Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

28

sty

Acephala Fashion

Nie będę się więcej pastwić nad Łódzkim Tygodniem Mody. Było, minęło, zresztą wypisałam się w tekście „Proszę wyjść” (a i tak wciąż mi się zarzuca zbytnią łagodność). Niefortunne poprowadzenie imprezy (delikatnie mówiąc) nie wyklucza wcale obecności marek, którym warto się bliżej przyjrzeć. Acephala Fashion to jedna z nich.

Już sama etymologia nazwy marki wzbudza delikatny niepokój. Acephala bowiem dosłownie oznacza kobietę pozbawioną głowy. Mniej dosłownie, kobietę niespełna rozumu, wariatkę, choć zdecydowanie aktywną, buntującą się, podążająca za instynktem, nieracjonalną, ale też magnetyzującą, krocząca własnymi ścieżkami (to trochę jak my wszystkie czasami, czyż nie, drogie panie?). Acephala to koncept eksperymentalny igrający ze stereotypami związanymi z kobiecością, łączący w sobie modę gotową do noszenia z tematyką, wydawałoby się, od mody oddaloną o setki kilometrów. A jednak.

Pierwsza kolekcja „Attitudes Passionnelles” zainspirowana została kobietą w histerii. Pierwszym pretekstem stała się książka „Invention of hysteria” Didi-Hubermana. Autor prowokacyjnie prowokacyjnie stwierdza, że histerii to rozdział nie historii medycyny, a historii sztuki. My chcemy ją wpisać w historię mody – piszą twórcy marki, Monika Kędziora i Bartek Korzeniowski. Preteksty kolejne to próba połączenia dosłowności szpitalnych uniformów z potrzebami pret-a-porter dwudziestego pierwszego wieku. A także chęć przywołania postaci najsłynniejszych histeryczek (każda sylwetka nosi imię jednej z nich, mamy więc Augustine, Blanche, Geneviève (pacjentki doktora Charcota w Salpêtrière, aktywnie przyczyniły się do nazwania jednostki chorobowej – histerii), Idę (w nawiązaniu do prawdziwego imienia najsłynniejszej pacjentki Freuda – Dory) itd. Jak piszą Monika i Bartek, dobór zestawu do charakteru bohaterki nie jest przypadkowy.

A teraz o modzie. Bo sporo jej tu, choć wynika dość jednoznacznie z przestrzeni szpitalnej. A jednak udało się zachować dystans i nie pogrążyć dosłownością. Biel wykrochmalonej pościeli złamana została połyskującym brązem, przydymionym błękitem, a także najbardziej kontrastującą czernią. Brakuje (i całe szczęście) historii pod tytułem „kaftan bezpieczeństwa”, za to mamy ilustracje, które dopiero po bliższym spojrzeniu nabierają odpowiedniego znaczenia. Z daleka to symetryczne lub nie zgrabne wzorki pociągnięte cienką linią po białej tkaninie. Z bliska – studium wielkiego ataku histerycznego na podstawie dziewiętnastowiecznych rycin autorstwa Paula Richera. Powstały na zlecenie doktora Jean-Martina Charcota w szpitalu psychiatrycznym Salpêtrière w Paryżu, miały pomóc w identyfikacji wizualnej nowo sklasyfikowanej jednostki chorobowej – histerii. Trzy warianty nadruku zostały naniesione na szyfon, satynę i bawełnę na specjalne zamówienie we włoskiej fabryce. Fałdy i plisy materiału mają przywoływać skłębioną pościel w szpitalnym łóżku. Troczki to rzecz oczywista, poprowadzone fantazyjnie w liczbie wystawiającej na próbę nawet nieznerwicowanego człowieka. Zgrzebne tkaniny – alpaka, moher i len – przyjechały z Japonii. Powstały w niedużej eksperymentalnej firmie tkackiej. Tam też wyprodukowano tkaniny techniczne, także obecne w kolekcji. Histeria histerią, a całość wydaje się całkiem przyjazna kobiecemu ciału. Poszczególne elementy widzę w roli udanych towarzyszy zwyczajnego, codziennego życia, niekoniecznie w świecie mody.

Z niecierpliwością czekam na odsłonę jesienno zimową. I trzymam mocno kciuki, by twórcy nie wpadli w błędne koło zbyt oczywistych inspiracji (patrz: Robert Kupisz). Choć kobieta bez głowy raczej im na to nie pozwoli. Tymczasem jeszcze jedna refleksja: Ken Kessey byłby z Was dumny.

01_AUGUSTINE-682x1024

02_CAMILLE-682x1024

03_BLANCHE-682x1024

04_MARY-682x1024

05_SABINA-682x1024

06_ZELDA-682x1024

07_HILDA-682x1024

08_IDA-682x1024

09_DOROTHY-682x1024

10_ANNA-682x1024

11_LOU-682x1024

12_EMMA-682x1024

13_LISA-682x1024

14_SYLVIA-682x1024

15_GENEVIEVE-682x1024

LISA_detal_1

SYLVIA_detal_1

LOU_detal_1

Zdjęcia: Acephala

27

sty

Personalizacja

Dziś krótka informacja. W najbliższy czwartek w Warszawie na Mysiej 3 odbędzie się panel dyskusyjny poświęcony personalizacji. Pretekstem do rozmowy jest platforma Demish – pierwsze miejsce w polskiej sieci skupiające projektantów, którzy dają klientom możliwość współtworzenia produktu. Ci pierwsi oddają do dyspozycji model i kombinacje kolorystyczne oraz surowcowe, drudzy podejmują ostateczną decyzję o wyglądzie wybranego projektu. Czym jest samo projektowanie? Na ile projektant może pozwolić „wejść sobie na głowę”? Jakie przedmioty dziś personalizujemy? I wreszcie (pytanie niczym z „Rejsu”) gdzie leży granica między twórcą a współautorem? Udział w rozmowie wezmą Marcin Jędrzejczak z serwisu Demish, Paweł Kocon (Fun in Design), Michał Niechaj (F5, Szafa Polska), Julia Gruszecka (Magic Mug), Milena Wójcicka (Furla) i ja (zwana Panem Harel). Spotkanie poprowadzi Tobiasz Kujawa (Freestyle Voguing).

Impreza jest zamknięta, ale przecież nie pisałabym o niej, gdybym nie mogła Was zaprosić. Do rozdania mam dwa podwójne zaproszenia, więc dobierzcie się w pary i piszcie do mnie na harel(at)gazeta.pl. Kto pierwszy, ten lepszy. Przypominam, miejsce akcji: Warszawa. Już rozdane!

Samoprojektowanie_plakat

20

sty

Nunc

Czy mamy w Polsce markę obuwniczą z prawdziwego zdarzenia? Wymykającą się schematom, perfekcyjnie wykonywaną, dyktującą własne warunki? Świetna wiadomość. Mamy. I choć istnieje od 2007 roku, przybyła do nas dopiero niedawno. Dlaczego? Być może wszystko tłumaczy nazwa, która wzięła się z łacińskiego „hic et nunc”, czyli „tu i teraz”. Projektantka butów i twórczyni marki lubi być właśnie tu i teraz. Dopóki większość jej działań miała miejsce we Francji, nie widziała potrzeby przeprowadzania Nunc do Polski (choć dzięki trzymającym rękę na pulsie stylistkom co pewien czas można było spotkać buty Nunc na łamach magazynów o modzie). Jakiś czas temu taka potrzeba się urodziła i marka na dobre zagościła na naszym rynku.

Z Dominiką spotkałam się w listopadzie, przy okazji mojej wizyty w Krakowie. W kameralnym biurze w industrialnej przestrzeni na Rakowickiej spędziłyśmy dobre dwie godziny, rozmawiając oczywiście o butach – choć nie tylko tych, które nas otaczały. A otoczenie było niezwykłe (na poniższych zdjęciach tylko drobna część tego, co widziałam). Opowiadała o pierwszej parze, którą uszyła z futra znalezionego w domu mamy. O studiach w Paryżu i ciężkiej pracy z nimi związanej. O asystowaniu w domach mody z prawdziwego zdarzenia (Louis Vuitton, Trussardi, Hugo Boss). I wreszcie o decyzji, by zrealizować własną wizję artystyczną.

Od ośmiu lat tworzy buty, które sama chciałaby nosić. To podstawa każdej kolekcji. Zresztą podczas naszego spotkania miała na nogach sznurowane trzewiki własnego projektu ze skóry wytłaczanej w kwiaty. Głównym surowcem są skóry. Starannie wyselekcjonowane, sprowadzane z Włoch, o intrygujących barwach i deseniach. Jesienna kolekcja bazuje na motywach etnicznych, choć ujętych w formy dalekie od jakiegokolwiek folkloru. Zygzaki, wzory zwierzęce, elementy długiego futra – to wszystko nadaje butom dzikości. Z kolei miękka skóra czy komfortowe wkładki dają gwarancję wygody, nawet przy sporej wysokości obcasa. Za rogiem czai się lato, z pewnością zobaczycie je tu niedługo. Choć inspiracje przyszły z innych stron, daje się zauważyć kontynuację myśli przewodniej (ale o tym innym razem). Eklektyczną mieszankę kultur, powracającą dzikość (a może po prostu prawdziwą, nieskrępowaną kobiecość?) i wynikającą z tych dwóch oryginalność. Co istotne, buty Nunc są produkowane w Polsce przez wykwalifikowanych i doświadczonych rzemieślników.

Nunc znalazły swoje miejsce także podczas Paryskiego Tygodnia Mody. Specjalne egzemplarze powstały na potrzeby pokazu Gosi Baczyńskiej na wiosnę i lato 2015. Współgrały z kolekcją perfekcyjnie. To dowód na to, że dwa silne charaktery, dwie tak różne artystki, potrafią odnaleźć wspólną drogę.Tego typu współprace na świecie to stały element codzienności. Przyjemnie obserwować, jak dobre praktyki przychodzą też do nas. Oby na dłużej niż jeden sezon.

Wracając do aktualnego sezonu, jedna para zrobiła na mnie szczególne wrażenie. To buty stylizowane na sportowe, na grubej płaskiej (i mięciutkiej) podeszwie, zapinane na rzepy, z futrzanym pióropuszem na pięcie (na ostatnim zdjęciu). Okazuje się, że powstały jako zabawny dodatek i mogły wcale nie wejść do kolekcji. Całe szczęście, że się w niej znalazły. Może to i żart, ale jakże udany. I najwyższej jakości. Poproszę takich jak najwięcej.

1

2

6

3

4

5

Zdjęcia: Piotr Stokłosa

19

sty

Magda Butrym

Taką modę chcę oglądać codziennie. Bez podziału na Polskę i świat. Bez dziwnie brzmiących zachwytów: „wygląda jak zagraniczne”. Bez oddzielania się od reszty, choć wiemy wszyscy (przynajmniej teoretycznie), że nasz rynek jest maleńki, początkujący i nieporadny. Mimo iż wizyty na kolejnych targach mody (oraz tygodniach mody) utwierdzają w przekonaniu, że dobrze nie jest i długo nie będzie, pojawiają się marki, które dają nadzieję przez duże N na modę przez duże M.

Gdy obejrzałam jesienną (i pierwszą stworzoną pod własnym nazwiskiem, wcześniej pracowała m.in. dla La Manii) kolekcję Magdy Butrym, natychmiast pojawiła się myśl, że dokładnie takiej marki w Polsce brakowało. Reagującej na modę w sposób świeży, przemyślany i odważny jednocześnie, z wyraźnymi ambicjami zajęcia miejsca na wysokiej, luksusowej półce. Pozornie prostej w odbiorze, ale gdy skupić się na szczegółach, przyjemnie zaskakującej. Jakością wykonania, krojem, połączeniem dobrze znanego z nieoczywistym. Mocne sezonowe trendy przeplatają się z delikatnie ugryzioną klasyką. Tu trochę elementów militarnych, tam romantycznych, seksowne pęknięcia i misterne ręczne plecionki (czas potrzebny do wyplecenia spódnicy ze skórzanych paseczków to trzydzieści godzin).

