Roczne archiwum: 2014

5

gru

Nie jedzcie jabłek!

Stosujcie je zewnętrznie. Aż by się chciało postawić uśmiechniętą emotikonę, ale będę twarda. Co się wydarzyło? Otóż marka Phenome wyprzedziła trendy i jeszcze przed wprowadzeniem przez Rosję embargo na polskie jabłka, postanowiła wykorzystać je jako główny składnik nowej serii kosmetyków. A że prace nad każdym z nich trwają znacznie dłużej niż kilka tygodni, wstrzeliła się w ogólną już tendencję promowania tego owocu. I bardzo dobrze. Metoda zastosowania odbiega znacznie od tej pierwotnej, bo w wypadku Phenome jabłek nie jemy (choć mikstury pachną smakowicie), tylko się nimi smarujemy i młodniejemy w oczach.

Linia o nazwie „Daily miracles” ma za zadanie rozświetlić, odświeżyć i wygładzić cerę. Składa się z siedmiu różnych kosmetyków na różne potrzeby: od nawilżającego serum po punktowy krem na przebarwienia. Walka ze zmęczeniem czy szarością zaczyna się od pierwszego kontaktu – wystarczy powąchać krem czy tonik, żeby natychmiast poczuć się lepiej. Podstawowe składniki to ekologiczny ekstrakt z jabłka, wyciąg z miłorzębu oraz wyciąg z aceroli (ciekawostka: to naturalny filtr UV). Tradycyjnie w składzie produktów nie znajdziemy żadnych szkodliwych ingrediencji, dokładna lista niepożądanych gości widnieje na każdym opakowaniu.
A teraz coś z zupełnie innej beczki…

jablko phenome

W związku z ciemnym i ponurym grudniem mam dla Was niespodziankę. Szybki konkurs pobudzający nieco kreatywność, a do wygrania aż trzy nagrody ufundowane przez Phenome (dokładnie opisane w regulaminie). Wystarczy w kilku zdaniach (maksimum 800 znaków) opisać swój ulubiony kosmetyk wszech czasów (niekoniecznie wspomnianej tu marki). Forma dowolna, choć podpowiem, że im bardziej zaskakująco i zabawnie, tym lepiej. Na odpowiedzi czekam pod adresem konkurs.harelblog@gmail.com. W tytule należy wpisać „Konkurs grudniowy”. Czas start! Kończymy w poniedziałek 8 grudnia o północy.

konkurs grudzien

Krótki regulamin konkursu:
1. Organizatorami konkursu są blog „O modzie subiektywnie” oraz marka Phenome.
2. Do konkursu mogą przystąpić tylko osoby pełnoletnie i zamieszkałe na terytorium Polski.
3. Przyznane zostaną trzy nagrody w postaci zestawów kosmetyków Phenome.
Pierwsza: maslo Warming (mandarynkowe) 200ml + scrub do rak (cukrowy) In a minute 150ml;
Druga: migdalowy olejek do kapieli Relaxing 200ml + krem do rak (cukrowy) Anti Aging 50ml;
Trzecia: cukrowy peeling do ciala Nourishing 200ml
4. Konkurs trwa od 5 do 8 grudnia. Decyduje godzina zgłoszenia (nie późniejsza niż 23.59 w poniedziałek).
5. Nagrody nie można wymienić na pieniądze, nie należy jej także spożywać ani stosować niezgodnie z przeznaczeniem.
6. Zwycięzców wyłoni jednoosobowe super jury w postaci autorki tegoż bloga.
7. Prace konkursowe powinny być autorskie i nie mogą zawierać słów niecenzuralnych (chyba że wykropkowane).

Uwaga uwaga! Podaję zwycięzców konkursu!
Miejsce pierwsze: Ewa Borysewicz
Miejsce drugie: Weronika Szelenbaum
Miejsce trzecie: Stanisław Giermek
Wszystkim serdecznie dziękuję za udział. Wszystkie Wasze odpowiedzi były fantastyczne i żałuję, że miałam tylko trzy nagrody.

3

gru

Zofia Chylak

Zofia Chylak zadebiutowała w branży jakiś czas temu, tworząc kobiece ubrania szyte na miarę. Ilekroć oglądałam jej prace, żałowałam, że powstają zwykle w tylko jednym egzemplarzu. Wyobrażałam sobie butik zapełniony tymi delikatnymi sukienkami, prosty, nieprzeładowany, dyskretnie luksusowy. Dla kobiet, które ponad metkę czy markę cenią sobie jakość wykonania. Takich, które nie potrzebują świecić logo czy charakterystyczną formą, by znokautować mniej zasobne koleżanki. Chylak skromnie pozostała w cieniu, tworząc na zamówienie, dorzucając tylko co jakiś czas swoje nowe dzieła do internetowego portfolio. Do czasu. Zdecydowała się bowiem poszerzyć działalność i wkroczyć na teren wciąż jeszcze w Polsce nie do końca zagospodarowany.

Torby. Z czarnej włoskiej skóry o różnych fakturach, wykończone metalowymi matowymi okuciami wyprodukowanymi specjalnie na potrzeby marki (także we Włoszech), powstające w seriach, a więc w stałej sprzedaży. Nazwa marki, kraj produkcji (made in Poland) i unikatowy numer zostały wybite maleńką złotą czcionką wewnątrz każdego egzemplarza. Gładki zamsz, groszkowe i fałdowane skóry, krótko strzyżone futro komponują się w oszczędnych, eleganckich i zdecydowanych prostokątnych (a może raczej prostopadłościennych) formach. Wewnątrz każdej miękka bawełniana podszewka, oczywiście czarna i sporo kieszeni na różne drobiazgi. Zofia Chylak uważa, że torebka powinna być nie tylko elegancka, ale przede wszystkim funkcjonalna. Stąd minimum zdobień, choć te, na które się decyduje, wybrane zostały równie starannie co same skóry. Suwaki z zakończeniem w kształcie długiego trapezu, karabińczyki przypominające złote szczypce, a także zabawne skórzane frędzle, które można doczepiać na różne sposoby. Oprócz pokaźnych „szoperek” i mniejszych torebek wieczorowych w pierwszej odsłonie pojawiły się także portfele – zachowujące estetykę wyznawaną przez projektantkę.

Oglądałam je dziś na żywo. I mogę śmiało stwierdzić, że poniższe zdjęcia nie kłamią. Te torby naprawdę są doskonałe. Nie ma się czemu dziwić, w końcu projektantka miała okazję podpatrywać najlepszych, ucząc się m.in. w dziale projektowania w Proenza Schouler. Stawia na długotrwałe działanie, dlatego przewiduję, że nazwisko Chylak wkrótce będzie w Polsce kojarzone z „it bag” z prawdziwego zdarzenia.

hero-4

3-1400x2100

bag1-1-2000x2000

5-1400x2100

bag2-11-2000x2000

14-1400x2100

6-1400x2100

bag6-11-2000x2000

8-1400x2100

bag3-1normal-2000x2000

16-1400x2100

bag5-1-2000x2000

bag4-2000x2000

12-1400x2100

wallet2-1-2000x2000

Zdjęcia: Małgorzata Turczynska
Stylizacja: Zuzanna Kuczyńska
Make-up/włosy: Polka Dzwigala
Modelki: Aleksandra Antonowskaia / MODEL PLUS, Anna Sakowicz / Uncovermodels
Manicure: Salon WISŁA

1

gru

Kobieta z Arles

Ogromną radość sprawia mi obserwowanie, jak rodzime marki rozwijają skrzydła. Zwłaszcza te, które obserwuję tu od początku istnienia. Dlatego na wieść o współpracy B Sides z L’Occitane uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Nowa linia kosmetyków francuskiej marki zaprezentowana przy okazji zbliżających się świąt zainspirowała Basię Chrabołowską do stworzenia limitowanej kolekcji pięćdziesięciu szali w kolorach nawiązujących do zapachu Arlésienne. Nuty fiołków, róży i szafranu znalazły swoje odpowiedniki w barwach peruwiańskiej alpaki: fiolecie przeszytym złotą nitką, amarancie i soczystej czerwieni.

Obie marki wyznają podobne wartości. Szanują pracę lokalnych rzemieślników, czerpią ze środowiska naturalnego, nie naruszając jego dobra, a także poszukują surowców jak najwyższej jakości. Szale zostały ręcznie wydziergane przez podlaskie dziewiarki, zresztą to właśnie dzięki tym paniom już od kilku sezonów możemy cieszyć się perfekcyjnymi splotami ubrań i dodatków. Z kolei Arlésienne to hołd dla prowansalskich kobiet, swego czasu inspirujących artystów malarzy i muzyków. Gdy przyglądam się kobiecie z Arles w interpretacji choćby Van Gogha, widzę piękno, siłę i charakter, nie wiek. I choć bohaterkami sesji zdjęciowej towarzyszącej wspólnej kampanii są młodziutkie modelki, zmysłowo oplecione mięsistymi szalami, to ich oczy magnetyzują, nie ciała.

Te zdjęcia to dopiero początek akcji promocyjnej, pełnej inspirujących historii i niespodzianek. Na razie główni bohaterowie trafili właśnie dziś do sprzedaży w sklepie internetowym B Sides. A zapach można znaleźć w salonach L’Occitane na terenie… całego świata, jak mniemam. Nie namawiam, ale warto rozważyć opcję prezentu gwiazdkowego łączącego te dwa elementy. Bo pasują do siebie idealnie.

10367578_858959734161281_4723395515098151023_n

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

arlesienne

Fot. Martyna Galla / Van Dorsen Talents
Modelki: Basia / Specto Models, Ola Ściślewska
Makijaż: Magdalena WińskaWłosy: Piotr Wasiński / Van Dorsen Talents
Produkcja: Basia Chrabołowska / B SIDES HANDMADE
Postprodukcja: Maciej Byczkowski

 

26

lis

Hello, Benjamin

Taki tytuł sprawia, że wszystko jest jasne. Nie trzeba być kinomanem, by ten cytat wywołał dreszcze. Matowy ciemny głos Anne Bancroft odzianej w czerń lub lamparcie cętki, nieporadny Dustin Hoffman przy hotelowej recepcji, gorące lato zwieńczające intensywny okres studiów. Podpowiadać dalej? Film Mike’a Nicholsa to tylko pretekst dla kolekcji osadzonej zdecydowanie w czasach obecnych. Kreacje kobiet Benjamina Braddocka stanowią tu punkt wyjścia: kolory, faktury, delikatnie taliowane sylwetki. Co ciekawe, ten sam krój płaszcza poprzez użycie wełny różnej barwy czy struktury dopasowuje się zarówno do bohaterki neurotycznej, jak i jej wrzaskliwej, choć zdecydowanie sympatyczniejszej córki. A przede wszystkim do nas, całkiem współczesnych klientek.

Diana Jankiewicz ma ich całkiem sporo. Przychodzą raz i powracają, bo wiedzą, że znajdą sprawdzony fason w nowej odsłonie. Młoda projektantka się nie rozdrabnia. Dopracowuje wykrój do perfekcji, a potem korzysta z niego znacznie dłużej niż kilka miesięcy. Jesień to same trójki. Trzy formy w trzech kolorach plus trzy pary rękawiczek (na ten moment już tylko jedna). Płaszcz jest powtórką sprzed roku, gdy okazał się bestsellerem. Powraca w wersji beżowej – miękkiej i łagodnej, czarnej – przecinanej drobnymi ukośnymi prążkami oraz zielonej – szorstkiej i surowej. Ta ostatnia wełna to szkocki Harris tweed – tkanina, której każda belka otrzymuje stempel jakości na podstawie aktu parlamentarnego określającego dokładny sposób jej wykonania. Podobno to jedyny taki proceder na całym świecie.

Pod płaszczami zostaje miejsce na sukienki. Ich koszulowy, lecz bliski ciału krój świetnie obrazuje, która idea jest Dianie najbliższa. I choć słowa „ponadczasowa klasyka” zostały przez ostatnie lata wyświechtane do granic możliwości przez wszelkiego rodzaju publikacje o modzie czy stylu (niepotrzebne skreślić), w jej przypadku nadal się broni. Może dlatego, że określa dokładnie to, czym ma być. Jedwabna krepa w kolorze głębokiej czerni lub ciemnej butelkowej zieleni zaskakuje delikatnością, tak mocno kontrastującą ze zdecydowaną formą płaszczy. I znów pojawia się sprawdzony patent – zamiast kołnierzyka mamy plisę na karczku. Guziki z masy perłowej dyskretnie przywołują estetykę lat sześćdziesiątych. Sukienki powstają na zamówienie, realizacja zajmuje około tygodnia.

Nieźle, jak na ciuch od projektanta. Ale trudno się dziwić. Diana Jankiewicz ukończyła projektowanie mody w Instituto Marangoni, odbyła staż, a potem pracowała u Richarda Nicolla w Londynie. W jego pracowni poznała zawrotne tempo działania i profesjonalizm przez wielkie P. Nicoll z kolei terminował u… Marca Jacobsa. Aby koło się zamknęło, brakuje pana Jacobsa krojącego jedwab w ursynowskiej pracowni projektantki.

f9825281c9

Untitled-1

61a47ac1b7

17a75963de

148d871212

4cea221b48

53eb263013

4ff45228da

Fot. Aleksandra Pavoni i Grzegorz Hospod
Makijaż: Magdalena Wińska
Włosy: Emilia Skubisz
Produkcja: Diana Jankiewicz

22

lis

Fanatik

Fanatik to marka tak młoda, że właściwie jeszcze raczkująca. O takich rzadko tu piszę, bo zwykle wolę, żeby najpierw pewnie stanęły na dwóch nogach i zrobiły kilka samodzielnych kroków. Czemu decyduję się na wyjątek? Bo choć raczkuje, to potrafi już mówić. Ba, używa takich argumentów, że nie pojawia się nawet cień potrzeby dyskusji. Stworzyły ją założycielki butiku High Life, który od kilku lat sprowadza do Polski buty Jeffreya Campbella. Postanowiły zmaterializować swoją miłość do butów w sposób dosłowny. Aleksandra Sychowicz, jedna z nich, zaprojektowała but. Przed decyzją o produkcji sprawdziła różne fabryki, a także solidnie przetestowała model wzorcowy. Efektem jest porcja pachnących nowością par w rozmiarach od 36 do 41.

To miłość bezwarunkowa od pierwszego założenia. Celowo nie piszę „spojrzenia”, bo pierwsze wrażenie może nieco zmylić. Otóż forma pierwszego modelu butów Fanatik 01 jest, delikatnie mówiąc, mocno retro. I to w nie najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Bo do siermiężnego pantofelka dochodzi jeszcze ortopedyczny zakręt. A jednak po umieszczeniu w nich stopy i zapięciu suwaka, następuje metamorfoza. Nabierają charakteru, a może po prostu przejmują go od noszącego. Kto wie? W każdym razie nie są ani retro, ani babcine, ani ortopedyczne. Stają się super wygodnymi, nieco rockowymi botkami, które dodatkowo podkręca złoty łańcuch. A teraz najlepsze. Nie dość, że wykonane zostały ze skóry, to jeszcze są porządnie ocieplane eko wełną (testy wykazały, że działają nawet przy minus piętnastu stopniach). Podeszwę stanowi gruba warstwa styrogumu – lekkiego i wytrzymałego tworzywa, dzięki czemu cały but waży zaskakująco niedużo.

Dla mnie to radość podwójna. Bo nie dość, że mi ciepło w stopy, to jeszcze mam wreszcie alternatywę dla wątpliwego uroku Soreli, które noszę zima za zimą, ponieważ ich właściwości grzewcze przebijają jakiekolwiek estetyczne potrzeby.

P.S. Kto chciałby kupić zimową wersję Fanatik, od dziś do 8 grudnia może skorzystać ze zniżki 49zł w sklepie internetowym High Life na hasło „harel”. Nie namawiam, ale polecam. I jeszcze jedno: rozmiarówka jest zawyżona, więc lepiej zdecydować się na rozmiar mniejszy (np. ja noszę 39, ale tu pasowało 38). Stacjonarnie można je nabyć w sieci Royal Collection (w Warszawie w Klifie, Galerii Mokotów i Promenadzie oraz w Katowicach w Silesii).

01_Fanatik4

01_Fanatik5

01_Fanatik2

Zdjęcia: High Life

 

20

lis

Bagasz podręczny

Szlaki przetarła Ania Kuczyńska. Nie da się tego ukryć, trudno ominąć porównania. Stworzyła torbę, która od lat podbija serca i ulice. Model Shanghai najpierw towarzyszył tym najbardziej wtajemniczonym i odważnym. Jakiś czas temu chętniej wybieraliśmy różne ekscesy ze skóry „ekologicznej”, udające coś, czym nigdy nie były. Obecnie mogę w Warszawie bawić się w liczenie dzieł Kuczyńskiej, jak dawno temu żółtych reklamówek z napisem „Polskie Książki Telefoniczne”. Oczywiście na tym porównanie się kończy, bo Shanghai jest fenomenem w absolutnie niepejoratywnym znaczeniu. Wcale nie dziwi, że ideę podchwyciły inne marki. Każda interpretuje torbę na zakupy (zwaną przez, o zgrozo, coraz szersze grono „szoperką”) na swój sposób. I jestem przekonana, że u większości z nich pomysł wykluł się podświadomie, wcale nie z chęci stworzenia alternatywy dla wszechobecnego „Szanghaju”. Po prostu wreszcie okazaliśmy się gotowi na nieco więcej luzu, a twórcy szybko z tego skorzystali.

W 2011 roku wystartował Bagasz. Pomysł był prosty. Niewiele modeli w wielu kolorach. Zamiast szaleć z formą, twórczyni wolała dopracowywać szczegóły. Plus zabawna nazwa – wymawiana na głos brzmi bagażowo. Miejski niezbędnik. W wersji sztywnej lub miękkiej. Urban Games to jesienna propozycja marki złożona z trzech nowych modeli. Obok klasycznych już prostokątnych form pojawiła się półokrągła, zwana „Hide & Seek”, ze względu na różne możliwości noszenia dzięki wewnętrznemu zapięciu na zatrzask. Każda z toreb tylko pozornie jest delikatna. Wzmocniona konstrukcja nie ugnie się nawet przed ciężkim laptopem czy kilogramami książek (albo ziemniaków – co kto lubi). Kolor podszewki celowo został skontrastowany z warstwą zewnętrzną, by ułatwić poszukiwania tego wszystkiego, co kobieta nawet w niewielkiej torbie jest w stanie zgubić. Czy to działa? Nie wiem, nie próbowałam. Ale brzmi przekonująco.

Natomiast mnie najbardziej przekonuje aspekt praktyczny projektów. Z giganta mieszczącego całe nasze życie codzienne torba bez trudu daje się złożyć w zgrabną kostkę i wepchnąć do kieszeni. Albo walizki, bo właśnie ostatnie przygody z bagażem podręcznym zachęciły mnie do przedstawienia Wam tego tematu. Gdy nagle okazuje się, że oprócz małej walizki nie wolno wnieść do samolotu nic więcej, nawet saszetki. Ale to już inna opowieść, na inny dzień.

bagasz urban games 2014 (3)

bagasz urban games 2014 (4)

bagasz urban games 2014 (5)

bagasz urban games 2014 (6)

Model Hide & Seek:

bagasz urban games 2014 (2)

Game Changer i Urban Legend:

bagasz urban games 2014Zdjęcia: Bagasz