Miesięczne archiwum: Maj 2014

30

maj

Kaaskas

Nowe! I od samego początku cieszy niezwykle. Kaaskas to marka założona w kwietniu bieżącego roku przez Katarzynę Skórzyńską – laureatkę przedostatniej edycji Off Fashion w Kielcach (w listopadzie 2013). Choć na razie działa tylko fanpage, nie mogę dłużej czekać, muszę dać Wam znać. Bo dzieje się rzecz niezwykła. Pośród zachowawczych szarości, inspiracji ulicznych, hawajskich hibiskusów oraz sportu odmienianego przez siedem przypadków pojawia się coś, czego naprawdę wcześniej nie było. Po prostu. Projekty maksymalnie nowoczesne, świeże, przyjemne dla oka i umysłu.

O samej projektantce oraz kolekcji „Days of Being Wild”, którą przygotowała na okoliczność otwarcia Festiwalu Kultury Polskiej w Pekinie mogliście przeczytać w wywiadzie Marcina Różyca dla Qelement już w grudniu. Odsyłam do niego, bo nikt tak dobrze nie opisze swoich prac, jak artysta we własnej osobie. Na zachętę dodam tylko takie hasło: „staż u Richarda Nicolla”. Nic więcej. Nie to, żebyśmy powinni mieć jakieś kompleksy względem zjawisk londyńskich, ale z pewnością obserwacje z tamtego okresu nie pozostały projektantce obojętne. O odwadze nie piszę, bo przeglądając projekty z poprzednich lat stwierdzam, że nigdy Katarzynie odwagi nie brakowało.

W tym roku (dokładnie za tydzień) kończy studia w Katedrze Mody przy warszawskiej ASP. Lada moment ruszy jej sklep internetowy z ubraniami i akcesoriami. Co dalej? Czekam z niecierpliwością. Wiem jedno. Będzie o niej głośno. A na tym blogu jeszcze nie raz się pojawi.

kaaskas

kaaskas (2)

kaaskas (3)

kaaskas (4)

kaaskas (5)

Fot. Agnieszka Kulesza&Łukasz Pik
Modelka: Alicja Ewertowska, Rebel Models
Produkcja: Joanna Kotomska www.cargocollective.com/bloomproduction
Postprodukcja: Paweł Liro

29

maj

I Wear so I’m

Ledwo co pisałam o odważnych decyzjach (a raczej ich braku) przy tworzeniu kolekcji, a tu nagle z najmniej oczekiwanej strony dopadają mnie ich pozytywnie zaskakujące konsekwencje. Kto by się spodziewał, że to Wearso wyskoczy z inicjatywą? Aleksandra Waś wpadła na sprytny pomysł połączenia tego, co już dobrze znane z tym, co w przypadku tej akurat marki może wywołać co najmniej lekki szok. Zaszufladkowaliśmy sobie Wearso jako miejsce, w którym znajdziemy proste, choć pod względem konstrukcyjnym iście mistrzowskie gładkie ubrania uszyte z organicznej bawełny. Powtarzające się co sezon fasony konsekwentnie uzupełniane jednak czymś nowym. Bez wyskoków, ale zawsze z pewną ideą. Wygoda, kobiecość, naturalność, wolność. Słowa klucze, które naprędce przywołałam w myślach. Prosta filozofia, bez podziału na sezony, bez pogoni za trendami. Coraz częściej w aspekcie powierzchownym kopiowana przez obdarzonych mniejszą kreatywnością. Co zrobić?

To był jeden z punków wyjścia dla projektantki. Jak sama mówi, dopóki noszenie czerni i szarości w obszernych formach pozostawało awangardą, było pociągające. „Do tej pory poszukiwałam formy do tego, by zacząć tworzyć obrazy (stabilnym punktem pozostaje bawełna organiczna i kształt). Teraz weszłam do wewnątrz ramy. Autostrada po okręgu – tak zwany „patent na coś ” nie ma nic wspólnego z projektowaniem. Można co najwyżej zbytnio rozpędzić się tworząc armię identycznie wyglądających ludzi. Dla mnie wciąż najważniejszym jest podkreślanie indywidualności osoby, która nosi Wearso.”

Zmiany przyszły zarówno w fasonach, jak i zastosowaniu koloru. Praktycznie nigdy (z małym wyjątkiem, który pamiętam chyba tylko ja, projektantka oraz klientka sklepu) kolory nie występowały w połączeniach. A tu żadnego ostrzeżenia, zaserwowane mamy dosłownie klocki Lego. Soczysty pomidorowy, musztardowy żółty, jasny i ciemniejszy głęboki błękit, a do tego pastelowy róż. Można się zdziwić. Natomiast sposób podania jest, jak zwykle w Wearso, przystępny. A dla zbyt zszokowanych pozostają wersje monokolorystyczne – bo każdy element został uszyty także w czerni i szarości. Pozostaje wielofunkcyjność – tym razem kryje się w rękawach koszulki, które można nosić na różne sposoby. Estetyka japońska wciąż obecna. Samurajskie spodnie, kimonowa bluza, igranie z proporcjami. Plus najzabawniejsza czapka świata, która chyba w każdym momencie będzie poprawiać humor i noszącemu, i towarzyszom.

Plus przewrotnie, choć w stu procentach świadomie przekute kartezjańskie cogito ergo sum - „I wear so I’m”. Brutalne. I dla naszych czasów (oraz położenia geograficznego) znamienne. Jednym hasłem Wearso doprawia wysmakowaną kolekcję tak, żeby nie dało jej się zapomnieć.

wearso wiosna 2014 (2)

wearso wiosna 2014

wearso wiosna 2014 (4)

wearso wiosna 2014 (5)

wearso wiosna 2014 (10)

wearso wiosna 2014 (7)

wearso wiosna 2014 (9)

wearso wiosna 2014 (13)

wearso wiosna 2014 (15)

wearso wiosna 2014 (8)

wearso wiosna 2014 (3)

wearso wiosna 2014 (12)

wearso wiosna 2014 (14)

wearso wiosna 2014 (16)

wearso wiosna 2014 (6)

zdjęcia: Szymon Brzóska PhotographyStyle Stalker
modelka: Maria Krzyżanowska • Mango Models
makijaż: Magdalena Łach • Firma Kokarda Make Up Studio
włosy: Jacek Szawioła
buty: Trippen • model Galaxy
okulary: MYKITAMOKO 61
biżuteria: Le Sal Gallery — w: Warszawa, Poland.

26

maj

Pastel Line

Warszawska pogoda za oknem zmusza mnie do porzucenia choć na chwilę tematu jesieni i skupienia się na aktualnościach. A jest o czym pisać. Choć pęd mody doprowadza do tego, że niektóre z wiosennych kolekcji paryskich czy nowojorskich wydają mi się mocno przeterminowane, a nawet zeszłoroczne i ze zdumieniem stwierdzam, że przecież powstały na okoliczność lata, które nawet się jeszcze nie zaczęło. Ot, paradoks. Nic nowego, ale wciąż zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Chciałabym pisać o jesieni jesienią, a o lecie latem. Czasem to się udaje, na przykład dziś.

Pastel Line to propozycja marki DRESSAP na upalne lato. Poszczególne elementy otrzymały nazwy wiatrów – od całkiem niewinnej bryzy po szalone tornado. Całość utrzymana jest w wakacyjnej konwencji, ciągnie w stronę egzotyki, choć w niebezpośredni sposób. Biel to kolor przewodni. Występuje w różnych odmianach – od cienkiej przez poszarpaną do całkiem grubej dzianiny. Im grubsza, tym bardziej obszerna, co pozwala ubraniom na… złapanie wiatru. Dosłownie. Wielbicielkom marki (oraz wcześniejszych dokonań Anny Pirowskiej w duecie z Agatą Zemełką) z pewnością spodobają się typowe dla niej wykończenia (kultowe – w podwójnym znaczeniu tego słowa – „krótko z przodu, długo z tyłu”). Nie zabrakło też charakterystycznej kolorowej kurtki, tym razem ozdobionej niezwykle kolorową grafiką przywodzącą na myśl strumień światła przepuszczonego przez pryzmat (a nawet kilka). Szereg najróżniejszych sukienek i tunik dopełniają bardzo proste koszulki, a także proste, choć niebanalnie wykończone (a dokładniej: rozszarpane) dresowe spodnie. I akcesoria, które aż się proszą o zdublowanie w innych kolorach. Może wraz z rozwojem marki ta kategoria będzie się rozkręcać. Gorąco tego projektantce życzę.

dressap pastel line 4

dressap pastel line 5

dressap pastel line 6

dressap pastel line 7

dressap pastel line 8

dressap pastel line 9

dressap pastel line 1

dressap pastel line 2

dressap pastel line 3

Fot. Rafał Stanowski

25

maj

COS jesienny

Zapewniam, to tylko pozory, jesienna odsłona COS wcale nie jest tak ponura, jaka mogłaby się wydawać po spojrzeniu na poniższe zdjęcia. Wprawdzie paleta barw, która trafiła do materiałów prasowych znajduje się niebezpiecznie blisko ziemi (ewentualnie chmurnego listopadowego nieba lub mroźnej grudniowej nocy), ale wierzcie mi na słowo, miejsca na szaleństwo zostało całkiem sporo. Co zresztą widać po kroju co poniektórych ubrań – nawet jeśli w brązach i szarościach, nudno nie będzie. Jesień powinna być cięższa niż lato. Tak już się utarło, zwłaszcza w naszym europejskim klimacie (a w skandynawskim, skąd COS pochodzi, tym bardziej). Nie zdziwmy się więc, jeśli odnajdziemy sukienkę uszytą z tej samej grubej wełny co płaszcz albo spódnicę z dzianiny przyklejonej do nurkowej gąbki. Jest i zabawa krojem, coraz bardziej śmiała. Na przykład szereg spódnic i sukienek z elementów przypominających odwrócony wykrój nogawki spodni (przynajmniej takiemu krawieckiemu laikowi jak ja) lub klapa marynarki służąca za ozdobę czarnej sukienki tuby. Składanki Origami też się znajdą – i to w obrębie białej dzianiny nawet z bliska przypominającej papier.

Nie jest to jednak kolekcja prosta w odbiorze. Zakłócenia wprowadzają akcesoria. Tulejkowa biżuteria pokryta filcowaną tkaniną w neonowym kolorze, buty na szerokim i cienkim obcasie przywołujące najkoszmarniejsze sny z początku obecnego wieku (te sny bywały jawą, jestem na to żywym przykładem, a raczej duchy mojej garderoby circa 2001). Fasony ubrań z kolei pozostają wymagające. Nie mówię tu o perfekcyjnej sylwetce (czymkolwiek ona jest), lecz o proporcjach i tych wszystkich rozwiązaniach, które mogą wydać się co najmniej dziwaczne (zwłaszcza osobom, które nie siedzą z nosem w modzie dwadzieścia cztery godziny na dobę), a nawet, bez owijania w bawełnę, brzydkie. Z pewnością nie pozostawiają widza obojętnym na swoje (nawet wątpliwe) wdzięki. Trzy grosze zamieszania wprowadzają celowo niewykończone brzegi.

Tych lekko przejętych COS uspokoi szeregiem prostych elementów obecnych w każdym sezonie, tylko delikatnie modyfikowanych. Po mistrzowsku podjęty jest temat płaszczy, jak zwykle zresztą. Ten z pierwszego zdjęcia kusi mnie niewyobrażalnie, chociaż zapas płaszczy w szafie mam na kilka dobrych lat. Jedno jest pewne. Mimo wciąż i na nowo podejmowanych eksperymentów, COS pozostaje COSem i to się raczej nie zmieni.

cos jesien 2

cos jesien 3

cos jesien 11

cos jesien 1

cos jesien 8

cos jesien 6

cos jesien 5

cos jesien 4

cos jesien 7

cos jesien 10

cos jesien 9

Zdjęcia: COS

22

maj

Manana

Wiecie, co mnie najbardziej rozbraja? Szczerość. W środowisku, do którego blog ten chcąc nie chcąc należy, zjawisko to występuje z podobną częstotliwością, co słońce w listopadzie. Nie wnikam dlaczego, powodów jest mnóstwo, od czynników zewnętrznych po kompletnie ukryte w czeluściach ludzkich mózgów. Mamy więc zachwyty nad beznadziejnymi kolekcjami, szereg bezpodstawnych gratulacji i komplementów oraz albo podszyte strachem o utratę stanowiska, albo świetnie opłacane laurki tam, gdzie absolutnie nie powinno ich być. Popadłam, teraz w celową przesadę, ale nie bez przyczyny.

Codziennie dostaję od kilku do kilkunastu wiadomości o nowo powstałych markach, portalach, miejscach. Żadnej z nich nie pomijam (nawet jeśli zaczyna się od kultowego już wśród moich znajomych „Drogi Panie Harel”). Jednak z pewnym rozczarowaniem stwierdzam, że coraz więcej firm pod hasłem „wyjątkowe” przemyca to, co było już przynajmniej dwa razy wcześniej. Ludzie uwielbiają podkreślać, że są pierwsi, nawet jeśli to kompletna bzdura. Bywa, że wciskają „na bezczela” coś, czego nie muszę sprawdzać w wyszukiwarce, bo własna pamięć wciąż działa całkiem nieźle. Jakiej odpowiedzi się spodziewają?

Dlatego takie wiadomości, jaką ostatnio dostałam od twórczyni marki Manana, powodują, że mam ochotę podzielić się z Wami nowym odkryciem, nawet jeśli nie jest ono spektakularne. „Postanowiłam, może niezbyt oryginalnie, stworzyć własną markę odzieżową. Nie bardzo mogę się z tego posunięcia wytłumaczyć, po prostu pewnego dnia mnie olśniło, że chcę to zrobić. Nie dlatego, że to jest modne, że powstaje teraz sporo niszowych marek, tylko po prostu dlatego, że mam taką potrzebę. Miało być zwyczajnie i tak po ludzku. Nie aspiruję do żadnej wielkiej mody, w ogóle to ma być nieco obok mody tak szczerze mówiąc. Zawsze jak człowiek potrzebuje rzeczy prostej, podstawowej, solidnej, ale ciekawie wykończonej, to jej zwyczajnie nigdzie nie ma”. 

Nie mogę się zgodzić, że nie ma, bo sytuacja zmieniła się na plus od czasów, gdy znalezienie nawet zwyczajnego gładkiego t-shirtu graniczyło z cudem. Ale też rozumiem, co autorka miała na myśli. Chciała stworzyć coś dla siebie. I udało się. I wcale się nie dziwię, że chce przekazać te rozwiązania dalej. Rzeczywiście, te projekty są prościutkie, ale idea pozostania obok broni ich rewelacyjnie. A co istotne, są wykonane z polskich materiałów z certyfikatem Oeko-Tex Standard 100 (metki powstają z przędzy z recyklingu) i szyte lokalnie na Warmii i Mazurach – czyli tam, gdzie pomysłodawczyni mieszka (a dopiero co wczoraj pisałam o popularności działań lokalnych).

Wejściu marki na rynek towarzyszy świetna sesja wizerunkowa ze znaną Wam z pewnością Rebel Look w roli głównej. Zachęcam do obejrzenia całości na stronie. A sama czekam, co z Manany wyniknie w przyszłości.

9

12

13

14

2

5

7

Modelka: Magda Samborska/ rebellook.blogspot.com
Fotograf:Łukasz Pepol/ www.lukaszpepol.pl
Makijaż: Anna Borkowska
Podziękowania dla Hali Widowiskowo-Sportowej „Urania”w Olsztynie za udostępnienie wnętrz do sesji.

21

maj

Boutique La Mode

Działania lokalne chyba nikogo już nie dziwią. Poszukiwania poza widocznym horyzontem są wprawdzie ekscytujące, ale potrafią skutecznie odwrócić uwagę od tego, co najbliżej. Portal La Mode działał w takim miejscu Warszawy, gdzie dzieje się non stop. Ulicy Mokotowskiej chyba nie muszę charakteryzować? Kilkanaście lat temu masowo wyrywano tam torebki i – choć stanowiła świetny śródmiejski skrót – raczej jej unikano. Obecnie to szlak obowiązkowy nie tylko dla poszukiwaczy polskich przygód z modą, ale także szeregu stylistów (podejrzewam, że wkrótce dojdzie do tego, że gdy showroom marki nie będzie się znajdować w okolicy, z obecnością w mediach stanie się krucho – ale koniec z dygresjami!). Szlak jednak o tyle problematyczny, że trzeba być w Warszawie, by go przemierzyć. Niektóre punkty obecne są w sieci, ale żeby szukać, trzeba mieć świadomość, że w ogóle istnieją.

Dlaczego wspomniałam o La Mode? Działalność portalu niedawno poszerzyła się o sklep internetowy z polską modą (w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach): Boutique La Mode. Założyciele wzięli pod skrzydła między innymi słynną Mokotowską oraz jej najbliższe okolice. Mamy więc dostęp do asortymentu takich marek jak Just Paul, Le Gia czy Paul Rizk. Spytacie, co odróżnia ten butik od szeregu innych, które powstały na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Ano na przykład to, że projektanci i marki tworzą dla La Mode limitowane mini kolekcje, których na sto procent nie znajdziecie nigdzie indziej. Na razie przedsięwzięcie wsparli: Lidia Kalita, Le Gia, Michał Szulc, Mozcau oraz Klu by Edyta Jermacz. Poniżej zdjęcie rodzinne. Wszyscy obecni.

Do istotnych różnic dopisuję też kameralność miejsca. Wybór, którego w natłoku nowych i starych marek dokonują za nas inni, bywa naprawdę przydatny. To też moja refleksja po odwiedzeniu w ostatni weekend Mustache Yard Sale. Jeśli jest ktoś, kto może nam pomóc zaoszczędzić cenny czas, doceńmy go. Mam nadzieję, że La Mode będzie trzymać się obranej ścieżki. To odświeżający i pożądany kierunek.

boutiquelamode.pl