Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

18

Cze

Ania Kuczyńska. Amare. Wiosna lato ’18.

Wcale nie tak często pretekst inspiracji ma rację bytu. A to się dopisuje historię po stworzeniu kolekcji, grubo przepłacając tajemniczym autorom, a to wisielczym sznurem uwiązuje do „ponadczasowego paryskiego szyku” czy „wielkiego powrotu kobiecości” (albo, o zgrozo, jedno i drugie). Bywa, że ciężko złapać dystans do własnej pracy – wtedy ma się ochotę pozostawić ubrania bez komentarza, niech bronią się same. Ale wtedy nie dość, że tego nie zrobią, to ktoś może je narazić na ciężką krzywdę, puszczając wodze fantazji na łamach jakiegoś portalu o lepszym życiu i botoksie. Wybaczcie uszczypliwość, ale jestem ostatnio oszołomiona, a czasem nawet znokautowana przepaścią między ubraniami, a ich opisami. Zdarzają się jednak wyjątki, można by stwierdzić, że straszliwie uparte. Bo ile można o tych Włoszech? Ania Kuczyńska może, co sezon, choćby do końca świata i będzie to miało sens. Kraj ten jest jej bliski nadzwyczajnie, organicznie wręcz – to naturalne jak oddychanie czy… jedzenie makaronu.

Ilekroć byłam we Włoszech, tylekroć przywoziłam stamtąd mocne postanowienie sprawienia sobie spektakularnej czarnej sukni, w której będę chodzić od rana do wieczora, niczym najbardziej inspirujące, przypadkowe postaci, spotkane na rzymskich czy florenckich ulicach. Jako pierwszy przybył na ratunek Benetton, ale chwilę później była już Ania – i sezon po sezonie czarne sukienki, proste i efektowne zarazem, w czerni stopniowanej: od kobaltu, przez nocne niebo po wulkaniczny pył. Bawełniana dzianina (gdy jeszcze było jej niewiele), lekko prześwitujący bawełniany batyst, jedwab, japoński dżins i wełna oczywiście – całe spektrum faktur, grubości czy innych cech. Surowce z całego świata od lat przybywają do Polski, by otrzymać lekki i szykowny włoski charakter. Co z resztą kolorów? Obecne, jak najbardziej. Uzupełniają te czarne chmury, atrament i kamienie, dając prześwit błękitnego nieba albo akcent egzotycznego owocu.

„Amare” na wiosnę lato 2018 opowiada o morzu. A w tle wisi pranie, przywołując skojarzenie z wąskimi uliczkami miast i miasteczek, zdobionych girlandami z prześcieradeł, serwetek oraz nieco bardziej intymnych części garderoby. Kolekcję urozmaicają wspomniane wcześniej kolory, zatem jeden model często możemy znaleźć w czterech opcjach. Aż ma się ochotę na porcję Felliniego, wraz z wachlarzem kobiecych sylwetek, tak u niego ważnych i tak różnorodnych. Proponuję dziś wieczorem włączyć „Amarcord”, by w wyobraźni ubrać Gradiskę w czerwoną szmizjerkę, Volpinę w jej żółtą wersję, Mirandę – wiadomo – w czerń, a panią kioskarkę… no cóż, dla niej jest zarezerwowany błękit, choć długo go nie ponosi.

