Miesięczne archiwum: Październik 2014

31

paź

Harel pyta: Marzenna Niemoczyńska

Z ogromną radością oznajmiam, że po kilkumiesięcznej przerwie wracamy z Bartkiem Szmigulskim do naszych wywiadów z ludźmi mody i nie tylko. Qelement przeszedł do historii, działamy zatem na naszych blogach. U mnie znajdziecie cały tekst, u niego – pełen materiał zdjęciowy. Pierwszą rozmówczynią została Marzenna Niemoczyńska, założycielka marki 303 Avenue. O historii, pomysłach i nietypowych klientkach opowiedziała nam w zaciszu swojego butiku na Mokotowskiej. Wszystkie zdjęcia ze spotkania tutaj.

5Fot. Bartek Szmigulski

Jak wyglądało życie przed 303 Avenue?

Moją pierwszą inspiracją w modzie była moja mama. Nosiła się absolutnie niezwykle jak na swoje czasy. Mam takie zdjęcie, na którym wygląda dokładnie jak Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Zawsze, gdy się przeprowadzałam ze swoją rodziną, zabierałam ze sobą jej wszystkie sukienki. Są dla mnie bezcenne. Mam też płaszcz po babci, wszyscy moi pracownicy go widzieli – jest prawdziwym dziełem sztuki. Rozkloszowany, na jedwabnej podszewce. Ma sto dwadzieścia lat, a wciąż można go nosić. I takie rzeczy chcę pokazywać u siebie. Niezwiązane z konkretną modą, tworzone na wiele sezonów, przygotowane na wiele lat noszenia.

Koncepcja mojej firmy kompletnie nie polega na sprzedawaniu trendów. Wymarzyłam sobie kiedyś, że znajdę styl dla siebie. Bywały czasy, że wyglądałam bardzo źle. Gdy oglądamy z córką moje zdjęcia z lat siedemdziesiątych, czasami nie wierzymy, że to mógł być aż taki horror. Jak byłam w liceum, obejrzałam „Love Story” i główna bohaterka stała się ikoną mojej mody. Zrobiłam sobie nawet identyczną, granatową koszulkę z białym napisem, w jakiej Ali MacGraw biegła po plaży. Ufarbowałam ją, wycięłam napis, a ktoś mi go przyszył. Byłam do niej trochę podobna, więc oczywiście tym bardziej się na nią stylizowałam. Potem moją inspiracją była Karolina z Monako – była dwa lata ode mnie starsza i w tamtych czasach ubierała się genialnie.

Wciąż jednak nie miałam pojęcia, że będę kiedyś robić to, co robię teraz. W pewnym momencie mogłam pozwolić sobie na zakupy za granicą, jechałam np. do Paryża i nie znajdowałam niczego dla siebie. Mam specyficzną figurę, bardzo szczupłe nogi i duży biust przy niewielkim wzroście. Co z tego, że pasowała na mnie jedna piękna rzecz, skoro nie była spójna z resztą mojej garderoby? Kupienie sukienki Prady niczego nie załatwia. Tak samo jak założenie jednej drogiej torebki do rzeczy, które kompletnie do niej nie pasują. Kobiety marzą o rzeczach drogich, a potem okazuje się, że one wcale nie grają z ich stylem. Wyglądają tak, jakby pożyczyły sobie torbę czy buty z wystawy.

Wtedy podjęłam decyzję, że będę sama siebie ubierać. Skoro potrafiłam ubrać Magdę Gessler (bo od tego się zaczęło), to dlaczego nie miałabym spróbować ze sobą? Dzisiaj chodzę tylko w swoich rzeczach.

Skąd pomysł na nazwę?

Nazwa to był totalny przypadek. Parę lat temu, gdy zaczęłam ubierać Magdę i wszyscy pytali, gdzie można kupić jej ubrania. Postanowiłam stworzyć miejsce, w którym można by je obejrzeć. Miałam tylko fabrykę, ale żadnego butiku. Z dnia na dzień w Międzylesiu wynajęłam lokal i trzeba było błyskawicznie zarejestrować firmę. Lokal znajdował się pod adresem Patriotów 303. To była sekunda. Reakcje na nazwę są różne. Jedni mówią, że jest dobra, inni, że nie wiadomo, jak ją wymówić, jeszcze inni kojarzą ją z Dywizjonem 303 <śmiech>. My ją roboczo skracamy do 303. I tak wiadomo, o co chodzi.

Podkreślasz, że marka trzyma się z dala od wielkiej mody. Czy nie kusi Cię czasem, żeby podkręcić te rzeczy w stronę aktualnych trendów?

Nie. Bo to nie byłabym ja. Z jednej strony działamy jak sieciówki. Krótkie serie, codzienne dostawy, cały czas coś nowego. Ale z drugiej trzymamy się mocno określonego stylu. I tego, co sama bym nosiła. Choć raz się pozytywnie zaskoczyłam. Zamówiliśmy trzysta metrów (czyli minimum) materiału w kanarkowym odcieniu żółtego, prawie neonowym. Słuchaj, to się sprzedało do zera! Nie wierzyłam, że można uszyć tyle takich samych rzeczy i sprzedać wszystkie. I że kobietom nie przeszkadza, że będą nosić to samo co inne. Ja mam zupełnie inne myślenie. Nawet jeśli powtarzam dany fason, używam innej dzianiny, o innej strukturze, odcieniu. Raz odeszłam od reguły i proszę. I to jest kuszące, żeby produkować bestsellery, takie modowe samograje. Tylko nie zgadza się to z moją wizją marki. Czasem trudno jest znaleźć kompromis.

A bestsellery 303?

Zaobserwowałam pewną zależność. Wydawało mi się, że kobiety wcale nie chcą wyglądać jak ktoś, kto sprzedaje. Tymczasem to działa. Nie chodzi o to, że kobiety nie mają wyobraźni, ale trzeba im to wyobrażenie ułatwić. Pracownica sklepu ma na sobie coś mojego i to się sprzedaje natychmiast. Podobnie z przekonaniem, że nigdy nie włożymy rzeczy w danym kolorze. A dlaczego nie? Trzeba próbować, skoro nie potrafimy sobie tego wyobrazić. Więc zwykle najlepiej sprzedaje się to, co jest dobrze wyeksponowane.

Totalnie zaskoczyła mnie popularność mini rozkloszowanej spódnicy. Już parę razy miałam plan, żeby ją wycofać, ale dziewczyny przychodzą i pytają o nią kilka razy w tygodniu (w trakcie naszej rozmowy dwie klientki wyszły ze sklepu ze słynną spódnicą – przyp. aut.). Dużym powodzeniem cieszy się też wyszczuplający płaszcz. Szyjemy go we wszystkich możliwych opcjach. Hitem jesieni jest wersja przeciwdeszczowa.

Ceny w Twoim sklepie do najniższych nie należą. Nie obawiasz się, że niektórych mogą odstraszać?

Nie. Moja koncepcja kosztuje. I nie ukrywam, że kieruję ją do kobiet o zasobniejszym portfelu. Mam swoją szwalnię, nie zlecam produkcji nikomu z zewnątrz. Dzięki temu mam pełną kontrolę nad tym, co się w firmie dzieje. Plus możemy wykonywać rzeczy pod konkretny wymiar. Materiały sprowadzamy z Włoch. Zresztą za parę dni jedziemy tam szukać tkanin do wiosennej kolekcji.

Niektórzy radzą mi, żebym weszła z 303 do centrów handlowych. Ale ja nie chcę robić wielkiego koncernu. Choć po przeczytaniu książki Amancio Ortegi, właściciela Zary, stwierdziłam, że mamy bardzo zbliżone myślenie o marce. Oczywiście na mniejszą skalę.

Oferuję kobietom rzeczy proste. Więc spotykam się z naturalną reakcją, że „takie proste to sobie mogę uszyć sama”. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że proste rzeczy jest uszyć najtrudniej. Ja wychodzę z konkretnym pomysłem, pracuję z fantastycznymi konstruktorkami i krawcowymi. Każdy fason doprowadzamy do perfekcji, dzięki czemu nie musimy z niego rezygnować po jednym sezonie. Tak jak mówiłam wcześniej, zmieniamy tkaninę, kolor, ale krój pozostaje ten sam. Bo się sprawdza. Po co to zmieniać? Jeśli klientka w moim ubraniu dobrze się czuje i równie dobrze wygląda, cena nie gra roli.

A co z najbardziej nietypowymi figurami?

W ofercie 303 Avenue jest usługa zbudowania pełnej garderoby na cały sezon. Nie tylko dla trudniejszych sylwetek, choć głównie takie panie się na nią decydują. Wtedy szyjemy wszystko od postaw, na indywidualny wymiar. Z tym że klientka musi mi zaufać. Bo to ja będę ją ubierać, ja zdecyduję, w czym jej najlepiej, dosłownie – nie pozwolę jej skrzywdzić. Koszt takiej usługi ustalany jest także indywidualnie, choć panie muszą się liczyć z ceną kilku tysięcy złotych. Z tym że jeśli nie znajdziemy wspólnego języka, nie będzie między nami energii, uważam, że nie ma sensu tego robić. Zależy mi na dobrym ubraniu danej kobiety, nie na pieniądzach.

Twoja absolutnie ulubiona rzecz z 303?

Spodnie dresowe. Zanim założyłam markę, przez pięć lat nie nosiłam spodni w ogóle. Zafiksowałam się, że taka figura jak moja, na spodnie się nie nadaje. Jak je zrobiłam, raptem się okazało, że noszenie spodni nabrało dla mnie sensu. Teraz noszę je bez przerwy.

Poniżej wybrane propozycje z kolekcji na jesień/zimę ’14/15.

303aw6

303aw5

303aw3

303aw7

303aw2

303aw4

303aw1

303aw11

303aw9

303aw19

303aw8

Fot: Piotr Sitarsky

30

paź

Proszę wyjść

Dałam Łódzkiemu Tygodniowi Mody kolejną szansę. Została zmarnowana. Po jego zakończeniu ogarnęło mnie współczucie. Ogromne. Dla wszystkich po kolei. Projektantów, widzów, redaktorów (tej garstki, która jakimś cudem się pojawiła), fotografów, modelek, obsługi, wystawców, a wreszcie dla mnie samej. Czuję, że powinnam to napisać. Z drugiej strony szkoda mi osób, które ten tekst niesłusznie skrzywdzi. Bo czy to ich wina, że brali udział w tej a nie innej imprezie? Czy mieli alternatywę?

Od poniedziałku ciągle odpowiadam na pytanie: Jak było w Łodzi? I odpowiedź jest jedna: Beznadziejnie. Pomijam aspekt towarzyski, bo ze znajomymi równie dobrze mogę się spotkać u siebie w domu, bez narażania się na tyle negatywnych bodźców. Miło było poznać nowych ludzi, z którymi znamy się tylko z sieci, ale nie o tym dzisiaj.

Rozwinięcie mojej odpowiedzi może stanowić kilka historii, które spotkały albo mnie, albo ludzi z najbliższego otoczenia, a także ogólne wrażenia osoby, która na imprezie była po raz ósmy, pełna nadziei, że tym razem będzie lepiej. Jak najkrócej i jak najkonkretniej. Bez zbędnego rozpisywania się.

1. Z pustego pierwszego rzędu przegania się mnie do tyłu ze słowami: „media siedzą w drugim”. Gdybym się przesiadła, pięć minut później zagoniono by mnie z powrotem do pierwszego. Nie mam o sobie wygórowanego mniemania, ale niech pokażą mi dziesięć osób z tam obecnych, które piszą tyle o polskiej modzie co ja (o poziomie tekstów nawet nie wspominam).

2. To samo robi się z członkami rady programowej FPFWP, żeby na ich miejscu mógł spocząć organizator imprezy. W rezultacie wychodzą i nie oglądają pokazu. Gdyby nie przypadkowe spotkanie z osobami decyzyjnymi, które zareagowały błyskawicznie, prawdopodobnie wszyscy byśmy wyjechali.

3. Gdy robię wywiad z projektantem w strefie projektanta, podchodzi do mnie obsługa i informuje, że nie wolno mi tu przebywać. Zero wyjaśnień. Proszę wyjść. Dodam, że nigdzie się nie włamałam, posiadałam odpowiedni identyfikator. Ale ponieważ moja twarz mało komu coś mówi…

4. Wszelkie próby pobrania materiałów zdjęciowych z serwera kończą się porażką. Do dziś się to nie zmieniło. Gdyby nie projektanci, nie dysponowałabym żadnymi zdjęciami.

5. Nie wiem, kto ma ostateczny wpływ na dobór projektantów i marek biorących udział w imprezie. To była najgorsza edycja pod względem poziomu i estetyki. Jeśli rzeczywiście zostały wybrane najlepsze kolekcje ze wszystkich zgłoszonych, to chyba żyję w równoległym świecie.

6. Podobnie nie wiem, kto miał wpływ na dobór modelek. Drogie dziewczyny, jeśli to czytacie, nie bierzcie do siebie tej uwagi. Istnieje szereg uroczych kobiet, które nie powinny być modelkami i koniec. Sama mam problem z chodzeniem w szpilkach, ale gdybym miała to robić zawodowo, raczej bym się przyłożyła. Nie jest Waszą winą, że FPFWP zdecydował się na wynajęcie tej a nie innej agencji.

7. Czy na którymkolwiek ze światowych tygodni mody, do których łódzki tak mocno aspiruje, znajduje się osobne wejście dla mediów zagranicznych? Rozumiem, że zapewniają tyle publikacji i rozgłosu, że warto ich dopieszczać na każdym kroku. Jeśli tak, ten punkt skreślamy. Absencja mediów polskich dojmująca.

8. Nagroda Macademian Girl Designer Award. Przede wszystkim: piękny gest, doceniam. Ale miałby sens poprzedzony nagrodami od Elle, VuMaga czy samego Fashion Philosophy. To impreza międzynarodowa, z szeregiem sponsorów i partnerów. Dlaczego jedyną nagrodę dla projektantów funduje blogerka? Czy w naszym kraju jest aż tak źle? Pomijam fakt, że została wręczona przed obejrzeniem wszystkich pokazów. Kilkanaście godzin później i sprawa prezentowałaby się znacznie lepiej.

To nie są drobne potknięcia. To poważne błędy. Przyjechałam tam z własnej woli, do pracy, za którą również z własnej woli nic nie dostaję. Utrudniano mi działanie wielokrotnie. Już mam szczerze dosyć pisania, że wszystko rozumiem, że pomyłki są wpisane w ludzką naturę itd. Ta impreza sama się pogrąża. Wizerunkowo i organizacyjnie. To nie znaczy, że nie widzę plusów. Ale, jak mawiał klasyk, Ryszard Ochódzki, „rozchodzi się o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów„. Dziś było o minusach. Plusy dzierży resztka dobrych projektantów, którzy pozostali na pokładzie tonącego okrętu. I o nich w najbliższym czasie. Dziękuję za uwagę.

29

paź

Le Brand

Jeśli brakowało komuś w Polsce marki w iście paryskim stylu, może odetchnąć z ulgą: właśnie się pojawiła. Od pierwszego wejrzenia przywołuje mi w myślach jednocześnie charakterystyczne i z klasą zdystansowane firmy francuskie, np. Sandro, A.P.C., Zadig & Voltaire czy Kookai. Ich asortyment to przynajmniej siedemdziesiąt procent takich ubrań, które będą się opierać sezonom przez parę dobrych lat. Pozostała część tylko delikatnie ukłoni się trendom, a czasem po prostu skinie głową z daleka. I taka właśnie jest Le Brand. Jest tak młodziutka, że nie ma nawet sklepu internetowego, a zamówienia składa się albo przez Facebooka, albo osobiście. Wizyta w warszawskim showroomie robi wrażenie. Na ostatnim piętrze kamienicy w Alejach Ujazdowskich 24/111 z obłędnym widokiem na dachy miasta (Warszawa z powodzeniem udaje tam Paryż) wiszą sobie spokojnie na wieszakach ubrania piękne, szlachetne i niebanalne, choć kompletnie niekrzykliwe. Płaszcze różnego rodzaju, ręcznie dziane swetry, żakiety, wełniane spodnie, peleryny, a nawet kimona. Paleta barw oscyluje między szeregiem szarości, nieoczywistymi beżami, całkiem oczywistą i jakże niezbędną czernią a kilkoma dosłownie niespodziankami, plamką czerwieni, przygaszonych popielatych fiołków czy połyskiem skóry lub wieczorowych cekinów.

Kolekcja na jesień jest nieduża, ale za to wielokrotnie przemyślana. Tu nie ma miejsca na przypadek. Skomponujemy z niej komfortową i przyjemnie ogrzewającą garderobę. Uwaga, każda przymierzana rzecz przywiera do nas z czułością i ciężko jej odmówić. Ja wyszłam stamtąd z wełnianym swetrem o kroju kimona (który możecie obejrzeć na moim Instagramie – wystąpiłam w nim w Łodzi i chyba nigdy nie zebrałam tam tylu komplementów). Jakieś wady? Owszem, muszę napisać o jednej, dla mnie niezwykle istotnej. Otóż sporo z prezentowanych projektów pozbawiona jest kieszeni. A szkoda, bo pierwsza rzecz, którą chciałoby się zrobić po włożeniu płaszcza, to komfortowo zanurzyć w nich ręce i przybrać nonszalancką pozę żywcem ściągniętą z Caroline de Maigret chociażby. Ale ponieważ pierwsze wrażenie było fantastyczne, przymykam oko i czekam na kieszenie w sezonie kolejnym.

Le_Brand_lookbook-255

Le_Brand_lookbook-304

Le_Brand_lookbook-336

Le_Brand_lookbook-390

Le_Brand_lookbook-476 2

Le_Brand_lookbook-612

Le_Brand_lookbook-637

Le_Brand_lookbook-769

Le_Brand_lookbook-1262

Le_Brand_lookbook-1422

Le_Brand_lookbook-1181

Le_Brand_lookbook-1143

Le_Brand_lookbook-1076

Le_Brand_lookbook-795

Le_Brand_lookbook-988

Le_Brand_lookbook-1451

Le_Brand_lookbook-132

Le_Brand_lookbook-185

UWAGA! ZDJĘCIA ZOSTAŁY USUNIĘTE NA PROŚBĘ AUTORKI, PONIEWAŻ NIE ZOSTAŁY WYRETUSZOWANE. OTRZYMAŁAM JE OD PROJEKTANTKI ZE ZGODĄ NA PUBLIKACJĘ, ALE NIE MAM ZAMIARU WDAWAĆ SIĘ W DYSKUSJĘ. W MOMENCIE, GDY PANIE ZAŁATWIĄ TO MIĘDZY SOBĄ, ZDJĘCIA POWRÓCĄ W FORMIE DOCELOWEJ.

Fot. Sonia Szóstak
Stylizacja: Paulina Pyszkiewicz
Modelka: Justyna / Model Plus
Makijaż: Wilson / Warsaw Creatives
Produkcja: Błażej Baar / highnoon.pl

27

paź

Sold!

Michał Szulc postanowił się sprzedać. Ogłosił to mocno i konkretnie, choć niewerbalnie. Że coś się szykuje, dało się odczuć już kilka miesięcy temu, gdy jesienno zimową kolekcję Fire podzielił na dwie części. Pierwszą zaprezentował w Warszawie, drugą – podczas Łódzkiego Tygodnia Mody. Choć łączył je tytuł, każdy z rozbudowanych modułów przemawiał po swojemu, posługując się krojami, gamą kolorystyczną, a nawet przeznaczeniem danych elementów. Obecnie dystans zwiększył się na tyle, że druga kolekcja otrzymała miano całkiem nowej marki – SOLD. Co więcej, chwilę po sobotnim pokazie ruszył sklep internetowy. Natychmiast skojarzyło to mi się z działaniami marek zagranicznych (np. Burberry Prorsum), których ubrania od kilku sezonów można kupić online już kilka minut po premierze na wybiegu. Pełen profesjonalizm i niski ukłon w stronę wygłodniałych klientów. Żadnego czekania. Widzisz, klikasz, kupujesz i masz. Wprawdzie pojawiła się tylko część kolekcji (na moje oko mniej więcej połowa), ale to i tak spore osiągnięcie, jak na tempo, do którego przywykliśmy w polskiej branży.

Michal Szulc Sold (1)

Czytaj dalej

24

paź

Dlaczego pojechałam do Łodzi?

Agnieszka Maciejak, Berenika Czarnota, Agata Wojtkiewicz, Bohoboco, Zuo Corp., Łucja Wojtala, Joanna Klimas, Anna Poniewierska, Maldoror, Anna Pitchouguina, Ania Kuczyńska czy wreszcie MMC Studio. Z pewnością nie wymieniłam wszystkich, bo pisałam posługując się swoją złudną pamięcią. O co chodzi? To projektanci i marki, które mogliśmy oglądać podczas Łódzkiego Tygodnia Mody (w dłuższym skrócie Fashion Philosophy Fashion Week Poland). W większości przypadków niejednokrotnie. Z niektórymi z nich miałam do czynienia po raz pierwszy na żywo wlasnie tu, w Łodzi. W najbliższych dniach nie zobaczymy ani jednej. Tak, dobrze czytacie, także MMC (choć jeszcze we wrześniu słynna informacja prasowa zapowiadała ich obecność – zaraz obok stylistki współpracującej z „Calvinem i Kleinem” – pisownia oryginalna, ale to już pewnie wiecie). Niektórzy z projektantów otwarcie mówią, że pokazy na tej imprezie w żaden sposób im się nie opłacają. Inni zrezygnowali na rzecz warszawskiego blichtru. Jeszcze inni kompletnie się zaszyli i żadne pokazy im niepotrzebne. Kto w takim razie został? I czemu to wciąż gigantyczne przedsięwzięcie służy? I wreszcie: co ja tu robię? W dużej tajemnicy Wam powiem, że mogłam być teraz w hotelu przy słonecznej plaży i oddychać powietrzem o znacznie wyższej temperaturze – i to też w związku z blogiem. Wybrałam Łódź. Czy jestem masochistką?

Przyjechałam tu dla projektantów. Tych, którzy jeszcze zostali, choć imprezę porównuje się ostatnimi czasy do tonącego okrętu. A mnie naprawdę nie obchodzi, co się dzieje za kulisami. Piszę o polskiej modzie, przedstawiam Wam ją najlepiej jak potrafię. I wciąż mam nadzieję, że w kontekście Łodzi będzie co przedstawiać. Z niecierpliwoscią czekam na tych, którzy za każdym razem trzymali wysoki albo najwyższy poziom. Na Michała Szulca z całkiem nową marką Sold (pamiętam, gdy startował z linią Sale). Na Nenukko i przekaz poza schematem mody. Na Kas Kryst, której kolekcje sezon po sezonie nabierają dojrzałości. Na Olę Bajer i pierwszy jej pokaz w Alei Projektantów (Magda Floryszczyk zagościła tam wczoraj – i słusznie). Łukasza Jemioła, za którym wielbicielki przyjadą zapewne z całej Polski, choć to „tylko” linia Basic. I na Dawida Tomaszewskiego, który za każdym razem (przynajmniej do tej pory) dawał dość boleśnie odczuć, co to znaczy dla polskiego projektanta mieć możliwość pracy za granicą (to się potocznie nazywa „ukłucie zazdrości”). Liczę też na nowe marki, choć kilkuletnie obserwacje dowodzą, że te znikają równie szybko, jak się pojawiają. Czasem to duża szkoda. Ale też dowód, jak bardzo potrzeba myślenia perspektywicznego. Jeden udany sezon nie czyni mistrza. Nawet jeśli był wybitny.  Wiem, samą myślą nie uszyje się kolekcji – ale to temat na inny tekst.

Optymizm zelżał na widok Showroomu. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie dobierani są wystawcy, ale z roku na rok jest coraz gorzej. Nawet jeśli pośród listy przebojów polskich hurtowni tekstylnych pojawiają się perły, potrzeba sporo energii, by je wyłowić. Pomieszanie z poplątaniem. Zresztą być może wlasnie ta przestrzeń najlepiej oddaje to, co według mnie stanowi największy problem imprezy.  Przedstawię go przewrotnie, w kilku pytaniach. Kto jest głównym odbiorcą FPFWP? Jakie są jej cele? Dlaczego tak mało tu polskich dziennikarzy, coraz mniej zainteresowanych wydarzeniem redakcji? Czy kilka jednorazowych wzmianek w mediach zagranicznych ma większą moc niż regularna obecność w mediach polskich? Polska moda, którą tu widać, to zlepek tak przeróżnych płaszczyzn, poziomów i kontekstów, że nie sposób jej nakreślić nawet prostym szkicem. Ba, prosty jest najtrudniejszy, zwłaszcza w tej mnogości znaczeń.

Hurtownie koronek obok młodych zdolnych. Flauszowe płaszcze gotowe do sprzedaży w każdej lokalizacji obok biżuterii dla dzikich mieszkańców lasu. Nieśmiertelna szara dresówka plus wypłukane błękity monopolizowane swego czasu przez Roberta Kupisza. Na wybiegu jak do tej pory plastik, przeterminowane trendy i wątpliwego uroku powrót do lat dziewięćdziesiątych i pierwotnej euforii wywołanej transformacją. Kilka, dosłownie kilka zjawisk dających nadzieję. Nie przekreślam i staram się nie oceniać pochopnie, dopiero jeden dzień za mną, a na warunki do pracy narzekać nie mogę (nawet jakiś mesjasz zamienił wino w wodę, dzięki czemu odbiór pokazów pozostaje niezakłócony – taki hermetyczny żart). Ale też nie ma sensu udawać, że wszystko jest piękne i bez skazy. Mimo pozorów jestem pełna sympatii do tego wydarzenia. Czasem wygodniej by było pomilczeć, ale właśnie ta sympatia mi na to nie pozwala. Czy biernie obserwowalibyście, jak Wasz dobry kumpel się potyka? Otóż to. Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Jeśli jakimś cudem przegapiliście tekst o FPFWP z PR-owego punktu widzenia, zapraszam do Fashion PR Girl – obowiązkowo. Nikt tego lepiej nie ujął.

18

paź

June i Misia

„Marzenia się spełniają, Może nie same, ale spełniają…” – napisała do mnie któregoś dnia Katarzyna Wójcik, przesyłając te klimatyczne zdjęcia. W sesji jej biżuterii zgodziła się wystąpić postać wpasowująca się w klimat idealnie, czyli piosenkarka Misia Furtak. Efekt jest… Zresztą oceńcie sami. Ja się zauroczyłam.

O June Design pisałam tu kiedyś. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Projektantka nie ustaje w poszukiwaniach swojego własnego i niepowtarzalnego języka. Nie ogląda się na chwilowe mody, wsłuchuje w siebie i podąża za wyobraźnią i emocjami, jednocześnie wciąż doskonaląc i tak świetny warsztat. Niedawno odwiedziłam ją w pracowni na warszawskim Mokotowie. Żadnego „glamuru”, mili Państwo. Szereg narzędzi, które mogą budzić niepokój (zwłaszcza gdy co jakiś czas ogląda się horrory o psychopatach), a które jednocześnie wyczarowują przedziwne i magnetyczne kształty. Lutownice, młoteczki, drewienka, srebro w kulkach, a na sąsiednim blacie maszyna do kąpieli w ultradźwiękach, tzw. myjka ultradźwiękowa (tu trafiają gotowe elementy i pozbawiane są zanieczyszczeń).

Najnowsza kolekcja Come Closer to szereg ręcznie rzeźbionych elementów, przypominających kształtem szlifowane kamienie, osadzonych na drobnych łańcuszkach lub delikatnych biglach (w zależności od pełnionej funkcji). To także obrączki, które można zamówić na miarę w wiadomych okolicznościach. Będą rzeźbione w czternastokaratowym złocie i absolutnie unikatowe. Polecam odwiedziny w pracowni na Narbutta. Dowiecie się o biżuterii rzeczy niecodziennych, a być może nawet projektantka pozwoli Wam na drobne manewry przy zamówionym egzemplarzu (ja swoją bransoletkę wykąpałam w fosforyzującej zielonej cieczy i cieszyłam się jak dziecko).

June-Design-Misia-Ff-1m

June-Design-Misia-Ff-2m

June-Design-Misia-Ff-3m

June-Design-Misia-Ff-4m

June-Design-Misia-Ff-6m

June-Design-Misia-Ff-7m

Fot. Aleksandra Zaborowska