Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

30

cze

Kupować i żałować!

Zaczęły się wyprzedaże. To najlepszy czas na nieprzemyślane wydawanie pieniędzy. Co zrobić, by na pewno wydać za dużo, a potem pluć sobie w brodę? Na czym się skupić, żeby wciąż nie mieć co na siebie włożyć? Harel radzi.

1. Bądź impulsywny. To zdecydowanie najlepsza postawa podczas wyprzedaży. Jeśli tylko zobaczysz coś, co przykuje Twoją uwagę – kupuj! Nie zastanawiaj się, czy będzie do czegokolwiek pasować. Nie o to chodzi. Drugiej takiej okazji nie będzie.

2. Kupuj dużo. Im mniej jesteś pewien danej rzeczy, tym lepiej. Przecież nie ma nic przyjemniejszego niż widok nieodpiętych metek na ubraniach w szafie.

3. Upatrz sobie dane ciuchy przed przeceną, a potem płacz rzewnymi łzami, że ktoś Ci je wykupił. Pamiętaj, łzy oczyszczają duszę.

4. Rozmiar nie ma znaczenia. Kup za małe – przecież schudniesz. Kup za duże – może utyjesz. Słuchaj ekspedientki – buty zawsze się rozejdą w chodzeniu, nawet jeśli nosisz dwa rozmiary większe niż mierzona para.

5. Unikaj akcesoriów. Są zbyt uniwersalne i nie daj Boże, posłużą Ci dłużej niż potrwa na nie moda. Strzeż się zwłaszcza dobrej jakości toreb, pasków czy szlachetnej biżuterii. To ogromne zagrożenie dla garderoby, która przecież zmienną jest.

6. Miej oko na trendy. Nie ma nic przyjemniejszego niż noszenie jednosezonowych hitów, gdy sezon przeminie. Poza tym miło jest nie wyróżniać się z grupy.

7. Zapomnij o tym, co lubisz. Liczy się to, co najtańsze. Może na coś odkładasz? Lepiej wydaj na kilka przyjemnych drobiazgów. Plastikowych bransoletek, infantylnych kosmetyczek czy kolejnej pary szmacianych balerinek nigdy za wiele.

8. Rób zapasy. Skoro dwa są w cenie jednego, bierz dwa. A najlepiej cztery. Jak jedno się zużyje, kolejne będzie jak znalazł. Nieważne, że w kolorze, którego nie znosisz.

9. Czas jest najistotniejszy. Wybieraj taką porę dnia, gdy wszyscy wychodzą z pracy lub po prostu weekend. Zakupy w tłumie są najbardziej ekscytujące, a w długiej kolejce do przymierzalni mogą nam wpaść w oko największe skarby.

10. Walcz! Jeśli Ci na czymś nie zależy, zmień to. Nie możesz pozwolić, by dostało się w obce ręce. Uprzejmość schowaj do kieszeni. Pamiętaj: sklep to pole bitwy. Nie daj się zmylić przeciwnikowi! Odpuść sobie zakupy przez Internet. To dla nudziarzy, którzy nie doceniają życiodajnej adrenaliny.

11. Zawsze noś ze sobą kartę kredytową. To Twoja najlepsza przyjaciółka w kryzysowych czasach.

12. Nie zwracaj uwagi na jakość. Kto by się przejmował kiepskimi przeszyciami, podejrzanym składem materiału czy prującą się nogawką już podczas przymierzania? W końcu to nie szata zdobi człowieka!

Powodzenia!!!

Tekst ukazał się rok temu na portalu Qelement. Jak widać, wciąż jest i długo będzie aktualny.

24

cze

MTWTFSS S/HE

Pamiętacie, gdy po raz pierwszy napisałam tu o marce Weekday? Będzie pięć lat, jak w mordę strzelił (za, rzecz jasna, przeproszeniem). Marzył mi się sklep internetowy (ha ha ha). Obecnie częściej niż internetowe przydałyby się te stacjonarne, szybko się potrzeby zmieniają. Ale nie poruszam dziś tematu, żeby powspominać, jak to było kiedyś, gdy odkrywało się nowe zagraniczne i niedostępne marki (albo interesujące blogi o modzie – tak, to się zdarzało, uwierzylibyście?) ani żeby podkreślić, że Harel ma już tyle a tyle lat. Nie. Wcale. Ja się po prostu wybrałam na zakupy celem wydania odłożonych na okoliczność wyprzedaży pieniędzy. A ponieważ nie kręcą mnie ani podróby Celine w Zarze, ani dwa tiszerty w cenie trzech, byłam prawie pewna, że całość przepuszczę na frytki, książki i ewentualnie jakieś kosmetyki. Ale nie. Bo postanowiłam jednak odwiedzić pewną sieciówkę. Weekday – najbliższy oddział za naszą zachodnią granicą (choć oczywiście filia internetowa działa już od paru lat, jakby co).

I trafiłam tam na rzecz genialną, choć nieaktualną o minus siedemdziesiąt pięć procent. Gdybym Wam o niej napisała w październiku, wspólnie odliczalibyśmy czas do tzw. premiery. Ale nie można wiedzieć wszystkiego, no po prostu się nie da. Dowiedziałam się dziś, przed chwilą, przynosząc do tymczasowego domu dwie sztuki odzieży, a w planach mając kolejną wizytę na wszelki wypadek. Przyszedł z pomocą internet i oto, co znalazłam.

Kolekcja MTWTFSS S/HE to koncept na miarę aktualnych czasów. Dyskusji o płci jest tyle, że nie sposób nadążyć. Podkreślanie i zacieranie różnic, dyskryminacja i równouprawnienie, związki płci różnych i tych samych, kobiety z brodą i faceci w szpilkach. Czyżby pomysłodawcom zaświtała myśl o zlikwidowaniu działów męskiego i damskiego w sklepach? A może przy okazji sporej oszczędności miejsca w szafie? Powstał zbiór ubrań bez przeznaczenia dla konkretnej płci, niejako podsumowujący działalność marki, oscylujący wokół sześciu motywów przewodnich: dżinsu, bawełnianej koszulki, trencza, kurtki skórzanej, kraty oraz kurtki bejsbolówki. Elementy zostały tak zaprojektowane, żeby można je było łączyć w dowolny sposób. Kraciasty top jest przeźroczysty, więc najlepiej się prezentuje na białej bluzce, ogrodniczki zostały podzielone na górę i dół, by nie ograniczać pomysłów do tego podstawowego. Sporo jest rozcięć, wycięć, pęknięć – tak aby jedno mogło wystawać spod drugiego i dopełniać się nawzajem. Spódnica tuba może zmienić się w sukienkę, top albo szal. Gigantyczny kawałek białego dżinsu dzięki rzepom dopasuje się w talii albo na biodrach, zamieniając się w spódnicę lub coś w rodzaju fartucha (podobno świetnie wygląda ze spodniami, ale nie próbowałam). Państwo na filmie we wszystkim wyglądają świetnie. Ot, niezłe zagranie ze strony marki, wiadomo.

Podejrzewam, że sporej ilości osób (zwłaszcza kobiet, wybaczcie, że powrócę do operowania oldskulowymi kategoriami) nie odpowiadały zbyt luźne fasony, brak podstawowych rozwiązań w kwestii dopasowania do sylwetki (nawet swobodnego dopasowania, ale jednak). Nie mam pojęcia, jak kolekcja się sprzedawała, gdy trafiła do sklepów. Dziś widziałam tylko brutalnie przecenione ciuchy, przydeptywane do podłogi przez niezbyt uważnych klientów. Fajerwerków nie ma, ale wcale być nie miało. Geniusz tej idei tkwi w jej prostocie. Gdy obejrzałam poniższy film, jeszcze bardziej zapragnęłam wrócić do sklepu i kupić więcej. Teraz już wiem, o co chodzi. Ostatni element układanki pasuje jak ulał.

P.S. A tak przy okazji, wiecie skąd się wziął skrót MTWTFSS? Wyrecytujcie sobie dni tygodnia po angielsku.

 

17

cze

Imponderabilia

Po raz pierwszy zetknęłam się z jej pracami na pokazie Paprockiego i Brzozowskiego. A raczej przed pokazem, kiedy w ramach nagrody od rzeczonych projektantów prezentowała swoją dyplomową kolekcję. Skończyła MSKPU w zeszłym roku, natomiast to, co widać obecnie, w niczym nie zdradza, że jest dopiero na początku drogi. Monika Kubatek porywa bez ostrzeżenia.

„Imponderabilia” to propozycja na jesień i zimę. Premierę miała w Łodzi, natomiast dopiero zetknięcie się z nią na żywo (oraz lookbook na deser) wywołuje stan bezsprzecznego zauroczenia. Nie ma tu jednak słodkiej miłości. Są labirynty naczyń krwionośnych, pajęczynki żyłek, organiczne sploty i różne odniesienia, które brane dosłownie potrafią człowieka osłabić, ale w tej odsłonie tylko fascynują. Rzeczy nieuchwytne i niedające się dokładnie zmierzyć lub obliczyć, mogące jednak wywierać wpływ na jakieś sprawy – to definicja pojęcia według słownika PWN. I owszem, projekty usiłują wymknąć się schematom, nie chcą dać zamknąć się w konkretnym stylu czy gatunku. Ich obecność jednak robi wrażenie. O obojętności nie ma mowy.

Mnóstwo faktur, często zaskakujących. Sztuczne futerko w roli lampasów ciężkich wełnianych spodni, legginsy z czerwonej koronki, które nadają nogom dość makabryczny wygląd, miękkie dzianinowe sukienki do noszenia na różne sposoby (spódnica, która może być golfem? I like it!) plus surowo cięta skóra zdobiona potężnymi sprzączkami. Szereg płaszczy, w tym również dwustronny, asymetrycznie nakładane na siebie rękawy, wariacja na temat koszulowej bluzki… Czego tu nie ma? A jednak, choć dzieje się sporo, konsekwentnie pozostajemy w jednym (nieuchwytnym do końca, lecz jednak) klimacie. To niezwykła umiejętność tak czarować. Zostawiam Wam sam na sam z imponderabiliami. Udanych wrażeń!

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15910 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15929 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15949 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15957 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15972 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15987 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 15997 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16015 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16036 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16056 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16062 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16090 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16115 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16119 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16134 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16155 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16198 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16202 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16219 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16246 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16265 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16293 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16306 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 16321 cor

20140502_Zolynski_KUBATEK_lookbook 19009 cor

Fot. Filip Żołyński
Stylistka: Sara Milczarek
Modelka: Lena / Model Plus
Makijaż: Polka Dźwigała
Włosy: Sławek Oszajc

16

cze

My Signature

Nie, to nie jest filia bloga Rebel Look, choć może się tak czasem wydawać. W ciągu niecałych dwóch miesięcy jego bohaterka pojawia się tu już trzeci raz. Ale co ja poradzę, że świetnie się prezentuje w polskich ciuchach na tle industrialnych wnętrz? Doceniają to projektantki, proponując jej kolejne współprace. I jeśli po raz czwarty dostanę lookbook z jej udziałem, wiecie, co zrobię? Opublikuję go tu z radością. Choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą mieć już dość. Nie jest ona klasycznym kameleonem, jak co poniektóre modelki. Nosi się tak charakterystycznie, że istnieje ryzyko pomylenia marek, które prezentuje. Ale czy czepiamy się Kate Moss, że jednocześnie trzaska kampanie Burberry, McQueena i Liu Jo? No chyba nie. Tu raczej należałoby ostrzec projektantów, żeby byli ostrożni z wtórnymi pomysłami.

Nie o tym jednak miało być, tylko o stosunkowo nowej polskiej marce o angielskiej nazwie My Signature. Moja pierwsza myśl? Znowu dzianiny, zaraz zwariuję. Zanim jednak wydałam osąd, postanowiłam podpytać projektantkę, co i jak. Dlaczego zdecydowała się na takie, a nie inne surowce. „Materiały na jakich bazuje to dzianiny oraz tkaniny, z większą przewagą dzianin, gdyż są bardzo przyjemne w noszeniu. Naturalne, świetnie pracują z ciałem” – mówi Agnieszka Łochocka. Trudno się nie zgodzić. Początkowo szyła dla siebie i koleżanek. Z braku ubrań, które potrafiłyby sprostać jej potrzebom. „Długo szukałam takich ciuchów, które pozwoliłyby mi czuć się swobodnie po wyjściu ze spotkania biznesowego i wyskoczyć od razu na spotkanie z przyjaciółmi. Dlatego też stworzyłam My Signature. Markę, pod którą podpisuję się całą sobą”.

Po raz kolejny mamy do czynienia z marką, która powstała w ten sposób. Czy to gwarantuje sukces? Na pewno mu nie przeszkadza. Gdy na starcie pojawia się autentyczność, nie może być źle. Powiewu świeżości tu raczej nie uświadczymy, ale jest dość wyraźna idea, która pozwala odróżnić My Signature od innych firm w tym stylu. Zresztą nie tak dawno rozmawiałam z pewną super zdolną projektantką i zgodnie doszłyśmy do wniosku, że jeśli taka oszczędna estetyka pociąga za sobą myśl, a twórca nie stoi w miejscu, to może być i sto podobnych marek, które nie będą sobie nawzajem zawadzać.

Poniżej lato. Piękne i upalne. Szykuje się jesień, która ma przynieść niezwykłe faktury materiałów. Na razie zdarzył się jeden wyskok w postaci wyrazistego czarno białego wzoru. To już coś. No i nie ma nudy. Tu zakładka, tu troczek, świetne połączenie raglanu ze spuszczonym ramieniem. Widać, że nie decydował tu przypadek, a konkretna wizja. Jedyne, czego się nieco obawiam, to te sprane, dekatyzowane błękity, od których wyszedł swego czasu Robert Kupisz, a potem zalały rynek niemal równie nieznośnie, co szara dresówa. Znów jestem w rozdarciu, bo bardzo je lubię, kupuję i noszę. W przeciwieństwie do szarości wprowadzają pozytywny akcent, nie dziwi więc, że dobrze się sprzedają. Coś tu mnie jednak niepokoi. A może powinnam wreszcie przyjąć do wiadomości, że w komercyjnych rozwiązaniach nie ma nic złego? Temat pozostawiam otwarty.

my signature (5)

my signature (6)

my signature

my signature (7)

my signature (8)

my signature (9)  my signature1

my signature 2

my signature (2)

my signature (3)

my signature (4)

Zdjęcia: Rebel Look

13

cze

Na lato

„Hello Japan” ma drugą swoją odsłonę. Znacznie lżejszą, idealną na upał. Czasem warto trzymać asy w rękawie. Zamiast prezentować nam wszystko od razu, Lous serwuje zgrabne porcje. Była wiosna, czas na lato. Wciąż w stylu japońskim, lecz pozbawione wszelkiego ciężaru. Dominuje pika, zwana „dzianiną Lacoste”. Ten lekki materiał występuje tu w czarnej, granatowej i białej odmianie. Dołączają do niej delikatna dzianinowa bawełna (dodatkowo w głębokiej czerwieni) oraz czarny jedwab. Wariacje na temat obecnego w Lous od początku dekoltu w kształcie litery V zdają się nie mieć końca. Znajome formy nieco poważnieją. Popularna rok temu „Square dress” zamienia się w węższą i dyskretnie podkreślającą figurę sukienkę za kolano. Bluzki z kimonowymi rękawami znane dotychczas w wersji piżamowej, nabierają elegancji dzięki użyciu cieniutkiego jedwabiu. Oczywiście pierwsza część kolekcji świetnie koresponduje z aktualną. Bardzo, bardzo sprytnie. No i ta letnia sesja, przed której wrzuceniem tu nie mogłam się powstrzymać…

Jeśli miałabym wybrać jedyną kolekcję obecnego sezonu, bez wahania zdecydowałabym się na „Hello Japan” właśnie. Na szczęście nie muszę się ograniczać, choć i tak Lous noszę latem przez większość czasu. Dziewczyny trafiają w moje potrzeby w stu procentach. Aż się boję, co będzie jesienią.

lous lato 2014 (7)

lous lato 2014 (3)

lous lato 2014 (8)

lous lato 2014

lous lato 2014 (2)

lous lato 2014 (4)

lous lato 2014 (5)

lous lato 2014 (6)

Fot. Małgorzata Turczyńska

10

cze

Before the show

Pamiętacie ostatni pokaz Tomasza Ossolińskiego? Jeśli tak, to znaczy, że albo byliście zaproszeni, albo oszukujecie. Zdjęć z pokazu nie można było znaleźć nigdzie. Żadnej rejestracji filmowej również. Obowiązywał bezwzględny zakaz fotografowania. Jak się okazało niedawno, to ukrycie przed mediami nie wynikało ani z przewrotności, ani z potrzeby buntu (z pragnienia zachowania prywatności z pewnością nie, bo choć wg krążących wokół informacji, zaproszeni zostali tylko współpracownicy, najbliżsi przyjaciele i klienci projektanta, jeśli zamykają się w trzycyfrowej liczbie, to żadna z tego prywatność). W owym czasie powstawał dokument Judyty Fibiger: „Tomasz Ossoliński. Before the show”. Miałam okazję go niedawno obejrzeć, tym razem grono naprawdę było kameralne. Wśród widzów sam projektant, żywo reagujący na sporą część momentów filmu, co nie pozostanie obojętne na ten tekst, choć może powinno. Powstał obraz, który wzbudził u mnie zainteresowanie znacznie większe niż sam pokaz i zaspokoił ciekawość, która rosła nieprzerwanie od momentu, w którym o minionym pokazie się dowiedziałam.

Wyobraźcie sobie, że możecie towarzyszyć projektantowi w jego pracy. Od spotkań z klientami, doglądania sklepu po (przede wszystkim) przygotowywanie najnowszej kolekcji. Swego czasu marzyłam, żeby spędzić dzień z Miuccią Pradą w jej pracowni. W pewnym sensie dzieło Fibiger moje marzenie spełnia. Obserwujemy proces twórczy. Ale żadnych górnolotnych czy efekciarskich rozwiązań, jak to natchnienie przychodzi z księżyca, a namaszczony artysta szkicuje w romantycznej scenerii. Zero udawania, żadnej ściemy. Obserwujemy najnormalniejszy na świecie cykl pracy. Tworzenie konstrukcji, wykroju, nanoszenie poprawek, wybór materiałów, spotkania z przedstawicielami poszczególnych profesji, pierwsze przymiarki, starcia, sinusoidę stresu… Jest zadanie do wykonania na czas. Czas płynie, człowiek ma swoją wytrzymałość, kreacja artystyczna to jedno, a realizacja – zupełnie inna i często pomijana sprawa. Przyjrzeć się temu od środka to sposobność niecodzienna. Właśnie pociągnięcia tego wątku brakowało mi w opisywanym niedawno filmie Yves Saint Laurent. Zdaję sobie sprawę, że mamy do czynienia z dwoma kompletnie odmiennymi gatunkami filmowymi i ciężko je ze sobą porównywać. Ale jeśli głównym bohaterem jest projektant, to wręcz obowiązek twórców zaprezentować przebieg jego pracy.

I tak się złożyło, że to właśnie „Before the show” oglądałam z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać, co będzie dalej. To właśnie on mnie porwał. Całkowicie. Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, bo czeka widzów kilka fantastycznych niespodzianek (odnalezienie pewnych zdjęć w opuszczonym biurze zakładów odzieżowych na przykład albo sceny z Anną Poniewierską – nic więcej nie napiszę). Podziwiam otwarcie projektanta i ludzi wokół. Wyobrażam sobie, że nie jest łatwo wpuścić ekipę filmową do swojej codzienności i pozostać takim naturalnym, zwyczajnym sobą. Tu się udało wszystkim bez wyjątku. Gdy oglądam ten dokument, mam wrażenie, że kamery wcale nie było, a główny bohater albo mówi bezpośrednio do mnie, albo znajduje się nieopodal, tak zapracowany i skupiony, że nawet mnie nie zauważa. Reżyserce udało się przemycić do jego świata nie tylko kamerę, ale też wszystkich widzów.

Dla osób siedzących w modzie to pozycja obowiązkowa. Dla tych niesiedzących, ale aspirujących, tym bardziej. Podejrzewam, że ci kompletnie niezainteresowani tematem też mogą się wciągnąć. Bo opowieść fascynuje nie tylko na poziomie mody. A ja zyskałam kolejne marzenie. Chciałabym takie filmy oglądać jako dodatek obowiązkowy do pokazów projektantów. Zawsze.

4

13

Ossolinski_BTS_1
31

37

14

45

Zdjęcia: Vue Movie