Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

29

lip

Drogie szafiarki, wiecie, że było życie przed H&M-em?

Któregoś dnia zgadaliśmy się z Michałem Zaczyńskim, że różnica wieku między nami jest zaskakująco nieduża (na moją korzyść lub niekorzyść – zależy jak na to spojrzeć). A co za tym idzie, choć nie znaliśmy się w poprzednim stuleciu, mamy sporo wspólnych wspomnień. Rozmowa dinozaurów odbyła się pewnego zimowego popołudnia w towarzystwie Tori Amos, Suede, dobrego jedzenia, wina i starych zdjęć. Postanowiliśmy nie ukrywać jej przed światem. Podobnie jak poniższych fotografii. Tak, to naprawdę my. Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych.

dinozaury

Co robiłaś w latach 90.?

Podstawówka, liceum i studia. Pod koniec zaczęłam pracę w teatrze Rozmaitości jako muzyk, przygrywałam na organach Hammonda do spektakli Warlikowskiego, do „Hamleta”.

Ja podobnie. Z tym, że na studiach pracowałem w biurze pośrednictwa eksportu. Eksportu talerzyków adwentowych i produktów oświetleniowych, trzeba dodać.  Biuro to dużo powiedziane; pokoik w baraku przy Kolskiej (słynnej z lokalizacji Izby Wytrzeźwień), gdzie przepisywałem na komputerze IBM kontakty, potem drukowałem (do drukarki razem z papierem wkładało się kalkę) i wysyłałem faksem do Niemiec. Płaca niewielka, 600 złotych, ale miło. No i bonusy, bo raz szef, nieoceniony Stefek, zawiózł mnie swoim lincolnem do Berlina. Jechaliśmy tam razem z lampą, którą trzeba było opatentować. Ale pisałem już coś dla Życia Warszawy, zdarzyło się też dla, hmm, Trybuny.  Potem szef rozbił lincolna, rzucił biznes i zamieszkał w Bieszczadach, by w końcu wrócić do Warszawy i do swego wyuczonego zawodu… pianisty. Całe życie spotykam takich ludzi… Twoja pierwsza myśl na hasło: moda lat 90?

Grunge. Flanelowe koszule, kurtki – parki, martensy. Do tego undergroundy, creepersy na płaskim koturnie.

A dla mnie dżinsy Piramidy. Z Egiptu, z charakterystyczną piramidą na metce, stąd nazwa. Swetry tureckie tricolore: zielono – miodowo – białe. Do tego mokasynki z frędzlami, białe skarpetki, pod swetrem obowiązkowo biały golf. I Kurtki bejsbolowe.

Teraz znów młodzież je nosi. I szafiarki!

I Rihanna. Ale był też miks tych dwóch stylów, pamiętam kumpli z początków liceum: słuchali Nirvany, Soundgarden i ich klonów, i nosili te flanele, ale z białym golfem pod spodem. Czego słuchałaś wtedy?

Beatlesów i Sinatry, ewentualnie Nirvany i Pink Floyd

Ja Sinead O’Connor. A zaraz potem zaczęło się Suede. I britpop. I PJ Harvey. No i Pulp, które było moim największym objawieniem.

Słuchałam jeszcze muzyki klasycznej…

Z klasyki kupiłem sobie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego na pirackiej kasecie Star; innych kaset do 1994 roku, kiedy weszła ustawa o prawie autorskim, w zasadzie nie było…

Nie wszystkie piosenki  na tych kasetach się mieściły…

Mnie w przypadku Vivaldiego to akurat nie przeszkadzało.

Czekaj, jeszcze Turnaua słuchałam!

Ja Renaty Przemyk. Turnau mnie nudził, że ciągle ten Kraków, i że dozorczynie piszą wiersze, a menele chodzą z księżycem w butonierce, choć może mylę to z Sikorowskim i Pod Budą. Oni byli jeszcze gorsi.

Początki lat 90. to zatem w naszym przypadku moda młodzieżowa.

