9716

DSC_9720

DSC_9723

DSC_9727

DSC_9733

DSC_9737

DSC_9739

DSC_9744

DSC_9746

DSC_9751

DSC_9757

DSC_9761

DSC_9764

DSC_9771

DSC_9774

DSC_9781

DSC_9785

DSC_9791

DSC_9799

DSC_9803

DSC_9811

DSC_9817

DSC_9821

DSC_9825

DSC_9830

DSC_9836

DSC_9840

DSC_9846

DSC_9852

DSC_9854

Fot. Artur Cieślakowski

16

kwi

Re-Imagine Design Challenge

Jako osoba, której patriotyzm objawia się głównie w aspekcie ubrań, nie mogłabym pominąć takiego wydarzenia. Otóż już po raz drugi w swojej długiej historii marka C&A organizuje konkurs dla projektantów. Polega on na reinterpretacji archiwalnych wzorów marki (do wyboru było dziewięć reklam z lat od 1931 do 1989), dodatkowo porusza kwestię dbałości o środowisko. Uczestnicy mieli za zadanie wykorzystać surowce i metody produkcji jak najbardziej zrównoważone pod względem środowiska i metod pracy, zaangażować w projekt jak najwięcej osób pracujących u podstaw. Wśród ośmiu twórców znalazł się reprezentant Polski, Michael Hekmat.

Jego projekt łączy w sobie ręczne wykończenia znamienne dla wysokiego krawiectwa (naszycie ponad trzech tysięcy jedwabnych kwiatów od DECOLOVE na jutową tkaninę, wow!), vintage oraz trójwymiar. Kwiatowa kurtka z materiału ręcznie utkanego na Karaibach uzupełnia gorsetową sukienkę stworzoną z jedwabnych chust z motywem jeździeckim, upolowanych w jednym z warszawskich second handów. Całość stanowi odpowiedź na reklamę C&A z 1989 roku.

O główną nagrodę zawalczy z przedstawicielami Austrii, Belgii, Francji, Niemiec, Holandii, Hiszpanii i Turcji. Jeśli wygra, czeka go rzecz nie byle jaka: zaprojektowanie limitowanej kolekcji dla C&A sprzedawanej we flagowych sklepach na całym świecie oraz pięćdziesiąt tysięcy ojro (nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie) na promocję własnej marki w Polsce. I tu zadanie dla Was. Jeśli macie ochotę wesprzeć rodaka, możecie na niego głosować przez najbliższy miesiąc pod tym linkiem. Ja mam ochotę i wspieram, bo nie dość, że projekt wyróżnia się na tle pozostałych, to jeszcze darzę Michaela osobistą sympatią i życzę mu wygranej z całego serca.

Michael Hekmat - final Re-Imagine Design 1

Michael Hekmat - final Re-Imagine Design 3

Michael Hekmat - final Re-Imagine Design 4

Michael Hekmat - final Re-Imagine Design 7

1989_8

Fot. Martin Mendez, archiwa C&A.