Magda Butrym docenia i chętnie wykorzystuje w swoich pracach tradycyjne rzemiosło. Wiosna i lato przynoszą ręcznie wyrabiane na krośnie jedwabne tkaniny, kontynuują też ideę plecionej skóry. Wymykają się bezpiecznym ramom uniwersalnych kolorów, wplatając pomiędzy czerń i biel rudy brąz, intensywne indygo, pudrowy róż, a także regularne, charakterystyczne desenie o delikatnie etnicznym charakterze. Ciężko uniknąć porównania do mistrzyni podobnych zabiegów, Isabel Marant. Choć od razu podkreślę, że mam na myśli ideologię czerpania z różnych źródeł kulturowych czy czasowych, a nie konkretne elementy kolekcji. Magda Butrym tym razem poszukiwała inspiracji w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Silnych bohaterek filmowych, które kształtowały ówczesne pokolenie kobiet. Wyzwolonych, autentycznych. To nawiązania mniej lub bardziej bezpośrednie, przynoszące zarówno dyskusyjne fasony (dzwony, wąskie płaszcze), jak i te, które przetrwały próbę czasu (luźne koszule, dopasowane marynarki). A z drugiej strony mocno osadzone w teraźniejszości tendencje, które symultanicznie występują na światowych wybiegach. Całość stanowi kolekcję kompletną, żadnego wrażenia przypadkowości czy dodawania czegoś na siłę. I te zdjęcia… Czy da się nimi nie zachwycić?

A na koniec informacja techniczna. Pod egidą marki występuje nie tylko sama projektantka, lecz także jej partnerka biznesowa, Aleksandra Halemba. Dyrektorem artystycznym marki jest Jolanta Aerts. Pod koniec stycznia ruszy sklep internetowy. A wtedy wszystkie zbankrutujemy.

magda-butrym_foto_lookbook2_01

magda-butrym_foto_lookbook2_02

magda-butrym_foto_lookbook2_04

magda-butrym_foto_lookbook2_05

magda-butrym_foto_lookbook2_06

magda-butrym_foto_lookbook2_07

magda-butrym_foto_lookbook2_08

magda-butrym_foto_lookbook2_09

magda-butrym_foto_lookbook2_10

magda-butrym_foto_lookbook2_11

magda-butrym_foto_lookbook2_12

magda-butrym_foto_lookbook2_14

magda-butrym_foto_lookbook2_15

magda-butrym_foto_lookbook2_16

magda-butrym_foto_lookbook2_17

magda-butrym_foto_lookbook2_19

magda-butrym_foto_lookbook2_20

magda-butrym_foto_lookbook2_21

magda-butrym_foto_lookbook2_22

magda-butrym_foto_lookbook2_23

magda-butrym_foto_lookbook2_24

Fot. Adam Plu/ Move Picture
Dyrekcja artystyczna: Jolanta Aerts/ jaerts.com
Modelka: Antonina Petkovic / The Society Management
Make up: Wilson/ Warsaw Creatives
Włosy: Michal Bielecki/ Warsaw Creatives
Stylizacja: Agnieszka Kornacka
Scenografia: Witalis
Produkcja: Warsaw Creatives

13

sty

Siedem marek normcore, które musisz znać

Był bunt, potem milczące przyzwolenie, a teraz – choć niechętnie się do tego przyznaję – radość. Pół roku temu byliście świadkami mojego narzekania na zjawisko normcore oraz powierzchowną jego interpretację przez naszą drogą modę. Cóż, machina ruszyła, stało się, nic tego nie zatrzyma. Zamiast więc zacietrzewiać się i obrażać, dla równowagi szybko znalazłam dobre strony tej reakcji. Bo to, co zostało siłą nazwane, od wielu lat istniało sobie w cieniu innych większych, bardziej charakterystycznych i reagujących na pędzącą na łeb na szyję rzeczywistość.

Niczego nie udają, za niczym nie gonią. Odporne na działanie czasu. Należałoby się zastanowić, co jeszcze kwalifikuje daną markę do określenia mianem normcore. Bo – warto zaznaczyć – normcore nie stanowi jednego zunifikowanego stylu. To szereg zjawisk całkiem od siebie odległych, lecz spiętych klamrą konsekwencji i pewnego rodzaju ponadczasowości. Do tych sklepów wracamy pewni, że znajdziemy dokładnie to, czego szukamy. Że ulubiony model swetra nie został wycofany, a zniszczony trencz zastąpimy równie dobrym po pięciu latach. Wybrałam siedem marek, młodych i starszych, które najlepiej się z normcore identyfikują (często bezwiednie), w dodatku bez szkody dla siebie samych. Warto je znać, bo nigdy nie zawodzą.

MUJI – japońska królowa normcore’u. Nie do ruszenia. Jeszcze zanim ktokolwiek wpadł, by ukuć to słowo, marka reprezentowała jego wszystkie cechy. Zero szpanu, świecenia logo czy rażenia po oczach najnowszym trendem. Bestsellery powracają co sezon, a nowości szybko zdobywają wierne serca. Bawełna organiczna czy materiały z recyklingu były tu dostępne jeszcze przed erą mody na ekologię. Muji to ubrania praktycznie niezniszczalne. Wiem, bo jestem posiadaczką kilku różnych elementów i ząb czasu ich nie tyka. W sezonie jesiennym zawitały do sklepu najróżniejsze koszule z miękkiej flaneli oraz swetry z kaszmiru i alpaki. Co ważne, można się tu ubrać od stóp do głów, a przy okazji urządzić całe mieszkanie. Jedyna wada? Dość wysokie ceny. Niweluje ją zaleta: porządne wyprzedaże. Zwłaszcza na przełomie sezonów. Czy genialny męski granatowy trencz za niecałą stówę będzie wystarczającym argumentem? W mojej szafie od trzech lat.

muji fall 14

muji fall 14 2

SECRET LIFE – polska marka mająca za sobą już cztery udane sezony. Powstała z uwielbienia zwyczajności – czy może być lepsza rekomendacja? Zimą i jesienią znajdziemy tu wełniane swetry i płaszcze. Latem – świetnie skrojone białe koszule i sukienki z lekkiej dzianiny. Swobodne fasony, oszczędna gama kolorów, trochę zapożyczeń z męskiej szafy, ale wszystko pod płaszczem stuprocentowej, choć dyskretnej kobiecości. W tych ubraniach się żyje. Po prostu.

secret life jesien

secret life jesien (2)

secret life jesien (3)

KISS THE FROG – spokój i relaks. Choć serwowane są smakowite nowości, całość pozostaje w niezmiennym klimacie. Autentyczność marki podkreśli spotkanie z projektantką, Moniką Szczuką. Zawsze w ubraniach swojego projektu, zawsze pełną energii. To surowe, obszerne formy, w których można się komfortowo ukryć. Zawsze na posterunku.

kiss the frog 2014b

kiss the frog 2014a

BORKO – oto normcore w wydaniu klasycznym. Stworzony dla kobiet żyjących w wiecznym pośpiechu i niemogących sobie pozwolić na nonszalancki (to eufemizm) wygląd. Ubrania eleganckie, zachowujące wypracowane latami metody krawieckie, zaserwowane przy użyciu najlepszych materiałów, nierzadko szlachetnych. Już od paru lat hitem pozostaje luźna sukienka z symetryczną kontrafałdą u zbiegu z dekoltem V. Sięganie po tradycyjne fasony i nadawanie im współczesnego sznytu to specjalność Aleksandry Chmielewskiej, twórczyni marki. „BORKO dąży do tego, by kobieta mniej czasu poświęcała na ubiór, a więcej na życie” – i wszystko jasne.

borko 2014a

borko 2014b

BAGSY – pamiętacie siatkę na zakupy? Nie reklamówkę Boss, nie torbę „ekologiczną”, tylko siatkę. Taką, w której filmowa Marysia przewoziła na rowerze ciężkie kilogramy cukru (biorąc udział w wiekopomnej misji zbadania zawartości cukru w cukrze w zależności od położenia danego sklepu). Łódzka marka Bagsy wskrzesza ją z popiołów zapomnianej przeszłości. Kto więc marzy o zwyczajności w stylu retro, może sobie szybko takową zapewnić. A prócz niej pojemne i najzwyklejsze w świecie drelichowe i dżinsowe worki oraz grube czapki idealne na trzy z czterech polskich pór roku.

bagsy store (4)

bagsy store (5)

bagsy store (2)

bagsy store (3)

SI-MI – punktem wyjścia założonej w 2013 roku przez Janusza Bielenię marki była inspiracja londyńską ulicą. Ja tu widzę sporo innych miast. Od Seattle późnych lat osiemdziesiątych po obecny Berlin, wymieszaną kulturowo Brukselę czy zachowawczą Warszawę. Choć każdy tydzień przynosi nowe ciuchy, całość uparcie i z powodzeniem trzyma się mocno skonkretyzowanego stylu. W Si-Mi zjawisko fast fashion przybiera zdecydowanie bardziej ludzką formę niż w większości sieciówek. Krótkie serie nie wykluczają powrotów wciąż i na nowo ukochanych modeli. Moim hitem jest raglanowy t-shirt. Mogłabym go mieć w każdym możliwym kolorze. Bo nie dość, że bez problemu mieszczę się w niezbyt obszerny rozmiar (choć tu muszę podziękować również jodze), to jeszcze wyglądam jak człowiek.

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

Si-Mi normcore

UNIQLO. Powrót do Japonii. I jedyna marka, której wciąż nie ma w Polsce, choć wreszcie dopisano nasz kraj do listy obsługiwanych przez brytyjski sklep internetowy. Jej początki sięgają lat pięćdziesiątych poprzedniego stulecia. W 1984 roku powstała nazwa: Unique Clothing Warehouse, skrócona szybko do wersji obecnej. Każde europejskie otwarcie budziło pozytywną histerię (o ile w ogóle coś takiego może istnieć), a nie zawsze było tak różowo. Skupię się jednak na teraźniejszości. Czym ujmuje japońska marka? O ile Muji jest dość zwyczajne, to jednak zachowuje pewien powściągliwy klimat, zwany uparcie przez niektórych minimalizmem, o tyle Uniqlo to mieszanka wybuchowa we wszystkich kolorach tęczy. Jeśli wymyślisz sobie kaszmirowy sweter w kolorze wściekłej pomarańczy, możesz tam wejść i bez szukania o niego poprosić. Będzie w co najmniej trzech fasonach. Nie możesz nigdzie znaleźć prostej dżinsowej koszuli? To samo. Uniqlo to także pionier ultra nowoczesnych rozwiązań technologicznych. To właśnie tam pojawiły się niezwykle lekkie (i równie ciepłe) kurtki puchowe, które można bez problemu zmieścić w kieszeni, a także rewolucyjna bielizna termiczna (kto nie zna, ten nie zrozumie zachwytu – po prostu trzeba spróbować, zwłaszcza teraz, gdy powstaje w tylu różnych opcjach). I jeszcze jedno. To jedyna sieciówka, której udało się namówić do współpracy Jil Sander. Linia +J okazała się takim sukcesem, że kooperacja przedłużyła się na dwa lata (od 2009 do 2011), a jesienią 2014 do sklepów trafiła reedycja najlepszych wspólnych projektów. Cecha charakterystyczna? Zero ozdobników. Istnienie poza modą. Można? Można.

uniqlo

uniqlo (3)

uniqlo (2)

Zdjęcia: Muji, Uniqlo, Bagsy, Si-Mi, Secret Life, Borko, Kiss the frog.

9

sty

Zima nad morzem

Ta kolekcja osiągnęła już ceny minus pięćdziesiąt procent, ale to przecież nie powód, by o niej nie napisać. Już od kilku sezonów jeśli któraś z moich znajomych poszukuje płaszcza, odsyłam ją do Arytonu. W rezultacie jestem otoczona dziełami Patrycji Cierockiej (dyrektor kreatywnej) oraz innych zdolnych projektantów, których nazwiska stanowią wprawdzie tajemnicę poliszynela, ale nawet tę formę tajemnicy wolę uszanować (innymi słowy, kto wie, ten wie). Pokaz jesiennych projektów marki odbył się w maju w Łodzi. Towarzyszyła mu wystawa zdjęć autorstwa Magdy Wunsche i Agnieszki Samsel (od paru lat związanymi z Arytonem). Mniej skupionych na samym ubraniu, a bardziej oddających nastrój, ideę i surowość kolekcji. Gdy spojrzymy na nie, potem obejrzymy kilkadziesiąt sylwetek na wybiegu, a na końcu udamy się do sklepu, możemy mieć wrażenie, że do czynienia mamy nie z jedną, a z trzema różnymi markami. Do tej pory nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy to wada, czy zaleta Arytonu.

Poniżej odsłona, która zachwyca najbardziej. Niedopowiedziana i dynamiczna. Nowoczesna. Na światowym poziomie. Wybieg uraczył nas wielością tematów. Były i płaszcze (to zawsze), i futra, graficzne cętki (bohaterki rekordowej liczby polskich okładek i sesji wg mnie), metaliczny turkus (trencz nieprzypadkowo nawiązywał do brytyjskiego dziedzictwa, choć może odniesienie do Burbery Prorsum było zbyt dosłowne). Kimonowe rękawy, niebanalne grafiki, ramoneski, a nawet biurowe kostiumy – wszystko konsekwentnie wynikało po kolei jedno z drugiego, czyniąc to wydarzenie jednym z ważniejszych minionego sezonu (wszystkie sylwetki można obejrzeć u Marka Makowskiego).

Gdy jednak przychodzi do zakupów, trzeba wyjątkowo dobrze wiedzieć, czego się chce, by nie zniechęcić się już na początku drogi. Sklep internetowy nie budzi zastrzeżeń. Jest przejrzysty, intuicyjny, jakiś czas temu wprowadzono też usługę szycia na miarę. Czas oczekiwania na indywidualnie uszyty produkt jest zaskakująco niski: czternaście dni. Świetnym pomysłem jest włączenie linii wybiegowej do sklepu internetowego. Choć modele powstają w niedużej liczbie egzemplarzy (niektóre tylko w jednej sztuce), to właśnie one mają największe szanse przyciągnąć nowe, świadome modowych nowinek klientki.

Za to butiki stacjonarne… Zdaję sobie sprawę, że na niedużej powierzchni trudno upchnąć wszystkie możliwe produkty. Pomiędzy istnymi hitami czai się sporo takich, które nie powinny się wydarzyć. Rozumiem, że może być to ukłon w stronę klientek, które zaopatrują się w sklepie od dwudziestu pięciu lat i zawsze nosiły dany fason żakietu czy bluzki, więc dlaczego nagle miałby zniknąć? Mam jednak wrażenie, że równowaga między narzucaniem mody a reakcją na potrzeby odbiorcy jest tu zbyt często zaburzana. Zarówno poniższa sesja wizerunkowa, jak i propozycje z wybiegu stanowią dowód na to, że Aryton trzyma rękę na pulsie. Gdy skupimy się tylko na asortymencie dowolnie wybranego butiku, można odnieść dokładnie odwrotne wrażenie. Wiadomo, łatwo mi oceniać z perspektywy potencjalnej klientki, która ma w nosie całą stronę biznesową, bo chce znaleźć płaszcz na zimę, nic więcej. Ale szkoda by było zmarnować tak fantastyczny potencjał.

ARYTON_FW 3

ARYTON_FW 5

ARYTON_FW 9

ARYTON_FW 2

ARYTON_FW 6

ARYTON_FW 4

ARYTON_FW 1

ARYTON_FW 10

ARYTON_FW 7

ARYTON_FW 8

Zdjęcia: Magda Wunsche i Agnieszka Samsel
Stylizacja: Marta Kalinowska
Modelka: Luna / Model Plus
Makijaż i włosy : Rafał Żurek / Metaluna
Asystentka stylisty: Maria Lekszycka
Asystent fotografa: Maciej Łomnicki / Daylight Studio