Jak jesteś nastolatkiem, masz problem z akceptacją swojego ciała. Więc często nie jest to żadna moda młodzieżowa, tylko sposób na przetrwanie. Dlatego tak przyjęła się, na przykład, moda rapperska, a w pierwszych latach tej dekady szczególnie a’la Kris Kross, czyli duetu nastolatków, z których zresztą jeden, nieborak, już nie żyje. Bo podziw i jednoczesna tęsknota do USA, luzu Bronxu itp. to jedno, ale noszenie rzeczy tył na przód i styl, w którym wszystko jest wielkie i szerokie, to drugie. Popularność tej mody wynikała zatem z chęci maskowania kompleksów. Ja miałem wtedy kompleksy, że jestem za chudy…

Więc nosiłeś się jak Kris Kross?

Mimo to nie. Moje ubrania musiały być jednak czarne. Czyli też kamuflaż. Albo takie, w których bym wyglądał jak Marek Hłasko, mój nastoletni idol. No i koniecznie proste dżinsy, których nie można było kupić, bo wszędzie były zwężane, a w lumpeksach, dla odmiany, same dzwony.

Ja popadałam w skrajności. Najpierw był grunge. Zabierałam tacie flanelowe koszule. A tata do najmniejszych nie należy, więc świetnie się sprawdzały. A potem zaczęłam nosić rzeczy za małe. Strasznie ciasne. Chyba dlatego noszę teraz same wielkie ciuchy. Miałam przesyt. Moje pierwsze kontakty z modą to też pierwsze Levisy, które kupiłam w Legnicy w lumpeksie. Na wycieczce z organistami z klasy. Już wtedy zauważyłam, że najfajniejsze lumpeksy są poza Warszawą. Wrocław, Legnica, okolice Krynicy Górskiej.

Ja nie cierpiałem lumpeksów, ale po prawdzie nie było często wyboru…

Źle były widziane. Śmierdziało naftaliną, pełno było w nich jakichś wełnianych marynarek, koszul… choć kurtki skórzane bywały dobre.

Ale jak dla cinkciarza.

To nastawienie do lumpeksów zmieniło się diametralnie z chwilą, gdy w którejś z gazet Kayah się pochwaliła, że chodzi po lumpeksach. I to był przełom. Nagle lumpy stały się modne. Pojawiły się też specjalne, wyselekcjonowane. W Warszawie jeden był przy Chmielnej, a drugi przy Francuskiej. Na Chmielnej było sporo rzeczy z demobilu, ale też futra, kożuchy, bluzy vintage Adidasa… Klasyki. No i kurtki Bundeswehry i M65, jaką De Niro miał w „Taksówkarzu”. Z kolei na Saskiej Kępie sprzedawano ciuchy i torebki Burberry, Gucci, czy Diora.

Ale to było drogie. Tradycyjne, tanie lumpeksy były królestwem bistoru, sztruksowych i welurowych marynarek i koszul z kołnierzami Słowackiego. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, bo  w połowie lat 90. stylizowałem się już na Jarvisa Cockera z Pulp. Miałem fryzurę, jak on, okulary, spodnie w kant, torbę raportówkę…. A kumple w liceum dalej z tą Nirvaną…

A bazary? To drugi z wyznaczników mody lat 90. Ale w sklepach właściwie nic nie było, jakieś archaiczne ubrania, chyba jeszcze z poprzedniej epoki. Tak zwany tradycyjny handel zupełnie nie nadążał ani za trendami, ani za oczekiwaniami klientów. Ja, na przykład, marzyłam o ogrodniczkach dżinsowych i dopiero pod Universamem Grochów w budzie mama mi kupiła!

Istotnie, bazary były wtedy centrami handlowymi. Z tym największym, pod Pałacem Kultury. Takie Złote Tarasy tamtych czasów. Nawet fontanny były, przy samym Pałacu…

Umówmy się: warunki tam były wstrętne. Kałuże albo kurz, mróz albo upał. Tu dżinsy, obok jakaś rąbanka mięsna, obok rąbanka muzyczna, Mydełko Fa, disco polo, New Kids on the Block… I peruwiańskie czapki zawiązywane pod brodą, wełniane, z długim szpicem… Przymierzanie odbywało się za zasłonką; bo  przecież każda buda miała przymierzalnię.  Zasłonka na żabki, te sprawy…  I baba, która ci lustro trzymała.

Nie przewiało cię tam nigdy aby?

Może nie przewiało, ale to i tak nic. Ominęły cię wizyty w sklepach z bielizną. Żeby baba dobrała ci stanik, najpierw musiała cię upokorzyć. Ale były też ikony. Na przykład, pani Hania z ulicy Grochowskiej, pierwsza brafiterka wolnej Polski.

India Shopy, trzeci postpeerelowski koncept modowy, swoich ikon już raczej nie miały…

W pewnym momencie prawie wszystko miałam z India Shopów!

Tam nie było nic dla facetów, prawda?

Tak, to raczej sklepy dla kobiet. Flanelowe koszule, sukienki do ziemi, apaszki, torby, biżuteria… Na szyi nosiłam ciasno zapięte sznury koralików, wisiorki słoniki itp.. I można było znaleźć rzeczy „markowe”. H&M, Vero Moda, Monsoon, Dorothy Perkins – większości z tych sklepów nie było wtedy jeszcze w Polsce. Co ciekawe, miały poodcinane metki, dopiero na tej z instrukcją prania można było odszyfrować markę.

Śmierdziało tam kadzidełkami. To pamiętam. I pełno różnego dziadostwa do powieszenia w domu, brzęczydełek, wisiorków…

A tak! Ja nawet kupowałam tam olejek paczuli. Miał potworną moc, ale oczywiście sama tego nie czułam. Znajomi na pewno by potwierdzili.

Wybacz, ale dla mnie całe lata dziewięćdziesiąte były tak obciachowe, jak solówki gitarowe u Scorpionsów…

Bez przesady. A pierwsze markowe butiki?

Koszmar. Właściciele i sprzedawcy w tych wszystkich salonach Wranglera, Benettona, Carli Gry patrzyli z pogardą. Jakby wygrali życie. Modni, obrażeni, że muszą nam usługiwać. W latach 90. to był zresztą problem większości usług.  Ekspedienci (co za staromodne słowo!) robili wszystko, by wpędzić cię w poczucie winy. I byś czuł się biedny. Choć w sumie ja byłem biedny. Para Mustangów kosztowała niemal trzecią część moich ówczesnych zarobków.

Ja do takich sklepów wchodziłam w skórzanym płaszczu mojego dziadka. Matowy, z zaciekami, za duży, więc w sumie się nie dziwiłam, że tak na mnie patrzą. Przyzwyczaiłam się, że widzą we mnie złodziejkę. Ale może też dlatego, że byliśmy nastolatkami, czy też studentami?

Wszędzie chodzili za tobą. Już z samego tego faktu nie odwiedzałem tych sklepów

Zatem nigdzie nie chodziłeś?

Nie, w sumie miałem kilka rzeczy noszonych do zdarcia. Nie byłem modny.

A pamiętasz Benettona w Jerozolimskich, Diesla na Placu Konstytucji?

Benettona tak. I jeszcze Centrum Dżinsu Edyta. Tam kupiłem pierwsze Wranglery. Musiały mi wystarczyć na jakieś pięć lat.

A dom handlowy Arka, później Traffic przy Brackiej? Z Cottonfieldem na parterze?  Pierwsze prawdziwe perfumy miałam właśnie z Cottonfieldu. Do tej pory przeżywam, że już ich nie produkują. Potem, chyba w 1996 roku, pojawił się Troll. Znów nic dla ciebie, same babskie rzeczy. To był szał. Pierwsza kolekcja cała w kratkę. Marzyłam o plecaku w kratę, ale ktoś mi wykupił. Były wtedy modne obcisłe lekko rozszerzane na dole spodnie. Też w kratę. Nogi wyglądały strasznie, ale się nosiło, a co! Oczywiście, do martensów. A sklep Dziesiątka w podziemiach Arki?

Mieli tam efektowne przymierzalnie z drewnianymi drzwiami. Coś jak teraz All Saints, czy Diesel. No i oferowali prawdziwą modę, tak przynajmniej mi się zdawało. Po raz pierwszy w polskim sklepie zetknąłem się ze świetnie zaprojektowanym ciuchem. Z kurtką Scotch&Soda dokładnie. Bo Cottonfield był za bardzo weekendowy, a w Dziesiątce były czernie, pierwsze próby dekonstrukcji, fajne rzeczy sportowe. Kawiarnia Między Nami (zdaje się, że jako jedyny obiekt z naszej rozmowy przetrwał w Warszawie do dziś!) była wtedy areną lansu i ludzie po zakupach w Dziesiątce chodzili tam się pochwalić. Do Między przyjeżdżało się też prosto z lotniska. Przy jednym stoliku siedzieli ludzie z nowymi zakupami, przy drugim – ludzie z walizkami z naklejkami z zagranicznych lotnisk. Bardzo się z nich nabijałem, ale też i zazdrościłem.

Przynajmniej do Między Nami cię wpuszczali…

Ale zawsze się bałem, że mnie nie wpuszczą, bo tam obowiązywały karty członkowskie. Ludzie bali się tam przychodzić, bo tzw. selekcja potrafiła cię wpuścić , ale już twojego chłopaka, czy koleżankę, z którą się przyszło – nie. Dość upokarzające… Ale szczęśliwcy, oprócz napawania się widokiem zakupów własnych i cudzych oraz występami Lola Lou, pierwszej bodaj profesjonalnej drag queen, oryginalnie z Francji, mogli snobować się na krem z pomidorów, tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym i  kawę przedłużaną. To były specjalności Między…  Ale „kawa przedłużana”?! Ewidentnie lata dziewięćdziesiąte były pretensjonalne także w kwestii nazewnictwa.

Tak jak w Qchni Artystycznej, wcześniej zwanej Postmodernistyczną, gdzie nie było zupy, tylko „misa”, a zamiast naleśników z jabłkami był „naleśnik jabłko mięta sos”. ..

Koniec lat 90. to już marki pokroju Sunset Suits. Miałem ich białą koszulę na suwak. To była wtedy najdroższa polska marka, bardzo posh. Swoją drogą, gdy bankrutowali kilka lat temu, celowali już ceną w półkę niżej niż H&M… Który wszedł do Polski dopiero w 2003 roku. Do tego 4 You przy Brackiej i Jana Pawła. Przy tej drugiej ulicy butik miał też, zdaje się, Marek Kościkiewicz z De Mono. No i multibrandy pokroju Ultimo przy Nowym Świecie.

Przed aferą były tam świetne rzeczy. Trochę Morgana, Jus d’Orange. Kwintesencja późnych lat dziewięćdziesiątych. I często się asortyment zmieniał.

Mnie Ultimo kojarzy się zupełnie inaczej, bo dzięki tej „aferze”, czyli morderstwie, dostałem etat w „Życiu Warszawy”. Pojechałem z fotografem do rodzinnej wsi Beaty K., sprzedawczyni, która rzekomo zastrzeliła właściciela sklepu i raniła jego żonę. I przeprowadziłem z nią rozmowę. Potem ukazała się tylko u nas, nawet „Wyborczej” się to nie udało. Dni chwały…

Do listy dorzuciłabym jeszcze Odzieżowe Pole, Joannę Klimas i Galerię Centrum. Ale za rogiem czyhała już moda na techno. Straszna.

Małe plecaczki z lakierowanej skóry, koturny – tak zwane powodzianki, lateks, gwizdki. I, w stylu „nawrócony dresiarz na koksie” – koszulki polo ze stawianym kołnierzykiem.

Był przy Wilczej sklep Tekk Shop. Dla wielbicieli tekkno. Pełno odjechanych kolorowych rzeczy, w dzikie wzory, futrzane płaszcze itp. Ale raczej tam się nie zaopatrywałam.
Masz w szafie jakąś rzecz z lat 90?

Marynarkę. Dostałem ją w 1996 od samej Agnieszki Osieckiej. Powiedziała, że kupiła specjalnie dla mnie w Kanadzie. Potem się przyznała, że to jej własna, z lumpeksu…

Ja wciąż trzymam w szafie grafitową sukienkę z India Shopu, którą dostałam od chłopaka w liceum.

Pewnie pachnie jeszcze tymi kadzidełkami!

Muszę sprawdzić, ale możliwe, że masz rację.

Michał Zaczyński, dziennikarz, autor bloga michalzaczynski.com. Obecnie wicenaczelny „Grazii”, wcześniej związany z „Fashion Magazine”, „Newsweekiem” i „Wprost”.

28

lip

Bery & Family

Za każdym razem, gdy Anna Orska prezentuje nową kolekcję, doznaję tego samego uczucia. To satysfakcja połączona ze sporą ochotą zaserwowania prztyczka w nos wszystkim, którzy wciąż trzymają się tych samych schematów (nierzadko „pożyczonych”), nie próbując nawet przez moment wsłuchać się w to, co podpowiada wyobraźnia. Z drugiej strony mam z Orską problem. Jeden jedyny. Zanim się zbiorę, żeby napisać o jej kolejnych pracach, przynajmniej połowy już nie ma i nie będzie. Ryzykuję jednak, bo przecież nie musimy posiadać wszystkiego, co zobaczymy. A samo oglądanie to wielka przyjemność (nie wspominam nawet o obcowaniu z tą biżuterią na żywo – kto może, niech koniecznie spróbuje). Na początku lata pojawiły się u Orskiej dwie nowe kolekcje. Skrajnie zróżnicowane, lecz wciąż pozostające w jej stylu – nie do pomylenia z żadnym innym. I nie do podrobienia.

Bery to owoce lasu przekute w mosiądz. Złocisty lub oksydowany przybiera formy szyszek, igieł, liści, a także małych leśnych mieszkańców (naszyjnik z pająkiem sprzedał się, zanim informacja o kolekcji trafiła do prasy, ale widzę, że bohater przydreptał z powrotem).

orska bery

orska bery (2)

orska bery (3)

orska bery (4)

orska bery (5)

orska bery (6)

orska bery (7)

orska bery (8)

orska bery (9)

orska bery (10)

Family – modułowy fragment większej kolekcji Machiny – ludziki wykonane z maleńkich części starych maszyn oraz szereg zawieszek, które można dowolnie doczepiać. Było oczywiste, że zdecyduję się na pieska do złudzenia przypominającego moją Łatkę. Ale jest też coś dla wielbicieli kotów, misiów, a nawet dzieci. Rodzina wciąż się powiększa.

orska family

orska family (2)

orska family (3)

orska family (4)

orska family (5)

orska family (6)

Zdjęcia: Orska

25

lip

LULL

Dla wszystkich, którzy od pewnego czasu zadawali pytanie, co się dzieje z Agatą Zemełką, mam odpowiedź. Oto jej nowe dzieło: marka LULL. Fascynację projektowaniem ubrań Agata przeniosła na torby i szereg dodatków.

Tworzone są ręcznie z wysokiej jakości włoskich skór, a w niewielkiej części z pikowanego ortalionu o właściwościach wodoodpornych. Już na pierwszy rzut oka widać, że projektantka lubi eksperymentować z nowoczesnymi surowcami. Oprócz gładkich skór w klasycznych kolorach (czarny być musi!) odnajdziemy w kolekcji gniecioną skórę chromową, a także pokrytą specjalną warstwą odbijającą światło niczym pancerz żuka. Ta ostatnia idealnie wpisuje się w powrót trendu – jak go roboczo nazywam – „na robactwo”, spopularyzowanego (choć wcale nie zapoczątkowanego) przez Elsę Schiapparelli, a podchwytywanego co i rusz w każdej kolejnej dekadzie (dowody na moim Pintereście).

Modele można klasyfikować wg wielkości lub wg koloru. Dzięki temu skompletujemy cały zestaw dopasowanych elementów na przykład w przyjemnym odcieniu szarości. Duże prostokątne torby, worki, plecaki, portfele, kopertówki, etui na wizytówki – podejrzewam, że z czasem lista będzie się wydłużać.

Cieszy mnie ogromnie powrót projektantki. Tym bardziej, że była obecna na tym blogu niemal od jego początku.

lull (4)

lull (5)

lull (6)

lull (3)

lull

lull (2)

Zdjęcia: LULL

24

lip

Świat Osadzińskiej

Czy można nosić buty z dumą? Skoro ja mogę, to najwyraźniej tak. Choć początkowo zamierzałam schować je w szafie na wieczną pamiątkę, potraktować jak dzieło sztuki, nie przedmiot codziennego użytku. Na szczęście strona praktyczna zwyciężyła i tak oto od paru miesięcy dumnie noszę owoc współpracy Olki Osadzińskiej z marką Reebok. To przedsięwzięcie miało miejsce już drugi raz i po raz drugi osiąga skalę światową. Kiedyś Keith Harring i Basquiat, teraz Osadzińska. W sprzedaży na całym świecie.

„Chciałam stworzyć projekt nawiązujący do amerykańskiej kultury ulicznej, do hip-hopu, street artu, nowojorskiego graffiti i ulicznego tańca. Projekt, który byłby dziewczyńską odpowiedzią na klasyczne buty Reeboka prezentujące prace Harringa i Basquiata. Wszyscy pamiętamy kolorowo ubranych chłopaków tańczących do muzyki z boom boxów w teledyskach z lat ‘80 i ‘90, chciałam stworzyć buty, w których taki taneczny konkurs mogłyby odtańczyć dziewczyny. Żując różową gumę balonową” – opisuje autorka. W świecie, który tworzy, wszystko jest możliwe. Kolorowy, radosny, imprezowy, pełen uśmiechu. Buty zapewniają teleportację w tę i z powrotem (powrót to te ciężkie momenty, gdy trzeba czyścić zabłocone noski – koniec imprezy, drodzy państwo). A także – sprawdziłam na sobie – dają sporo wiary w nawet wątpliwe umiejętności taneczne.

Płótnem dla artystki został model Workout Mid, podobno kultowy w latach osiemdziesiątych (nie pamiętam, więc zdaję się na informacje prasowe). Jak na ową dekadę jest zaskakująco stonowany i niezbyt szpanerski. Dopiero ilustracje nadają mu interesującej aparycji. Dodatkowo zdobią go kawałki złotej wytłaczanej skóry, a także zawieszka z trzeba kolorowymi kroplami (wkurza przy chodzeniu, choć jest ładna – można odczepić i nosić przy kluczach).

Wiadomość o współpracy nowa nie jest, ale może i lepiej dla Was, bo w związku z końcem sezonu (!!!) Wokout Mid został całkiem przyzwoicie przeceniony (dla chętnych: tu i tu).

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_4

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_10

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_5

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_6

REEBOK_WorkoutMid_OSADZINSKA_lowres_7

Zdjęcia: Reebok

22

lip

Modny pan

Bohater tej historii nie ma ani określonego wieku, ani konkretnego miejsca zamieszkania. Wiemy, że żyje w Polsce i chciałby się dobrze ubierać. Co to znaczy dobrze? Nie wie tego ani pan, ani jego otoczenie, ale życzliwych porad będzie mnóstwo. Bo w kwestii mody każdy jest ekspertem, prawda?

Pan obserwuje innych panów, oni obserwują pana. Jedni poszukują odpowiedzi u drugich, ale doszukać się nie mogą. Pan kupuje magazyn dla mężczyzn z jakimś tam działem poświęconym stylowi. Owszem, dowie się, która kurtka żeglarska jest najmodniejsza w maju albo pozna nowy model kultowych butów, które i tak do niczego mu nie pasują. Ale do celu go to nie przybliży. Postanawia iść na zakupy i wraca do domu z naręczem ubrań, których potem nie włoży (ekspedientki były takie miłe i na pewno wiedzą najlepiej, co dla niego dobre). A nawet nie wie, że mógłby je oddać z powrotem do sklepu. Wreszcie wpisuje w wyszukiwarkę hasło „modny pan” i wyskakuje mu kilka męskich blogów. Jeśli będzie miał szczęście, trafi na ten merytoryczny. Jaki będzie finał?

Chciałabym zaznaczyć, że nie piszę o mężczyznach, którzy swój styl już odnaleźli. O tych, którzy mają łatwość wychwytywania odpowiednich dla siebie zjawisk, czują się wśród ciuchów jak ryba w wodzie i mają dziką przyjemność z oglądania pokazów męskich kolekcji czy śledzenia nowinek z Pitti Uomo. Zwykle są oni związani z branżą mody (choć istnieją wyjątki, ale nie będę się rozdrabniać). Mam też absolutnie dość opinii, jakoby polski mężczyzna nie potrafił się ubierać, a co w dalszej kolejności: polskie ulice są szare i smutne, jesteśmy sto lat za mitycznym Zachodem. Jak w każdym cywilizowanym kraju, w Polsce istnieją pewne enklawy, wynikające w bardzo prosty sposób z geograficznego położenia. Trochę to stereotypowe, ale przede wszystkim całkiem naturalne. Zanim wydamy osąd, polecam poobserwować inne miejsca, choćby w Europie. Na Północy Francji nie znajdziemy szykownych paryżan, a na Sycylii – mediolańskich pięknych chłopców. Mam wrażenie, że tu w Polsce lubujemy się we wpędzaniu w kompleksy. Całkiem niepotrzebnie. Niestety nie pomagają ci, którzy wiedzą trochę więcej (albo wydaje im się, że wiedzą), taksując zagubionych w temacie nieboraków od góry do dołu przy każdej możliwej okazji.

Ten pan, o którym piszę, może wydawać się nieco bezradny. Może swoim podejściem wkurzać. Branżowym wyjadaczom może się nawet jawić jako całkiem nieprawdziwy. Może też budzić zazdrość swoim ignoranckim podejściem do spraw mody. Wymyśliłam go na potrzeby tekstu, ale nie wziął się z powietrza. W swoim „pozamodowym” życiu spotykam mnóstwo osób, które składają się na tę postać. Łączy ich jedno. Chcieliby, ale nie wiedzą, od czego zacząć.

Śmiejemy się z katalogów, gotowych zestawów na manekinach, zachowawczych stylizacji w lookbookach. A one przecież nie powstają bez przyczyny. To może być bezpieczny start. Ludzie mody nie potrzebują poradników. Ale mój bohater będzie przeszczęśliwy, jeśli trafi na takie podstawowe kompendium wiedzy. Skąd się wziął sukces książki Michała Kędziory (blogera znanego jako Mr Vintage)? Wydawnictwo już dwa razy musiało dodrukowywać egzemplarze, bo „Rzeczowo o modzie męskiej” znikała z półek szybciej niż świeże pączki w Tłusty Czwartek. Autor opisał wszystko, co najważniejsze. Wydał legalną ściągawkę zawierającą odpowiedzi na większość egzaminacyjnych pytań. Znam takich, którzy tę książkę trzymają w ukryciu, bo przecież moda to babskie zajęcie. Ale czytają po kątach i uczą się stopniowo. A potem nagle zaskakują celnym wyborem na zakupach. Wkręcają się w temat i poszukiwanie ubrań czy inspiracji zaczyna sprawiać im najnormalniejszą w świecie przyjemność.

Powoli kiełkuje też pozytywny snobizm na polskie rzeczy. Sensownych propozycji przybywa. Bo o ile jeszcze kilka lat temu tzw. niezależne czy też młode marki oferowały raczej modele eksperymentalne (albo dla osób odważnych), o tyle obecnie coraz częściej skłaniają się w stronę statystycznego klienta. Choć statystyczny zawiera w sobie sporo znaczeń – czasem nawet przeciwstawnych. Odeszły na szczęście czasy, w których mój bohater, chcąc ubierać się po polsku, miał przed sobą trzy wyjścia: koszulki z napisem i szary dres „od projektanta”, prujący się mundurek z sieciówki albo garnitur uszyty na sylwetkę przeciętną (której chyba nikt tak naprawdę nie posiada). Wybór jest tak dobry, jak w przypadku marek kobiecych. A może nawet lepszy, bo mniej ubrań byle jakich, szytych na wzór bestsellerów, mniej lub bardziej umiejętnie kopiowanych.

Zjawisko szycia na miarę przeżywa właśnie swój renesans. Dopasowanie gotowego produktu w sieciowym salonie to już norma (coraz częściej wliczana w cenę), ale bohater tekstu coraz częściej udaje się w tym celu do miejsc dedykowanych. Nawet jeśli swoje przeczytał, zwykle czuje się dość zagubiony. Zresztą, jak podkreśla właściciel pracowni krawieckiej Rudolf & Co., Jarosław Adamczak, paradoksalnie im mniej sprecyzowane oczekiwania klienta, tym efektywniejsza z nim współpraca. „Bywają panowie, którzy zobaczyli coś gdzieś na manekinie i chcą dokładnie to samo, mimo że ich wymiary znacznie od modelowych odbiegają. Czasem naprawdę trudno człowieka przekonać, że to nie najlepszy pomysł. Ale gdybyśmy zgodzili się na realizację takiego zamówienia, wyrządzilibyśmy klientowi ogromną krzywdę. A tego nie chcemy”. I dodaje: „Nasze najfajniejsze realizacje to te, w których klient daje nam kredyt zaufania. Widzi, że znamy się na swoim fachu, więc ma pewność i spokój, że wykonanie będzie bez zarzutu. To daje satysfakcję obydwu stronom”. Bardzo często pan chce zainwestować w jeden porządny garnitur na wiele okazji. W większości takich przypadków pretekstem jest ślub. Tu zaufanie jest bardzo ważne, zwłaszcza gdy klient nie ma pojęcia, jak wyglądają przymiarki. Skąd ma wiedzieć? Od tego są fachowcy.

Coraz częściej za męskie sylwetki biorą się też projektanci, którzy do tej pory trzymali raczej z kobietami. Ostatnio na wybiegu pokazał kilka propozycji dla mężczyzn Michał Szulc (choć on akurat ma warsztat świetny, od lat tworzy męskie kolekcje dla firm odzieżowych). Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski także oswajają męską publiczność, przemycając do swojej dodatkowej linii nieco prostych elementów. Ania Kuczyńska jako jedna z pierwszych parę lat temu zaczęła włączać do swoich kolekcji rzeczy typowo męskie lub uniseksowe. Młodych marek dedykowanych facetom jest znacznie mniej niż tych dla kobiet, ale coś drgnęło. Najwidoczniej jest realna potrzeba, skoro wciąż powstają nowe. Te z kilkuletnim stażem rozwijają się, aż miło patrzeć. Monika Ptaszek, Piotr Drzał, Madox, Rejkjavik District – każda z nich tworzy dla swojego klienta. I każda ma napęd do działania. A bohater historii powoli oswaja się z tematem.

Tekst ukazał się w trzecim numerze Hush Magazine.

21

lip

Secco

Gdy tworzysz przedmioty cenne, zawsze ryzykujesz, że część grupy Twoich wielbicieli będzie je tylko podziwiać przez szybkę. Bo piękne, ale drogie. Bo może i jakość jest w cenie, ale na wyprzedaży były podobne z plastiku… I tak dalej, i tak dalej. Galanteria nie od dziś ratuje wielkie domy mody (nie mówiąc już o kosmetykach, dzięki którym można mieć w domu Chanel za nieco ponad stówkę). To działa także na mniejszą skalę. Do projektantów respektujących potrzeby mniej zasobnych albo po prostu oszczędnych klientów dołączyła niedawno Aga Prus. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nigdy wcześniej nie poświęciłam jej tu miejsca. Na szczęście nie mogę tego napisać o czasie, bo jesienią zeszłego roku przeprowadziłam z nią rozmowę, która ukazała się na Qelement.

Obuwie, które tworzy, to rzemieślnicze arcydzieła, jak tylko wiem, że będzie gdzieś z nimi obecna, pojawiam się choć na chwilę, żeby nacieszyć wzrok (może w przyszłości nacieszę także stopy). O naszej rozmowie wspominam nie tylko po to, żebyście mogli to i owo przeczytać. To spotkanie bowiem w niewielkim (lecz jednak) procencie przyczyniło się do słusznej decyzji o wprowadzeniu do kolekcji toreb. Gdy już wychodziłam od Agi, moją uwagę przykuła parciana torba wisząca przy drzwiach. Duża, praktyczna, z kieszeniami, dająca wrażenie niezniszczalnej. Czyli to, co Harele lubią najbardziej. Na pytanie, skąd takie cudo, Aga skromnie odpowiedziała, że uszyła ją dla siebie. Stwierdziłam, że powinna uszyć ich więcej i sprzedawać. Dwa sezony później dostałam wiadomość i te piękne zdjęcia.

Secco to kolekcja, na którą składają się trzy modele toreb (tobołek mały, duży oraz „shopper”) oraz buty: całkiem nowy model, tzw. wiedenki (w dwóch wersjach – z odciętym i gładkim noskiem) żółto-złote mokasyny, niebieskie angielki i sandałki z pełnym noskiem. Kolory całości zaczerpnięte są z natury, co świetnie podkreśla sceneria sesji zdjęciowej. Brązy, beże, szarości, indygo – jednocześnie mocne i neutralne, nieprzekombinowane. A do tego dyskretne logo projektantki wytłoczone w skórze. Fasony toreb, jak już wspominałam, praktyczne. Ale też urzekające w swojej prostocie. Wiem, to banalne sformułowanie, ale czyż nie jest tu najodpowiedniejsze?

aga prus secco (4)

secco 1

aga prus secco (5)

10343691_816293418389482_5510459704932078953_n

1909635_816293545056136_3084742947033580385_n

aga prus secco (6)

aga prus secco

aga prus secco (2)

10527570_816293345056156_5697967193763834326_n

aga prus secco (3)

10367803_816293358389488_6328586748654907608_n

Fot. Tomasz Pasternak
Modelka: Ula Jurgiel
Włosy i makijaż: Olga Lolka Dackiewicz
Ubrania: Diana Jankiewicz, Borko