Fot. Stanisław Boniecki

11

Cze

Lovlin

Len. Nagle wskoczył na podium, niczym dawno zapomniany sportowiec. W sklepach roi się od lnianych koszul, spodni i – oczywiście – sukienek. Dawno nie widziałam go w takiej formie. Przemykał raczej niezauważony, jako nieśmiały dodatek do letnich kolekcji, bywało, że tylko męskich (stąd w mojej szafie lniane koszule z działów dla płci przeciwnej, zresztą idealne). Kiedyś obowiązkowy. Gdy weszła do Polski Zara i zaczął się jej pierwszy letni sezon (rok 2000 dla przypomnienia), len był na topie i to we wszystkich kolorach tęczy. Towarzyszył jej polski Tatuum oraz duński i nieodżałowany Jackpot Cottonfield. Gniotło się to wszystko niemożebnie, ale czy nie o ten właśnie urok chodzi? A jednak len bywa trudny. Bo prócz typowych fasonów, raczej nieszkodliwych, jak bluzki na guziki czy spodnie na troczki, zwodzi niebezpiecznie w stronę zgrzebnych fartuszków rodem z Lucy Maud Montgomery. Nie to, że to niedopuszczalne, ale w 2018 roku wolelibyśmy jednak len w wersji Simona Porte’a Jacquemusa. Zróbmy szybką aktualizację i spójrzmy, co da się z niego wyczarować. Oto moje myśli po obejrzeniu zdjęć, które dostałam od nowiutkiej i młodziutkiej polskiej marki Lovlin.

Czytaj dalej

9

Cze

B Sides. Podlasie.

Dawno tu nie było B SIDES HANDMADE. A to dlatego, że marka działa w swoim tempie, całorocznie i zdecydowanie bez pośpiechu. W końcu ręcznie wydziergany sweter można nosić praktycznie w każdym momencie, tym bardziej gdy powstał z peruwiańskiej wełny z alpaki czy merynosa albo mieszanki bawełny z kaszmirem. Fasony nie wychodzą z mody, a otulające formy uzależniają. I potem żadne akryle z sieciówek nie zrobią na nas wrażenia, nawet jeśli będzie je nosić idolka gimnazjalistek (zresztą o czym my mówimy?). Basia Chrabołowska po raz kolejny wyrusza na Podlasie, skąd pochodzi. Wraca w rodzinne strony, gdzie powstawały pierwsze modele swetrów, współtworzone z babcią Eugenią, gdzie wciąż mieszkają jej przyjaciele z dzieciństwa, a w wielu miejscach czas stanął w miejscu. W pozytywnym sensie. Rzemiosło wciąż żyje, kolorowe chaty wciąż prezentują się malowniczo na leśnym tle, zaskakując mnogością inspiracji, jakie może w nich znaleźć miastowy, ciągle gdzieś pędzący człowiek. Podlasie ukształtowało projektantkę, otworzyło ją na inność, zbudowało wrażliwość estetyczną. Basia, prywatnie iberofilka, wyrusza na drugi koniec świata, by odnaleźć równie zaangażowanych rzemieślników i odkryć, że nasze kultury, choć tak odległe, mają sporo cech wspólnych.

B_sides_7314_F

Czytaj dalej

7

Cze

Wszystkiego najlepszego!

W tym roku Cloudmine kończy dziesięć lat. Czy to możliwe?  Z maleńkiego sklepu z modą vintage i raczkującymi polskimi markami Cloudmine wyrósł na… wcale nie taki ogromny, ale za to najbardziej konsekwentny i zdecydowanie najpiękniejszy butik wirtualny i rzeczywisty (na warszawskiej Saskiej Kępie) w Polsce. Nie ma drugiego takiego, choć coraz częściej widzę próby kopiowania (a może inspirowania się tym prostym i genialnym jednocześnie pomysłem). Mariannę Grzywaczewską, jego założycielkę, podziwiają najwięksi, nie mogąc wyjść ze zdumienia, jakim cudem ona daje radę to wszystko wciąż prowadzić praktycznie w pojedynkę. Bez inwestorów, bez wielkich korporacji za plecami. Cloudmine to marka sama w sobie, wspierająca i promująca polskich projektantów, ale też tworząca z nimi specjalne kolekcje tematyczne. Dziesiąte urodziny nie mogły być inne. Powstała kolekcja urodzinowa, we współpracy m.in. z Anią Kuczyńską, Natalią Siebułą, Justyną Chrabelską czy Sylwią Rochalą. Każda marka przygotowała coś nowego, niedostępnego nigdzie indziej.

Marianna Grzywaczewska

 

Czytaj dalej

4

Cze

Wspierajmy się! Cz. 1

Zainteresowałam się modą na tyle dawno, by pamiętać czasy sprzed dyskusji o zbyt chudych modelkach i rokrocznej walki, by coś z tym zjawiskiem zrobić. Magazyny nie wieściły wówczas „wielkiego powrotu kobiecości”, nie namawiały też do samoakceptacji, by parę stron dalej wrzucić rozbudowaną reklamę kliniki medycyny estetycznej. Mam wrażenie, że nikt nie był ani za chudy, ani za gruby. Zmieniała się estetyka, zmieniała się uroda, ale nigdzie nie było przesady. Być może idealizuję te czasy teraz, bo z naszej perspektywy wszystko, co kiedyś, wydaje się nadzwyczajnie ułożone i spokojne. Ciężko powiedzieć, w którym momencie trafiło na ideał kobiecej sylwetki, niebezpiecznie zbliżony do kształtów wręcz chłopięcych. I co z tego? Taka sylwetka też jest piękna, nie dajmy sobie wmówić, że to przegięcie. Rzecz w tym, co sami z tym zrobimy, jak będziemy taki ideał odbierać wobec siebie. Bo czy jest to jedyna słuszna opcja? No właśnie. Pamiętam dobrze moment, w którym zaczęłam się niepokoić, że od ideału odstaję. W którymś z numerów nieodżałowanej „Filipinki” znalazłam tabelę z idealnymi wymiarami nastolatek. Nieźle, co? Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł, ale podejrzewam, że narobił dużo złego. Oczywiście się zmierzyłam i oczywiście wyszło, że mam po parę centymetrów za dużo w kostkach i nadgarstkach (!). I sporo za duży biust. A wystarczyło zamieścić pod spodem jedno zdanie. Jedno! „Poznaj swoje wymiary i dobierz dla siebie idealną garderobę”. Dlatego podwójnie spodobała mi się niegdysiejsza akcja marki Triumph pod tytułem „Znajdź swój ideał”. To nie Ty masz dążyć do ideału, tylko Twoje warstwy zewnętrzne. A znalezienie idealnego rozmiaru biustonosza to podstawa wszelkich modnych historii.

Triumph Amourette

Czytaj dalej

3

Cze

Harel x Stary Browar: Pożegnanie z Afryką

A może by tak sięgnąć po wyciskacz łez? Będziemy żegnać się z Afryką i wiosenno letnią współpracą Harel ze Starym Browarem – bo to już ostatni odcinek. Gdy wybierałam poniższe rzeczy, miałam na sobie wełniany płaszcz, tym przyjemniej było myśleć o nadchodzących miesiącach. Spojrzałam na lamparcie mokasyny DAY Birger et Mikkelsen w butiku Freya i wiedziałam, że będzie w co ubrać naszą współczesną Karen Blixen. Gdy wpiszecie sobie jej nazwisko w Google, odnajdziecie kobietę niezwykłej urody, bardzo często w turbanie i zwierzęcych wzorach (nie wspominam o papierosie przyklejonym wręcz do dłoni). A potem spójrzcie sobie na Meryl Streep w „Pożegnaniu z Afryką” i zauważcie, jak bardzo nowocześnie w pewnym momencie zaczyna się ubierać. Zrzuca szykowne suknie, żakiety i kapelusze, by przywdziać rzeczy nierzadko męskie, zawsze jednak potraktowane z kobiecą delikatnością. Styl Safari jest ponadczasowy, nie ma co do tego wątpliwości, we współczesności osadzali go zarówno Yves Saint Laurent, Karl Lagerfeld, jak i Isabel Marant (w sumie to właśnie te projekty wyniosły ją na szczyt swego czasu). Pełno go co roku w sklepach, bo sprawdza się bez względu na modę.

stb_kaseton_atrium_50_70_kwiecien_2018

Czytaj dalej