18

Lut

Gdybym tylko…

Dziś będzie o wieku. Nie konkretnym, zaszufladkowanym czy podporządkowanym czemuś, co zwiemy pokoleniami. Odnoszę wrażenie, że bez względu na to, ile mamy lat, zawsze znajdziemy coś, czym z zaskakującą łatwością się ograniczymy. Nie zliczę, ile razy ostatnio usłyszałam od fantastycznych osób, którym naprawdę niczego nie brakuje, że: „nie wypada mi w tym chodzić”, „gdybym była młodsza/chudsza/wyższa”, „nie będę mierzyć, bo się załamię” i tak dalej. Sama się czasem łapię w taką pułapkę, zwłaszcza że czasy dwudziestoletnie minęły bezpowrotnie, a i trzydziestoletnie za jakiś czas będą wspomnieniem. Ale zamiast się pogrążać, przypominam sobie swoją babcię, dla której jedynym ograniczeniem były umiejętności zaprzyjaźnionej krawcowej. Do końca życia ubierała się z fantazją nie mniejszą niż Anna Piaggi (przy czym makijaż zachowywała raczej stonowany). Najbardziej na świecie lubiła broszki w kształcie owadów, najchętniej pająków, a jej kolekcja butów niejedną wielbicielkę mody przyprawiłaby o palpitacje serca. Nawet gdy nie czuła się najlepiej, codziennie z niegasnącą pasją komponowała nowy strój. Zwykły spacer z psem był wystarczającym pretekstem, by wyjąć z szafy kolorowe sztuczne futerko albo kraciasty płaszcz. Nigdy od niej nie usłyszałam, że źle się w czymś czuje albo że w jej wieku czegoś nie wypada. Nie obawiała się wyglądać zabawnie, broniła się autentycznością i naturalnością. W jej przypadku naprawdę szata była na drugim miejscu. TUSH Caroline de Maigret w lekkiej i przyjemnej książce „Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś” wprowadza sporo dobrego humoru w kwestię przemijania. „Lepiej wyglądać na swój wiek niż wyglądać nijako (…). Paryżanki nie próbują nikogo udawać. W gruncie rzeczy mniej dążą do tego, by wyglądać młodo (…), bardziej do tego, by stać się lepszą wersją samych siebie, w sensie ciała i ducha, niezależnie od wieku. Mają w pamięci tylko jedno przykazanie: Ciesz się, że masz taką gębę, jaką masz, za dziesięć lat będziesz za nią tęsknić„. Coś w tym jest. Szkoda, że zazwyczaj o tym zapominamy. Nie pomaga iluzja tworzona przez wszelakie media, w których wszyscy są piękni, młodzi i doskonali. Co pewien czas robi się głośno na jakiś temat, dajmy na to, pojawia się tzw. modelka „plus size”, która robi niesamowitą karierę. Rzeczywiście, to niezwykłe. Tyle że „plus size” równa się rozmiarowi 38. „Kto jest większym głupcem: głupiec czy ten, kto za nim podąża?” – pytał Obi-Wan Kenobi, mam ochotę podłączyć się pod pytanie. Perfekcyjny świat zdjęć ulicznych Scotta Schumana, autora bloga „The Sartorialist”, zamiast inspirować, coraz częściej wprowadzał niepokój. Apogeum nastąpiło kilka lat temu, gdy jednej ze sfotografowanych przez siebie kobiet zaproponował totalną metamorfozę, uzasadniając we wpisie, że miała potencjał, ale wyglądała zbyt przeciętnie. Rozpętała się internetowa burza, przy okazji rozpoczynając dyskusję, ile prawdy jest w teoretycznie reporterskich zdjęciach mody ulicznej. Pojawiły się plotki, że fotograf organizuje castingi i prosi swoich „spontanicznych” modeli o przygotowanie więcej niż jednej stylizacji na równie „spontaniczne” spotkanie. Równowaga była kwestią czasu. Fotograf Brandon Stanton w 2010 roku rozpoczął swój projekt „Humans of New York”, w którym nie stawiał bohaterom żadnych ograniczeń. Wiek, stan posiadania czy gust stanowiły aspekt drugo a może nawet trzeciorzędny. Liczył się charakter i ta jedna chwila, w której pstryka migawka aparatu. Uśmiechnięta kobieta na wózku, obok dziewczyna na deskorolce. Płaczący chłopiec i modlący się tłum. Tyle emocji, że człowiek wcale nie ma ochoty nikogo oceniać. Po prostu chłonie zdjęcia jedno po drugim i wciąż czeka na następne. Autentyczność inspiruje. Nie uważam absolutnie, że wszyscy bohaterowie zdjęć Schumana to pozerzy, a brawa należą się tylko anonimowym bohaterom ulicznych kadrów. Po prostu zwracam uwagę na pewne zjawisko, które w ostatnim czasie szczęśliwie przybiera na sile. Modelki nigdy nie znikną z wybiegów czy sesji wizerunkowych – i całe szczęście. Sęk w tym, że nie zawsze doskonale zaserwowany produkt przemawia do potencjalnego klienta. Być może niektóre z nas, patrząc na zdjęcie dwudziestoletniej dziewczyny w reklamie kremu na zmarszczki, będą umiały wyobrazić sobie samą siebie na jej miejscu, założę się jednak, że w większości przypadków obudzi ona niepokój i wyrzuty sumienia zamiast chęci zadbania o siebie. Podobnie z ciuchami. Nie jest tajemnicą, że sesje mody w magazynach nie sprzedają produktów. Najlepiej schodzą rzeczy, które mają na sobie ludzie, z którymi się identyfikujemy. Czy będzie to gwiazda telewizji śniadaniowej, czy ulubiona aktorka, czy koleżanka z pracy, wszystko jedno. Im bliżej jej do nas, tym chętniej sięgniemy po to, w czym jej dobrze. Niekoniecznie tę jedną konkretną rzecz. To będzie myśl: „Skoro ona może, to ja też!”. Zamiast z góry zakładać, że w czymś się nie odnajdziemy, warto spróbować, co mamy do stracenia? W ostatnich latach mocno się zmieniło postrzeganie wieku w ogóle. Czterdziestkę określa się mianem „nowej trzydziestki” itd. Niemały wpływ na skalę zjawiska ma tzw. „silver tsunami”, pokolenie obecnych pięćdziesięcio i więcej latków, wyjątkowo liczne i aktywne. Siwe włosy nagle stały się fascynujące tak bardzo, że nawet całkiem młodzi ludzie marzą o srebrzystej bieli na głowie. Z nietypowo wczesną siwizną oswoiła świat mody Kristen McMenamy, brytyjska modelka, która świadomie odmawiała maskowania swoich długich siwiejących włosów. Jej starsze koleżanki wcale nie wybierają się na emeryturę, Carmen Dell’Orefice czy Ingmari Lamy wciąż biorą udział w sesjach i kampaniach reklamowych największych światowych marek. Z kolei siedemdziesięcioletnia Eveline Hall, baletnica i śpiewaczka operowa, karierę modelki rozpoczęła dopiero niedawno, ale za to od razu na wysokim C. Jean Paul Gaultier, Patrick Demarchelier czy Peter Lindbergh to tylko kilka nazwisk, z którymi możemy ją skojarzyć. Okładki, sesje zdjęciowe, pokazy, a wkrótce także współpraca z lokalnym akcentem. Zawsze mnie pocieszało, że Bohumil Hrabal rozpoczął karierę po czterdziestce. Świadomość, że można to zrobić także po sześćdziesiątce, jest absolutnie bezcenna. DSC_8445

7 myśli nt. „Gdybym tylko…

Dodaj komentarz
  1. Małgosia

    Jak fajnie, że piszesz to teraz kiedy ja sama (jestem w podobnym wieku jak Ty Harel) zastanawiałam się kilka dni czy wypada mi nosić takie buty na jakie miałam ogromną ochotę i czy nie będę w nich prezentować syndromu „dzidzi – piernik” ;) Na szczęście miłość do obuwia zwyciężyła i mam moje najbrzydsze buty świata i nie zawaham się ich użyć kiedy tylko temperatury pozwolą!

    Odpowiedz
     
  2. Maga

    Jestem 40+ i sama często łapię się na tym – wypada czy nie wypada. Na szczęście mam córkę, która potrafi obśmiać moje rozterki. Ale własnie w moim wieku 40+ tak łatwo wygladać jak dzidzia piernik.
    Twoj wpis bardzo mi sie podoba -aż zaczęłam wyszukiwać nazwiska, o których wspominasz (niektórych nie znam).
    Jak to dobrze,ze czasy sie zmieniły i kobiety 40+,50+,60+ przestają być „przezroczyste”.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
     
  3. agnieszka

    brawo Ty:)
    moja sześćdziesięcioletnia Mama nosi się kolorowo. i wcale nie chodzi o to, że chce zrobić z siebie młodszą (włosy ma bialutkie). po prostu tak Jej w duszy gra. a że się krzywo patrzą? niech patrzą! w końcu do odważnych świat należy!

    Odpowiedz
     
  4. Anka

    Od ponad roku prowadzę bloga modowego dla kobiet 50+.Namówiła mnie do tego moja bardzo młodziutka córka, która trenuje na mnie swoją miłość do fotografii.
    Ona spełnia swoją pasję, a ja „mierze” się z upływający czasem. Cóż, musze przyznać, że to bardzo dobry sposób. Mobilizuje mnie do dbania o siebie i nie chodzi tylko o to co na siebie wkładam, ale głównie o stan mojego ciała i ducha. Biegam, dobrze się odżywiam, choć nie szaleje z dietami, bo jedzenie to przyjemność, a zdrowe jedzenie to podwójna przyjemność.
    Oczywiście nie przestałam mieć obiekcji co w moim wieku wypada założyć a czego nie, ale chyba zdecydowanie mniej się nad tym zastanawiam. Weryfikuja to moje czytelniczki.
    Największą frajdę sprawia mi to, że wreszcie bezkarnie mogę poświęcić więcej czasu na zajmowanie się modą (choć w moim przypadku to słowo to raczej nadużycie). Bardziej nazwalnym to ubieraniem. Z przyjemnością odkrywam polskich projektantów i polskie marki modowe. Cieszę się zyciem, a czas mija sobie sam…!?
    Pozdrawiam
    At

    Odpowiedz
     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *