7

maj

EM Cashmere

Jest w Warszawie takie miejsce, które istniało długo długo przed powstaniem tego bloga. Mijałam je prawie codziennie w drodze do Akademii Muzycznej na Okólnik, a wcześniej sporadycznie, bywając w okolicy. Zawsze przyciągało wzrok, intrygowało, bo wyróżniało się od samego początku. Gdy królowały stokrotki na pomarańczowym tle, uspokajało wzrok paletą szarości. Gdy przyszedł czas na kraciaste koszule i sztruksy, ono kusiło czernią w formach japońskich awangardzistów. Kiczowaty przełom wieków milcząco komentowało obszernymi formami lnianych i jedwabnych prostych sukienek oraz ogromnym splotem bawełnianych swetrów. Choć nie byłam tego do końca świadoma, przez te wszystkie lata systematycznie budowało mój gust.

em10

Byłam tam dosłownie dwa, trzy razy w kilkuletnich odstępach. Zawsze wychodziłam w czymś zakochana. I poszukiwałam tego czegoś gdzie indziej, bo studencka kieszeń oraz przekonanie, że lepiej kupić więcej niż porządnie, skutecznie mnie blokowały. Nie zapomnę bawełnianego albo lnianego swetra, obszernego, z dekoltem w łódkę, który w myślach towarzyszył mi nie raz i fenomenalnie spinał klamrą całą garderobę. Albo wielkiej czarnej skórzanej torby, do której zmieściłyby się spokojnie wszystkie tomiszcza Bacha i jeszcze zostało miejsce na kanapki i parę dodatkowych butów. Ale do rzeczy.

EM Cashmere to biznes zawiązany w roku 1992. Niewielki niezwykle stylowy butik mieści się na Szczyglej 8 w Warszawie. Przez ponad dwadzieścia lat wystrój niewiele się zmienił. Nie musiał. Jeśli teraz wydaje się nowoczesny, jak bardzo musiał się wybijać w tamtym czasie? Kojące wzrok odcienie szarego, mnogość struktur, oszczędne „niewidzialne” meble, które dostrzegamy dopiero gdy wygodnie usiądziemy na miękkim krześle, a na ciemnym drewnianym blacie stołu stanie przed nami pyszna kawa. Nawet pęknięcie w podłodze wydaje się przemyślane, choć to akurat efekt niezamierzony. Wygląda jednak tak dobrze, że właścicielka sklepu postanowiła go nie naprawiać.

Zaczęło się od kaszmiru i stąd nazwa, choć obecnie może być myląca. Asortyment stopniowo się powiększał, by objąć większość kolekcji Rundholz, Annette Gortz, Sarah Pacini i Allude (więcej o nich za moment) – łącznie z dodatkami. Dobór marek jest, rzecz jasna, nieprzypadkowy. Bezbłędnie wpisują się w estetykę butiku, a także odzwierciedlają gusta właścicielki, Małgorzaty Zawadzkiej, jej córki (również Małgorzaty Zawadzkiej – od dwóch lat w firmie), a także współpracujących z EM Cashmere Elżbiety Kuczyńskiej i Agnieszki Kielczyk. Te dwie ostatnie od siedemnastu lat nie tylko sprzedają ubrania, ale też są najlepszymi doradczyniami klientek. Zawsze można liczyć na ich szczerą opinię, żadnych fałszywych zachwytów. Jedną z najważniejszych zasad sklepu jest uczciwe podejście do klientki, sprzedawanie tylko tego, w czym kobiety naprawdę dobrze wyglądają. Jeśli dany ciuch z jakiegoś powodu nie prezentuje się najlepiej, źle leży albo po prostu nie pasuje, nigdy nie usłyszymy „to się rozciągnie, to się ułoży, a pani wygląda fantastycznie”. Nie namawiają też do zakupów za wszelką cenę. Takie podejście jest dziś na wagę złota.

Co sezon na potrzeby sklepu przygotowywany jest album ze stylizacjami łączącymi wszystkie dostępne ubrania w najróżniejszy sposób. To pozwala nowym klientkom oswoić się z ideą EM Cashmere, a stałym poruszyć wyobraźnię. Bo nawet przy całym dniu wolnym nie sposób przymierzyć całego asortymentu. Kaszmirowe dzianiny spoczywają na szklanych półkach, a cała reszta wisi wzdłuż szarej ściany o pofalowanej fakturze. Zimą proporcje się zmieniają i niemal całe wnętrze otulone jest szlachetną dzianiną. Dostępne kolekcje są uzupełniane kilka razy na sezon. A ponieważ raczej z mody nie wychodzą, z pewnością ucieszy istnienie outletu – wszystkie przecenione rzeczy można znaleźć na stronie internetowej. Jeśli już przy Internecie jesteśmy, niestety sklep nie prowadzi sprzedaży online, więc jeśli zakupy, to tylko w Warszawie. Ale kto wie, co będzie za jakiś czas?

EM Cashmere można znaleźć na Facebooku oraz Instagramie. Warszawski butik przy Szczyglej 8 jest czynny od poniedziałku do piątku w godzinach 11-19, w soboty 11-15.

em14

em11

em instagram 2

em2

em7

em instagram

em8

em12

em9

988519_438718322964369_8322490988079487854_n

em13

em4

11057458_429330497236485_1752931812125115449_n

em3

11178240_444656259037242_6010291644272846868_n

em1

10999572_446283352207866_5239491334899339032_n

em5

Zdjęcia: Harel i EM Cashmere.

Poniżej krótka charakterystyka dostępnych w butiku marek.

Annette Gortz – w tym roku niemiecka marka obchodzi dwudzieste piąte urodziny. Projektantka, Annette Gortz tworzy obecnie wraz z kilkuosobowym zespołem projektantów. Jej motto: „Style – is a person, not the clothes. And fashion should help the clothes not to conflict with personality” – oddaje klimat kolekcji znacznie lepiej niż setki fachowych słów.

Allude – kolejna firma „po sąsiedzku”, prosto z Monachium. Jej dyrektor kreatywna, Andrea Karg, zwana jest „królową kaszmiru”. Udało jej się odnaleźć niszę w niemieckim rynku i wprowadzić coś, czego wcześniej próżno było szukać. Allude działa już ponad dwadzieścia lat, a oprócz świetnej jakości oferuje także środki pielęgnujące kaszmirowe ubrania. Co ciekawe, w Monachium powstała nawet „klinika kaszmiru”, w której można „uzdrowić” nadszarpnięte zębem czasu swetry.

Sarah Pacini – kolejna dwudziestolatka. Swoje początki ma w Belgii, a produkcja odbywa się we Włoszech. Nastawiona na odkrywanie indywidualności, umiejętnie łącząca modę, dizajn i sztukę. Podobnie jak pozostałe marki dostępne w EM Cashmere, zręcznie wymyka się trendom, oferując ponadczasowe formy.

Rundholtz – tu z kolei sporo miejsca na szaleństwo. Odważne fasony, przedziwne proporcje, celowe deformacje sylwetki. Marka dzieli się na trzy linie. Główną, Rundholz – najbardziej ekskluzywną, DIP – najbardziej awangardową i Black – najbardziej komercyjną i prostą w odbiorze. Ubrania tworzą Carsten i Lenka Rundholz – małżeństwo i zespół projektowy w jednym. Pomysły rodzą się w ich dwustuletnim domu w maleńkiej niemieckiej wiosce.

6 myśli nt. „EM Cashmere

Dodaj komentarz
  1. elakijowska

    Buty z ostatniego zdjęcia przypominają mi Twoje buty organowe z Norwegii czy też Szwecji.A sklep również pamietam doskonale.Oniesmielały mnie nieco ceny.

    Odpowiedz
     
    1. harel Autor wpisu

      Rzeczywiście, podobne! Dziesięć lat w tych butach grałam i wciąż wyglądały jak nowe. Albo prawie jak nowe. Ceny onieśmielające, ale zawsze powtarzam: zamiast trzech rzeczy z Zary, jedna porządna z innego źródła :)

      Odpowiedz
       

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *