8

Lip

Nadzwyczajność

Im głośniej o zjawisku „normcore”, tym bardziej mam ochotę uciec w jego przeciwieństwo. Drodzy niezorientowani, wolicie prawdziwą definicję czy przemaglowaną przez osoby, które nie zadały sobie trudu nawet pobieżnego przejrzenia pierwotnego źródła? Łatwość, z jaką wydajemy osąd, bywa powalająca. Dobrze wiem, bo sama też byłam tego bliska. Ale znalazłam, zajrzałam i przeczytałam. Za późno, termin „normcore” już żyje własnym życiem, magazyny o modzie śpieszą z manifestami „pochwały normalności”, prezentując szereg zwyczajnych płaszczy, spodni i butów na jesień, przeplatając prognozy zdjęciami modelek w dżinsach i t-shirtach jako najlepszą ilustracją zjawiska. Ach, jeszcze czasem się napatoczy Steve Jobs – ikona nurtu. W czarnym golfie i trampkach, o ile dobrze zapamiętałam.

Ale wróćmy na początek. W pięknym Nowym Jorku istnieje grupa badaczy trendów pod nazwą K-HOLE. To oni w październiku zeszłego roku we współpracy z BOX 1824 (w dużym skrócie, podobnymi badaczami) opracowali biuletyn „YOUTH MODE. A REPORT ON FREEDOM” (można go w całości pobrać ze strony). Na dobrą sprawę to analiza całego naszego pokolenia, dążenia do indywidualności, którego rezultatem jest powstanie masy identycznych jednostek (znów w dużym skrócie), zwanych „mass indie”. Paradoksalnie w przeciwnym narożniku plasuje się „normcore”. Wolny od dążenia do czegokolwiek oprócz własnej wolności. Ba, wolny od definiowania tejże wolności nawet. „To be truly Normcore, you need to understand that there’s no such thing as normal” – ten fragment wystarczy, by obalić wszelkie wariacje na temat, których i tak już nic nie zatrzyma. Polecam zagłębić się w całość, dywagacje na temat młodości są znacznie bardziej fascynujące niż sam normcore. Ale…

Cała uwaga poszła w ciuchy. Czy to dziwne? W końcu to poprzez ciuchy wyrażamy siebie (podobno – banał, banał, banał). Mnie też dopadło. Nagle okazało się, że najbardziej na czasie jest mój mąż, który ubraniom poświęca może jeden procent wszystkich swoich myśli i planów. Podobne zdanie przeczytałam w felietonie Joanny Bojańczyk na temat tego zjawiska w lipcowym numerze „Twojego Stylu”. Czy to znaczy, że jeśli od tygodnia chodzę w tym samym dresie, bo mam w domu remont i szafę zastawioną kartonami, to wpisuję się w najpopularniejszą obecnie tendencję?

Do czego to doszło, żeby zwyczajność siłą opatrywać mianem trendu i rozpisywać się o niej na wszelkie sposoby? W efekcie mam ochotę ten dres zrzucić i nigdy do niego nie wracać. Tak mnie wkurza wpasowywanie w sztuczne ramki. A jeszcze bardziej wkurza, że ktoś miał czelność odebrać mi moje dwie ukochane: nudę i lenistwo. Odebrać i nadać im nadzwyczajne znaczenie – poprzez sprowadzenie do modnej zwyczajności. Najwyraźniej potrzebowaliśmy czegoś nowego, bo niepowtarzalny indywidualny styl okazał się mrzonką. Wystarczyło płytkie podejście do tematu, brak głębszego zainteresowania, czytanie co drugiej linijki i proszę bardzo – mamy manifest na kolejne miesiące. Teraz będziemy normalni!

Pojawiła się nuta buntu – to oczywiste. Chcę być inna, działać po swojemu. A więc – według K-HOLE, wolę wciąż trzymać się masy. I wciąż będę zniewolona. Trudno. Nie jestem sama. Z którym projektantem bym nie rozmawiała, wyraża podobne przekonania (nawet jeśli o przedmiocie tego tekstu nie ma pojęcia). Niektórzy nazywają to „jechaniem na patencie”, inni „spoczywaniem na laurach”. Pisałam o porzucaniu schematów przy okazji letniej kolekcji Wearso. Wczoraj w polskim wydaniu Elle przeczytałam, że dziewczyny z LOUS chciałyby stworzyć coś na miarę & Other Stories – poszerzyć ofertę o bieliznę, akcesoria i kosmetyki. Wystarczy spojrzeć na dyplomowe kolekcje studentek warszawskiej Katedry Mody, by wymówić magiczne słowa: „Wiedz, że coś się dzieje”.

Normcore w modzie to zabawna sprawa. Nie ma odwrotu, trzeba będzie przetrwać tę falę. Niezwykle interesująca jest obserwacja, jak z jednej analizy wyrosło coś kompletnie nieprzewidywalnego, wciąż rośnie i nie wiadomo, gdzie nas zaprowadzi. Czyżbyśmy aż tak pragnęli nowości, żeby utożsamić z nią zwyczajność? Najwyraźniej.

P.S. Poszukiwania nowych rozwiązań, pomysłów, proporcji itp. odbywają się m.in. na moim Pintereście. Zapraszam!

2 myśli nt. „Nadzwyczajność

Dodaj komentarz
  1. Jag

    Och, mój ulubiony temat :) Normcore dla mnie to zjawisko niesamowicie interesujące, może dlatego, że próbuje się go na wszystkie sposoby sklasyfikować jako trend. Dla mnie to po prostu coś zupełnie od trendu odległe, to po prostu rzeczywistość. W dobie kolorowych ptaków, ludzi którzy na siłę starają się być jacyś w końcu ktoś dostrzegł szarą masę chodzącą w dżinsach, białych adidasach i golfach, albo rozciągniętych szarych bluzach. W końcu to relikt przeszłości – boskich lat ’90, serialu „Pełna chata” (pamiętasz jak ubierał się ojciec?), super nudziarzy :) Muszę przyznać, że cieszę się, że ktoś nas w końcu zauważył, za długo już panowało to hipsterstwo :D

    Odpowiedz
     
  2. klaudia

    Hmm.. jest ogromna grupa ludzi, dla których coś nabiera wyrazu, a nawet sensu dopiero po tym, jak ktoś napisze w odpowiednim miejscu, że to moda, odpowiedni kierunek. Tak jest też ze spędzaniem czasu w pewien sposób. Pamiętam artykuł w jakimś lajfstajlowym magazynie, gdzie gotowanie, jedzenie tego, co się ugotowało, kąpiel w jeziorze itd. urosły do rangi zajęć absolutnie trendy, obowiązkowych. Być może ktoś, kto od zawsze sobie gotował poczuł się lepiej, jak ktoś z grona ludzi wiedzących o co chodzi w tym sezonie.
    „Do czego to doszło, żeby zwyczajność siłą opatrywać mianem trendu i rozpisywać się o niej na wszelkie sposoby?” – mam tu absolutnie banalną refleksję: trzeba o czymś pisać, coś wymyślać, sporo osób się przecież z tego utrzymuje…

    „(…)mój mąż, który ubraniom poświęca może jeden procent wszystkich swoich myśli i planów.” – po latach obserwacji i doświadczeń jestem niemal przekonana, że to bardzo mądry mężczyzna, ale to już temat na inny wpis :)

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *