21

Wrz

Michał Szulc – Galene

Czego nie wiemy, oglądając „Galene”? Czego nie widzimy? Nie możemy dostrzec, że na potrzeby kolekcji nie został zakupiony żaden nowy materiał. Że całość składa się z wieloletnich zapasów projektanta. Oraz że zapasy to polska produkcja, której źródeł Michał Szulc nie zdradza, nawet brany podstępem. Dzięki temu nie mają miejsca sytuacje tak znamienne dla naszej ciasnej branży mody, gdy z tej samej tkaniny korzysta kilka różnych marek. „Galene” porusza zapomniane skutecznie rejony przeszłości, gdy alternatyw po prostu nie było. Korzystało się z tego, co dostępne, uruchamiając własną kreatywność, zwaną w owym czasie zaradnością lub sprytem. Przyszła mi na myśl scena z Polskiej Kroniki Filmowej, w której pewien mistrz krawiectwa ciężkiego prezentuje opracowany przez siebie wykrój garnituru, mieszczący się na niewielkim kuponie wełny. Zmarnowany materiał da się policzyć w kilku dosłownie centymetrach kwadratowych. Nie każdy miał tyle szczęścia (lub wyobraźni przestrzennej), czasem więc bywało krócej niż powinno, mniej i skromniej. Przemilczane wady Michał postanowił przekuć w zalety, a niedostatki zamienić w ciekawostki. Niech będzie mniej użytkowo, bardziej na pokaz.

michal-szulc_1283

Najbardziej charakterystyczna cecha? Wszystko jest udawane. Kieszenie tylko pozorne, ledwo dopinające się żakiety czy przykrótkie spódnice, próbujące przekonać publiczność, że właśnie tak miało być. Odsłonięte ramiona z braku materiału oraz niedokończone aplikacje ze szklanych koralikó. Michał Szulc już nie raz nurkował w smętne nurty PRL-u, jednak tak głęboko jeszcze nigdy się nie zapuszczał. Bywały i nadbałtyckie tereny wojskowe, i nieco wyblakłe lata siedemdziesiąte, zgrzebne mundury, szkolne uniformy. Tu wkracza całkiem nowa estetyka, potwierdzająca coś, co dało się zauważyć jakiś czas temu. Projektant nie ma zamiaru działać pod publiczkę. Stawia przed nami osobistą wizję, z którą możemy godzić się lub nie, i którą być może w pełni zrozumiemy dopiero za jakiś czas.

Pełny odbiór został znacznie utrudniony przez słabe oświetlenie samego pokazu (dlatego tak niechętnie ostatnimi czasy o pokazach piszę, szereg spraw drugoplanowych potrafi skutecznie odwrócić uwagę od meritum) oraz – to akurat cudowne doznanie – dźwięki „Sonaty na wiolonczelę solo” Eugene’a Ysaye’a w wykonaniu Karoliny Jaroszewskiej-Rajewskiej. Ponieważ w sercu (i na wszelkich dokumentach) pozostaję muzykiem, dałam się porwać kompletnie. Refleksyjne to było i ponure, emocje przemieszane z samą techniką wykonania, mistrzowska interpretacja zupełnie niepopularnego utworu, który hipnotyzował i przenosił w inny wymiar, z dala od modelek, pierwszego rzędu czy samych ubrań.

Kolekcji towarzyszyły efektowne zawieszki na uszy, które specjalnie na tę okazję wykonał Dawid Przybyła oraz, przykro mi to pisać, zupełnie nieefektowne buty powstałe we współpracy z marką Wojas. Biała taśma okalająca obcas nie uratowała przed chybotaniem buta na wszystkie strony, prezentowała się tandetnie i groteskowo. Chyba że właśnie tak miało być, kolejne odniesienie do czasów, w których nie było wyboru. Ale tego odniesienia po prostu nie kupuję. Tym bardziej, że Wojas w ostanich latach zmienił się na plus, a poprzednie wspólne projekty z Szulcem były fantastyczne. Sama koncepcja interesująca, być może nie wykorzystana w pełni, być może zawiniły surowce. Albo pośpiech.

Ostatnia rzecz, jakiej nie możemy wiedzieć o „Galene”? W całości została zadedykowana mamie projektanta, Halinie. A Galene to grecki odpowiednik jej imienia. Chciałabym się dopisać do podziękowań dla tej kobiety za wydanie na świat człowieka, który wciąż ma energię i siłę, by tworzyć niezmiernie ważną część polskiej mody. Nawet jeśli nie zawsze jest lekko i wesoło.

Fot. Marek Makowski

3 myśli nt. „Michał Szulc – Galene

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *