Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

22

gru

MDLV – Mood of Art

Kobieta. Niezliczona kombinacja elementów. Kontrasty. Sprzeczności. I wreszcie doskonały całokształt, któremu nie można się oprzeć. Tak w skrócie przedstawia się wizja inspirująca najnowszą kolekcję MDLV – marki stworzonej przez Agatę Strzałkowską, z myślą o kobietach z krwi i kości. Choć mocno naznaczona przez sztukę i jej mało praktyczne meandry (o czym za moment), pozostaje gotowa do noszenia tu i teraz. Oto kompromis, który w modzie lubię najbardziej. Gdy wizja artysty nie przekreśla efektu końcowego.

mdlv_mood-of-art_wizerunkowe_2

Czytaj dalej

18

gru

Social Fashion

Nie da się do końca zdefiniować twórczości Natashy Dziewit. Czerpie ona bowiem z tylu różnych źródeł i realizuje tak szeroki wachlarz pomysłów, że pozostaje tylko czekać na kolejny krok. I najprawdopodobniej znów go podziwiać. Etniczne wzory łączy z eterycznymi tkaninami, skomplikowanym formom pozostawia surowe brzegi, a najskromniejsze na świecie fasony tworzy z wyzywających, transparentnych dzianin. O najbardziej charakterystycznej sukience z jesienno zimowej kolekcji mówi z uśmiechem: „wariatka”. Kobaltowe falbaniaste cudo w nadruk dmuchawców łączy w sobie naiwną dziewczęcość i nieokiełznaną kobiecość. Emocji mnóstwo, więc do udźwignięcia tematu potrzeba trochę siły. Ale właśnie o takiej kobiecie myśli Natasha: silnej i nieujarzmionej.

natasha-dziewit-4

Czytaj dalej

16

gru

Cloudmine Etoile

Cloudmine nigdy nie zawodzi. Zwłaszcza przed świętami. Pomoc w zakupach prezentów „last minute” to prawdziwa specjalność sklepu. Z dala od upiornych centrów handlowych czy głośnych ulic (choć praktycznie w sercu miasta) oferuje selekcję najpiękniejszych towarów w surowych wnętrzach Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Dla wszystkich z daleka wciąż działa sklep internetowy, ale ja chciałabym się skupić na lokalnej Gwiazdce, bo to jedno z moich ulubionych wydarzeń w roku. Gwiazdce właśnie, bo tytułowa „Etoile” oznacza gwiazdę lub przynajmniej jej kształt. Wydarzenie startuje już jutro w samo południe, a tutaj znajdziecie wszelkie aktualności. Czego możemy się spodziewać?

cmielow-porcelana

Czytaj dalej

13

gru

Natalia Siebuła – Faces

Poruszyła mnie ta sesja bardzo. Połączenie sił trzech kobiet to jedno – o tym za chwilę i przede wszystkim. Ale wnętrza, w których spędziłam pięć lat studiów, widziane w całkiem innym kontekście niż ten, do którego od dzieciństwa byłam przyzwyczajona, tknęły sam środek serca. Warszawska Akademia Muzyczna, zwana teraz Uniwersytetem (co wciąż brzmi sztucznie wg mnie, ale co zrobić) przez długi czas plasowała się na szczycie moich życiowych marzeń. Gdy się tam dostałam, musiałam mocno kombinować, co sobie teraz wymarzyć, bo w wieku lat dziewiętnastu byłam totalnie spełniona. Tło ze zdjęć znam bardziej niż dobrze. Bez przesady mogę stwierdzić, że rozpoznaję każdą deskę, każdy schodek i każde oparcie. Aż mam ochotę podziękować projektantce za obudzenie tylu dobrych wspomnień. Jednak ten lekko nostalgiczny nastrój absolutnie nie wpłynął na odbiór kolekcji. Szczerze mówiąc, jest tak dobra, że sfotografowana nawet na tle brudnej ściany by się obroniła. Faces. Trzy wizje zamknięte w jednej całości. Trzy artystki. Natalia Siebuła jest projektantką odzieży, Anna Ławska tworzy biżuterię, a Paulina Derecka zajmuje się ilustracją (jej prace możecie kojarzyć ze Studia Paprotnik). Na warsztat wzięły… oblicza kobiety. Od twarzy, naszkicowanej piórkiem i tuszem, poprzez fasony, aż do akcesoriów.

siebula-faces-22

Czytaj dalej

10

gru

Messo – Magnifique

Obserwuję nową tendencję w naszej polskiej modzie. Choć stereotypem wciąż pozostają szary dres, osławiony na wszelkie sposoby (koniec końców okryty złą sławą) oraz tzw. „prostokąty z dziurami na ręce i głowę” (któryś z projektantów kiedyś tak to ogólnie określił i uważam, że bardziej słusznie stwierdzić nie mógł), wreszcie marki oferujące krawiectwo na poziomie zaczynają powoli, lecz konsekwentnie zdobywać szczyt. Cieszę się bardzo, bo coś wreszcie trzeba u nas ruszyć. Piszę tu zawsze optymistycznie i z niewielkimi wyjątkami o pozytywnych zjawiskach – mam jednak świadomość, jak bardzo pozostają niszowe. Prawda o życiu wychodzi podczas spotkań z osobami z modą niezwiązanymi. Gdy czasem podpytuję, jak postrzegają dzieła lokalnych twórców, odpowiedź zwykle zjeża włos na głowie. Bo kogo konkretnie mają na myśli? Nikogo konkretnego, drodzy Państwo, nikogo konkretnego. Raczej ogólne wrażenie, które pozostaje po kolejnych targach (a tych już nie zliczę) czy zakupach na którejś z platform sprzedażowych. Nikt nie ma obowiązku znać się na rzeczy, ale wciskanie przez powstające w zawrotnym tempie nowe marki kitu powinno być karane. Niestety za odpowiednią kwotę tę i ową poleci nawet magazyn, który w podtytule umieszcza „luksus”. Cóż, tabelki muszą się zgadzać, prawda? Do czego zmierzam? Pomijając „harelocentryczne” stwierdzenie, że tutaj nigdy ściemy nie będzie, oraz płacze i narzekania, że źle się dzieje w Polsce, bo nie mamy porządnego tygodnia mody, naprawdę mamy się czym pochwalić. Tylko być może powinniśmy szukać w innym miejscu, niż się spodziewamy. Są takie osoby, które całą swoją wiedzę i energię ładują w wymyślenie i produkcję kolekcji, nie rozmieniają się na drobne, nie organizują imprez z rozmachem, nie promują za pomocą celebrytek i nie strzelają fajerwerkami co pół roku. Serwują za to regularnie świetne ciuchy w przyzwoitych cenach, bardzo dobrze odnajdują w trendach i na dodatek dzielnie wspierają polską gospodarkę, zlecając odszycie lokalnie. To bardzo dobre, przemyślane konstrukcje, przyzwoita (i życiowa) rozmiarówka i dbałość o każdy szczegół. Tak działa m.in. Messo. Podchodziłam do marki ostrożnie i przyglądałam się z ukrycia, ale z każdą kolejną kolekcją utwierdzałam w przekonaniu, że warto o niej pisać. Jesień tylko umocniła tę opinię.

messo-magnifique

Czytaj dalej

2

gru

Natychmiast!

To było marzenie mojego dzieciństwa. Robić zdjęcia i mieć je natychmiast, tu, teraz, obecne w dłoni i przed oczami. Gdy tylko zorientowałam się, o co chodzi w aparacie fotograficznym, nie mogłam doczekać się efektów. Miałam sześć lat, gdy mój tata podarował mi Smenę. Żadną lustrzankę, żaden automat. W sumie niewiele się różniła od camery obscury, której instrukcję wykonania z pudełka na buty znalazłam kiedyś w którymś z młodzieżowych magazynów, (którymi – jako osoba czytająca od lat najwcześniejszych – dodawałam sobie w swoim mniemaniu wieku i powagi). Minęły miesiące, zanim wypstrykałam trzydzieści sześć klatek filmu. I jeszcze trochę czasu, zanim na moim biurku wylądowały gotowe czarno białe odbitki. Ponieważ zdarzało się, że zapominałam przewinąć film (trzeba było to robić ręcznie), jedno ujęcie zawierało dwie lub nawet trzy sceny. Gdybym miała wtedy pojęcie o horrorach, z pewnością te wizje odcisnęłyby spory ślad na mojej psychice. Z czasem nauczyłam się ogarniać temat na tyle dobrze, że w szczytowym momencie zainteresowania fotografią potrafiłam sama wywoływać film i robić odbitki w zaciszu domowej łazienki. A potem pojawiły się aparaty cyfrowe, cud, objawienie i przekleństwo w jednym. Zamiast trzydziestu sześciu – trzysta sześćdziesiąt zdjęć z wakacji. Zamiast albumów – równe szeregi folderów na dysku. Oczywiście jest to wygoda, oszczędność miejsca i cennego czasu, ale gdzieś w tym wszystkim zgubiła się magia, która dawno temu mnie w tematy fotograficzne wciągnęła. Mam wrażenie, że któryś z twórców Instaxa musiał czytać w moich myślach. Bo nagle pojawił się aparat idealnie wpisujący w moje dziecięce fantazje. Efekty? Natychmiast! I żadne tam pożółkłe czy zaróżowione ujęcia, tylko ostre jak brzytwa odwzorowanie rzeczywistości. I dostałam go, dostałam! Rok temu, równo w Mikołajki od szanownego małżonka, który moją miłość do fotografii (jakkolwiek amatorska by nie była), dobrze zna i rozumie. Od tamtej pory…

harel-instax Czytaj dalej