Miesięczne archiwum: Listopad 2014

26

lis

Hello, Benjamin

Taki tytuł sprawia, że wszystko jest jasne. Nie trzeba być kinomanem, by ten cytat wywołał dreszcze. Matowy ciemny głos Anne Bancroft odzianej w czerń lub lamparcie cętki, nieporadny Dustin Hoffman przy hotelowej recepcji, gorące lato zwieńczające intensywny okres studiów. Podpowiadać dalej? Film Mike’a Nicholsa to tylko pretekst dla kolekcji osadzonej zdecydowanie w czasach obecnych. Kreacje kobiet Benjamina Braddocka stanowią tu punkt wyjścia: kolory, faktury, delikatnie taliowane sylwetki. Co ciekawe, ten sam krój płaszcza poprzez użycie wełny różnej barwy czy struktury dopasowuje się zarówno do bohaterki neurotycznej, jak i jej wrzaskliwej, choć zdecydowanie sympatyczniejszej córki. A przede wszystkim do nas, całkiem współczesnych klientek.

Diana Jankiewicz ma ich całkiem sporo. Przychodzą raz i powracają, bo wiedzą, że znajdą sprawdzony fason w nowej odsłonie. Młoda projektantka się nie rozdrabnia. Dopracowuje wykrój do perfekcji, a potem korzysta z niego znacznie dłużej niż kilka miesięcy. Jesień to same trójki. Trzy formy w trzech kolorach plus trzy pary rękawiczek (na ten moment już tylko jedna). Płaszcz jest powtórką sprzed roku, gdy okazał się bestsellerem. Powraca w wersji beżowej – miękkiej i łagodnej, czarnej – przecinanej drobnymi ukośnymi prążkami oraz zielonej – szorstkiej i surowej. Ta ostatnia wełna to szkocki Harris tweed – tkanina, której każda belka otrzymuje stempel jakości na podstawie aktu parlamentarnego określającego dokładny sposób jej wykonania. Podobno to jedyny taki proceder na całym świecie.

Pod płaszczami zostaje miejsce na sukienki. Ich koszulowy, lecz bliski ciału krój świetnie obrazuje, która idea jest Dianie najbliższa. I choć słowa „ponadczasowa klasyka” zostały przez ostatnie lata wyświechtane do granic możliwości przez wszelkiego rodzaju publikacje o modzie czy stylu (niepotrzebne skreślić), w jej przypadku nadal się broni. Może dlatego, że określa dokładnie to, czym ma być. Jedwabna krepa w kolorze głębokiej czerni lub ciemnej butelkowej zieleni zaskakuje delikatnością, tak mocno kontrastującą ze zdecydowaną formą płaszczy. I znów pojawia się sprawdzony patent – zamiast kołnierzyka mamy plisę na karczku. Guziki z masy perłowej dyskretnie przywołują estetykę lat sześćdziesiątych. Sukienki powstają na zamówienie, realizacja zajmuje około tygodnia.

Nieźle, jak na ciuch od projektanta. Ale trudno się dziwić. Diana Jankiewicz ukończyła projektowanie mody w Instituto Marangoni, odbyła staż, a potem pracowała u Richarda Nicolla w Londynie. W jego pracowni poznała zawrotne tempo działania i profesjonalizm przez wielkie P. Nicoll z kolei terminował u… Marca Jacobsa. Aby koło się zamknęło, brakuje pana Jacobsa krojącego jedwab w ursynowskiej pracowni projektantki.

f9825281c9

Untitled-1

61a47ac1b7

17a75963de

148d871212

4cea221b48

53eb263013

4ff45228da

Fot. Aleksandra Pavoni i Grzegorz Hospod
Makijaż: Magdalena Wińska
Włosy: Emilia Skubisz
Produkcja: Diana Jankiewicz

22

lis

Fanatik

Fanatik to marka tak młoda, że właściwie jeszcze raczkująca. O takich rzadko tu piszę, bo zwykle wolę, żeby najpierw pewnie stanęły na dwóch nogach i zrobiły kilka samodzielnych kroków. Czemu decyduję się na wyjątek? Bo choć raczkuje, to potrafi już mówić. Ba, używa takich argumentów, że nie pojawia się nawet cień potrzeby dyskusji. Stworzyły ją założycielki butiku High Life, który od kilku lat sprowadza do Polski buty Jeffreya Campbella. Postanowiły zmaterializować swoją miłość do butów w sposób dosłowny. Aleksandra Sychowicz, jedna z nich, zaprojektowała but. Przed decyzją o produkcji sprawdziła różne fabryki, a także solidnie przetestowała model wzorcowy. Efektem jest porcja pachnących nowością par w rozmiarach od 36 do 41.

To miłość bezwarunkowa od pierwszego założenia. Celowo nie piszę „spojrzenia”, bo pierwsze wrażenie może nieco zmylić. Otóż forma pierwszego modelu butów Fanatik 01 jest, delikatnie mówiąc, mocno retro. I to w nie najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Bo do siermiężnego pantofelka dochodzi jeszcze ortopedyczny zakręt. A jednak po umieszczeniu w nich stopy i zapięciu suwaka, następuje metamorfoza. Nabierają charakteru, a może po prostu przejmują go od noszącego. Kto wie? W każdym razie nie są ani retro, ani babcine, ani ortopedyczne. Stają się super wygodnymi, nieco rockowymi botkami, które dodatkowo podkręca złoty łańcuch. A teraz najlepsze. Nie dość, że wykonane zostały ze skóry, to jeszcze są porządnie ocieplane eko wełną (testy wykazały, że działają nawet przy minus piętnastu stopniach). Podeszwę stanowi gruba warstwa styrogumu – lekkiego i wytrzymałego tworzywa, dzięki czemu cały but waży zaskakująco niedużo.

Dla mnie to radość podwójna. Bo nie dość, że mi ciepło w stopy, to jeszcze mam wreszcie alternatywę dla wątpliwego uroku Soreli, które noszę zima za zimą, ponieważ ich właściwości grzewcze przebijają jakiekolwiek estetyczne potrzeby.

P.S. Kto chciałby kupić zimową wersję Fanatik, od dziś do 8 grudnia może skorzystać ze zniżki 49zł w sklepie internetowym High Life na hasło „harel”. Nie namawiam, ale polecam. I jeszcze jedno: rozmiarówka jest zawyżona, więc lepiej zdecydować się na rozmiar mniejszy (np. ja noszę 39, ale tu pasowało 38). Stacjonarnie można je nabyć w sieci Royal Collection (w Warszawie w Klifie, Galerii Mokotów i Promenadzie oraz w Katowicach w Silesii).

01_Fanatik4

01_Fanatik5

01_Fanatik2

Zdjęcia: High Life

 

20

lis

Bagasz podręczny

Szlaki przetarła Ania Kuczyńska. Nie da się tego ukryć, trudno ominąć porównania. Stworzyła torbę, która od lat podbija serca i ulice. Model Shanghai najpierw towarzyszył tym najbardziej wtajemniczonym i odważnym. Jakiś czas temu chętniej wybieraliśmy różne ekscesy ze skóry „ekologicznej”, udające coś, czym nigdy nie były. Obecnie mogę w Warszawie bawić się w liczenie dzieł Kuczyńskiej, jak dawno temu żółtych reklamówek z napisem „Polskie Książki Telefoniczne”. Oczywiście na tym porównanie się kończy, bo Shanghai jest fenomenem w absolutnie niepejoratywnym znaczeniu. Wcale nie dziwi, że ideę podchwyciły inne marki. Każda interpretuje torbę na zakupy (zwaną przez, o zgrozo, coraz szersze grono „szoperką”) na swój sposób. I jestem przekonana, że u większości z nich pomysł wykluł się podświadomie, wcale nie z chęci stworzenia alternatywy dla wszechobecnego „Szanghaju”. Po prostu wreszcie okazaliśmy się gotowi na nieco więcej luzu, a twórcy szybko z tego skorzystali.

W 2011 roku wystartował Bagasz. Pomysł był prosty. Niewiele modeli w wielu kolorach. Zamiast szaleć z formą, twórczyni wolała dopracowywać szczegóły. Plus zabawna nazwa – wymawiana na głos brzmi bagażowo. Miejski niezbędnik. W wersji sztywnej lub miękkiej. Urban Games to jesienna propozycja marki złożona z trzech nowych modeli. Obok klasycznych już prostokątnych form pojawiła się półokrągła, zwana „Hide & Seek”, ze względu na różne możliwości noszenia dzięki wewnętrznemu zapięciu na zatrzask. Każda z toreb tylko pozornie jest delikatna. Wzmocniona konstrukcja nie ugnie się nawet przed ciężkim laptopem czy kilogramami książek (albo ziemniaków – co kto lubi). Kolor podszewki celowo został skontrastowany z warstwą zewnętrzną, by ułatwić poszukiwania tego wszystkiego, co kobieta nawet w niewielkiej torbie jest w stanie zgubić. Czy to działa? Nie wiem, nie próbowałam. Ale brzmi przekonująco.

Natomiast mnie najbardziej przekonuje aspekt praktyczny projektów. Z giganta mieszczącego całe nasze życie codzienne torba bez trudu daje się złożyć w zgrabną kostkę i wepchnąć do kieszeni. Albo walizki, bo właśnie ostatnie przygody z bagażem podręcznym zachęciły mnie do przedstawienia Wam tego tematu. Gdy nagle okazuje się, że oprócz małej walizki nie wolno wnieść do samolotu nic więcej, nawet saszetki. Ale to już inna opowieść, na inny dzień.

bagasz urban games 2014 (3)

bagasz urban games 2014 (4)

bagasz urban games 2014 (5)

bagasz urban games 2014 (6)

Model Hide & Seek:

bagasz urban games 2014 (2)

Game Changer i Urban Legend:

bagasz urban games 2014Zdjęcia: Bagasz

18

lis

Tsumi

Takie momenty zapamiętuje się automatycznie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Łódź. Październik 2012. Pokaz wiosennej kolekcji Bereniki Czarnoty. Plemienne maski wydziergane na swetrach. Bajecznie kolorowa tkanina w dzikie zygzaki. I biżuteria. Niepodobna do niczego, co do tej pory widziałam. Z jednej strony szalona, złożona z zupełnie obcych sobie elementów. Z drugiej – daleka od przypadkowości i świetnie wykonana. Zresztą specjalnie na potrzeby tego pokazu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to był jednocześnie początek marki Tsumi. I że to Berenika nadała jej autorce impuls do stworzenia czegoś więcej niż tylko kilku wzorcowych modeli.

Za Tsumi stoi Iwona Domańska. Przez wiele lat związana z branżą odzieżową, jak sama mówi, znająca fast fashion dosłownie od podszewki. Bardziej niż ubrania fascynowały ją jednak akcesoria, a biżuteria zwłaszcza. Jej prace stanowią stuprocentową przeciwwagę szybkiej mody. Po pierwsze zaczęło się od tworzenia nowych form ze starych surowców. Naderwany naszyjnik, niekompletna bransoletka, koraliki, które latami leżą w pudełkach – to wszystko Iwona przemieniała w prawdziwe skarby. I to po drugie. Rzadko kiedy dany model się powtarza. Obecnie projektantka pracuje na całkiem nowych półfabrykatach, ale nigdy nie zaopatruje się w zbyt wiele danego rodzaju. Nie są po prostu kolejna bezmyślną kopią czegoś co ktoś inny już zrobił a reszta to powiela, bo się sprzeda w setkach tysięcy sztuk. Spora część każdej mojej kolekcji to unikaty, modele, które istnieją w jednaj sztuce ze względu na użycie elementów, których nie da się powielić – podsumowuje.

I rzeczywiście, co miałam pisać o marce (a miałam wielokrotnie), wrzucałam sobie szkic na stronę wraz ze zdjęciami, a po jakimś czasie (dość krótkim) stawał się nieaktualny, bo w sklepie Tsumi pojawiały się całkiem nowe rzeczy. Dziś też nie gwarantuję, że wszystko poniżej jest do kupienia. Ale zawsze można zamówić coś podobnego – bo kastomizacja Iwonie jest bliska od samego początku. Chciałam pokazać Wam fragmenty różnych kolekcji, nie tylko dwóch najnowszych. Inspiracją zawsze jest impuls, chwila, obraz przed oczami. Sporo w niej egzotyki, plemiennej dzikości, obfitości dżungli. Odwaga w połączeniach kolorystycznych to wynik niezwykle otwartej głowy. Bo kto potrafi stworzyć coś całkiem nowego na podstawie widzianej przez moment kolorowej chusty powiewającej na sznurze gdzieś na azjatyckiej plaży? Kto zatrzymuję tę wizję na dłużej, aż do powrotu do domu?

t901

t-125

t-127

t-133

t-137

t-151

t-153

t108

Zdjęcia: Tsumi

16

lis

Kaaskas jesienna

Wtargnęła do polskiej mody jak burza. Ale nie taka groźna i niszczycielska, raczej orzeźwiająca po długim i męczącym upale. Nagle okazało się, że potrzebujemy wzorów, kolorów i odważnych form nie mniej niż sucha ziemia deszczu. Na warszawskich ulicach spotykałam piękne kobiety w jej projektach – i to wcale nie takie związane z modą czy o tzw. nogach do samej ziemi. Zwyczajne dziewczyny i panie, którym po prostu spodobała się wściekle zielona fakturalna sukienka czy spódnica w szalony deseń. Były wszędzie. W knajpach, teatrach, na rowerach i przystankach. Za każdym razem wywoływały u mnie uśmiech. Bo w kwestii mody najbardziej cieszy mnie sukces dobrego projektanta. A wcale nie jest to takie oczywiste. Zwłaszcza gdy nie tworzy się rzeczy oczywistych i prostych w odbiorze.

Katarzyna Skórzyńska, czyli Kaaskas, tworzy jak na polskie warunki modę dość eksperymentalną. Udowodniła to zarówno swoim dyplomowym pokazem, jak i letnim asortymentem obecnym w warszawskim NAPie oraz Art Yard Sale (obydwa miejsca w okolicach Placu Trzech Krzyży), dostępnym również w sieci – w sklepie, który ruszył wraz z jej stroną internetową. Fragmenty kolekcji jesiennej miałam okazję zobaczyć już kilka miesięcy temu. Trzy elementy zapowiadające rzecz dojrzałą i przemyślaną, niespodziewaną u bądź co bądź debiutantki. Jedwabna błękitna koszula w rzucik Vichy, bez kołnierzyka, z zakładką na plecach, bawełniane brązowe spodnie z przeszytym tylnym kantem i ogromny drukowany szal z mieszanki wełny i kaszmiru dały pojęcie o całości. I nie wprowadziły w błąd.

Tym razem nie nacieszymy oczu psychodelicznymi wzorami. Projektantka jednak szybko tłumaczy, dlaczego. Na ciężkich materiałach, z których wykonane są płaszcze czy kurtki, drukowanie autorskiego wzoru jest na tyle skomplikowane, a co za tym idzie, drogie, że jesienna edycja musiałaby kosztować majątek. Dlatego padło na chusty i w rezultacie kupujemy nie dodatek, lecz artystyczne dzieło (ja bym nie nosiła, tylko powiesiła w ramce i oglądała codziennie). Z elementów prawdziwie jesienno zimowych mamy płaszcze i kurtki w kolorach uniwersalnych (szary i granat) uszyte ze stuprocentowej wełny. Choć spokojniej, wciąż na pierwszy plan wysuwa się idea, poszukiwanie kompromisu między nowatorską formą a tradycyjnym krawiectwem, awangardą a wygodą. Misja kończy się powodzeniem. Czekam na szaloną wiosnę.

kaaskas jesien 5

kaaskas jesien 3

kaaskas jesien 2

kaaskas jesien 4

kaaskas jesien

kaaskas jesien 6

Zdjęcia: Kaaskas

14

lis

Wearrior!

6 listopada 2014. Od ciemnych godzin porannych pod sklepami H&M w całej naszej strefie czasowej ustawiają się długie kolejki, by punkt dziewiąta stanąć do walki o najnowsze dzieło Alexandra Wanga powstałe we współpracy z sieciówką (albo odwrotnie). Nieważne, że to jedna z najmniej udanych współprac, że ceny z kosmosu, a trzy czwarte już się znajduje na Allegro. Nie po to przez kilka miesięcy rzecz była utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a potem odkrywana kawałek po kawałku na tysiąc różnych sposobów, by teraz przejść obok niej całkiem obojętnie. W tym samym czasie na Mokotowskiej w Warszawie trwa wypakowywanie najnowszych ubrań Wearso – prosto z polskiej szwalni. Gdy zawisną na wieszakach (tych realnych i tych wirtualnych), po Alexandrze nie będzie śladu. A powinno być odwrotnie.

Dlaczego piszę o tych dwóch kolekcjach? Choć teoretycznie różni je wszystko, w praktyce znajdziemy kilka cech wspólnych. Kolor przewodni, waleczny charakter, nieudawany i konsekwentny styl projektantów (nie wspominając o podobieństwie imion), mocny przekaz na fotografiach. Plus ta sama data premiery. Pierwsza krzyczała do nas z plakatów, gazet, internetu. Druga dyskretnie dała znać, że już jest. I choć to ta pierwsza sprzedała się natychmiast, druga przyciąga na dłużej. Spokojem, atmosferą i wewnętrzną siłą. Wearrior – to jej tytuł. I choć nawiązuje do wojownika (tradycyjnie już Ola Waś zabawiła się słowem: wear, warrior, wearrior, wear yourself, wearriorself), żadne narzędzie walki nie będzie potrzebne (tak, owszem, piję do rękawic bokserskich Wanga).

Twarzami i ciałami Wearrior zostały trzy różne kobiety. I choć dwie z nich są modelkami, ta trzecia robi największe wrażenie. To Dorota Roqueplo – kostiumografka. Jeśli jakimś cudem umknęło Wam to nazwisko, z pewnością świetnie znacie jej prace i nawet o tym nie wiecie. Ale nie o tym. To już kolejna sesja zdjęciowa marki, w której wiek czy sylwetka pozostają na drugim planie. W tych cynicznych czasach zabrzmi to banalnie, ale pierwsze miejsce zajmuje człowiek. Treść jest znacznie głębsza, bo to nie tylko kobieta – wojownik czy nawet wspomniana wewnętrzna siła. Człowiek, poszanowanie jego pracy i środowiska, w którym żyje. Bo Wearso wciąż korzysta z organicznych surowców i produkuje lokalnie. Zmiana dostawcy bawełny wyszła marce na dobre (choć nie spodziewałam się, że materiał może być lepszy niż do tej pory – a jednak), a ponadto oprócz tradycyjnej już dzianiny pojawia się drobna gęsta siatka – oczywiście w kolorze czarnym. Krojone są w te same formy, ale odmienne właściwości powodują, że powstają z nich kompletnie różne ubrania. Klasyczna bawełna jest plastyczna, można ją niemal rzeźbić w rękach. Siatka pozostaje ciężka, lejąca, ciągnie w dół, ale też świetnie opływa sylwetkę.

Już dawno Wearso nie zbliżyło się aż tak do ciała. Wprawdzie stałe klientki (w tym ja) zawsze finalnie wyjdą ze sklepu wyposażone w kolejny „worek”, ale te mocno dopasowane elementy z pewnością zachęcą do odwiedzin całkiem nową grupę. Sporo też fasonów bardzo pociętych, szytych z większej ilości modułów. Do tej pory projektantka unikała takich rozwiązań i nawet skomplikowaną sukienkę potrafiła złożyć z dwóch kawałków. Myślę, że już swoje udowodniła. I teraz może robić co chce i jak chce. Nikt jej tej siły nie odbierze.

P.S. Na koniec fantastyczna wiadomość. W sklepie internetowym Wearso mnóstwo rzeczy z poprzednich sezonów zostało przecenionych o połowę. Tak dobrze jeszcze nigdy nie było!

Wearso Organic Wearrior (3)

Wearso Organic Wearrior (4)

Wearso Organic Wearrior (5)

Wearso Organic Wearrior (6)

Wearso Organic Wearrior (7)

Wearso Organic Wearrior (8)

Wearso Organic Wearrior (9)

Wearso Organic Wearrior (10)

Wearso Organic Wearrior (11)

Wearso Organic Wearrior (12)

Wearso Organic Wearrior (13)

Wearso Organic Wearrior (15)

Wearso Organic Wearrior (14)

Wearso Organic Wearrior (16)

Wearso Organic Wearrior (17)

Wearso Organic Wearrior (18)

Wearso Organic Wearrior

Wearso Organic Wearrior (2)

Fot. Zuza Krajewska
Modelki: Dorota Roqueplo, Natalia Wątroba, Daria Drożdż
Makijaż: Marianna Yurkiewicz
Włosy: Kacper Rączkowski
Scenografia: Anna Szczęsny
Stylizacja: Ola Waś
Asystent: Max Zieliński
Postprodukcja: Paweł Derkacz
Biżuteria: bro.kat
Studio: Pin Up