Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

26

Cze

Lazy Beaches

Piątkowe zakończenie roku wyjątkowo zauważyłam i przy jego okazji trochę powspominałam. Jaki to był rytuał! Od rana do wieczora (przez jakiś czas chodziłam na zakończenia do dwóch szkół: ogólnej i popołudniowej muzycznej), pożegnania, wymiany adresów, żeby wysłać sobie nawzajem pocztówki z wakacji, odbieranie świadectw (nierzadko wśród burzy oklasków – muzycy szczególnie lubili świętować takie okazje), a potem pakowanie i wyjazd. Nawet jeśli zdarzało się, że wyjazd nie następował (lub dział się tylko weekendowo), wakacyjny klimat wprowadzałam w życie obowiązkowo. Zmieniałam wystrój pokoju, wyciągałam z szafy typowo letnie ciuchy, zaczynałam się nawet inaczej czesać i malować (albo nie malować). Pogoda czy niepogoda, lato się zaczynało i miałam zamiar celebrować je do pierwszego dzwonka. Pochodzę z rodziny tzw. „kamperowców”, więc sporą część dzieciństwa spędziłam w domku na kółkach marki Volkswagen (tak, tym słynnym modelu Westfalia, który zbiera obecnie tysiące „lajków” na Instagramie!). Ciekawskich odsyłam do zeszłorocznego tekstu dla magazynu Lounge, w którym opisałam to i owo. Nagle, po wielu latach, oczom moim ukazuje się samochód kempingowy na poniższym zdjęciu. Jest klimat, wiadomo. Ale coś przyciąga wzrok bardziej niż retro kształty i wakacyjny anturaż. Oto… ręcznik! Wielki, kolorowy, idealny na lato. W dzień do leżenia, wieczorem do okrycia. Albo jako narzuta na skromne kempingowe łóżko. Ręcznik wcale nie jest zwyczajny i pierwszy z brzegu. Zrodził się z celebracji lenistwa, które wcale nie jest złe. Pochodzi z Polski, a w przyrodzie występuje pod nazwą Lazy Beaches.

Czytaj dalej

25

Cze

No more boring suits!

Zmagania z odzieżą biurową zostały mi oszczędzone przez los. Oczywiście z daleka podziwiam – zwłaszcza perfekcyjnie dobrane kostiumy w serialach o prawnikach – ale też we własnym otoczeniu, przemieszczając się po mieście, w okolicach korporacyjnych skupisk. Panowie naprawdę mają pod tym względem łatwiej. Nie umniejszam gigantycznej dziedzinie, jaką jest oficjalna moda męska, ale i pod względem fasonów, i kolorystyki wydaje się prostsza i bardziej logiczna. Kobiety – te to się muszą dopiero nagimnastykować! Od napiętych guzików koszuli na biuście, po niemożność postawienia solidnego kroku w ołówkowej spódnicy, te wszystkie zakryte czubki, obowiązkowe rajstopy i dekolty mierzone od linijki… I bądź tu sobą! Anna Bogel wypowiada wojnę nudzie i zakłada markę odzieżową, której głównym przesłaniem jest okrzyk bojowy: „No more boring suits!”. Marka zowie się True Color by Ann i w pozornie stonowanych barwach przeciwstawia się banalności, zbyt często uzasadnianej biznesowym dress codem.

Czytaj dalej

20

Cze

Dunst. Wiosna lato ’18.

Na stronie marki czytam: „multum in parvo”. Natychmiast przypomina mi się krótki film zapowiadający „Wyspę psów” Wesa Andersona. To typowe ujęcia aktorów złapanych pomiędzy kręceniem scen. O tyle niezwykłe, że wciąż umieszczonych w psich postaciach, którym użyczają głosu. Gdy przychodzi kolej Tildy Swilton, grającej Oracle, niezwykle mądrego mopsa, wypowiada ona właśnie tę sentencję (która nie od dziś określa tę uroczą rasę). Agatę Królik i Alicję Danowską, założycielki marki Dunst, prócz przyjaźni i wspólnych pomysłów łączą… mopsy. To oczywiście zbieg okoliczności, autorka bloga z totalnym świrem na punkcie czworonogów wszędzie doszuka się połączeń. Ale „multum in parvo”, czyli „wiele w małym” może, a nawet powinno odnosić się do mody. I skończmy z „mniej znaczy więcej”, które jakąś dekadę temu straciło całą swoją wartość i znaczenie, stając się pustym sloganem, koniec końców namolnie zachęcającym do kolejnych zakupów. Wiele w małym: oto wywodząca się z Mazur nieduża firma, której zależy na transparentności (tak bardzo, że nawet niektóre z ubrań uszyte są z transparentnego materiału), która naprawdę kocha zwierzęta (bo nie stosuje żadnych surowców zwierzęcego pochodzenia) i która tworzy tak bardzo lokalnie, jak tylko jest to możliwe.

Czytaj dalej

18

Cze

Ania Kuczyńska. Ammare. Wiosna lato ’18.

Wcale nie tak często pretekst inspiracji ma rację bytu. A to się dopisuje historię po stworzeniu kolekcji, grubo przepłacając tajemniczym autorom, a to wisielczym sznurem uwiązuje do „ponadczasowego paryskiego szyku” czy „wielkiego powrotu kobiecości” (albo, o zgrozo, jedno i drugie). Bywa, że ciężko złapać dystans do własnej pracy – wtedy ma się ochotę pozostawić ubrania bez komentarza, niech bronią się same. Ale wtedy nie dość, że tego nie zrobią, to ktoś może je narazić na ciężką krzywdę, puszczając wodze fantazji na łamach jakiegoś portalu o lepszym życiu i botoksie. Wybaczcie uszczypliwość, ale jestem ostatnio oszołomiona, a czasem nawet znokautowana przepaścią między ubraniami, a ich opisami. Zdarzają się jednak wyjątki, można by stwierdzić, że straszliwie uparte. Bo ile można o tych Włoszech? Ania Kuczyńska może, co sezon, choćby do końca świata i będzie to miało sens. Kraj ten jest jej bliski nadzwyczajnie, organicznie wręcz – to naturalne jak oddychanie czy… jedzenie makaronu.

Czytaj dalej

11

Cze

Lovlin

Len. Nagle wskoczył na podium, niczym dawno zapomniany sportowiec. W sklepach roi się od lnianych koszul, spodni i – oczywiście – sukienek. Dawno nie widziałam go w takiej formie. Przemykał raczej niezauważony, jako nieśmiały dodatek do letnich kolekcji, bywało, że tylko męskich (stąd w mojej szafie lniane koszule z działów dla płci przeciwnej, zresztą idealne). Kiedyś obowiązkowy. Gdy weszła do Polski Zara i zaczął się jej pierwszy letni sezon (rok 2000 dla przypomnienia), len był na topie i to we wszystkich kolorach tęczy. Towarzyszył jej polski Tatuum oraz duński i nieodżałowany Jackpot Cottonfield. Gniotło się to wszystko niemożebnie, ale czy nie o ten właśnie urok chodzi? A jednak len bywa trudny. Bo prócz typowych fasonów, raczej nieszkodliwych, jak bluzki na guziki czy spodnie na troczki, zwodzi niebezpiecznie w stronę zgrzebnych fartuszków rodem z Lucy Maud Montgomery. Nie to, że to niedopuszczalne, ale w 2018 roku wolelibyśmy jednak len w wersji Simona Porte’a Jacquemusa. Zróbmy szybką aktualizację i spójrzmy, co da się z niego wyczarować. Oto moje myśli po obejrzeniu zdjęć, które dostałam od nowiutkiej i młodziutkiej polskiej marki Lovlin.

Czytaj dalej

9

Cze

B Sides. Podlasie.

Dawno tu nie było B SIDES HANDMADE. A to dlatego, że marka działa w swoim tempie, całorocznie i zdecydowanie bez pośpiechu. W końcu ręcznie wydziergany sweter można nosić praktycznie w każdym momencie, tym bardziej gdy powstał z peruwiańskiej wełny z alpaki czy merynosa albo mieszanki bawełny z kaszmirem. Fasony nie wychodzą z mody, a otulające formy uzależniają. I potem żadne akryle z sieciówek nie zrobią na nas wrażenia, nawet jeśli będzie je nosić idolka gimnazjalistek (zresztą o czym my mówimy?). Basia Chrabołowska po raz kolejny wyrusza na Podlasie, skąd pochodzi. Wraca w rodzinne strony, gdzie powstawały pierwsze modele swetrów, współtworzone z babcią Eugenią, gdzie wciąż mieszkają jej przyjaciele z dzieciństwa, a w wielu miejscach czas stanął w miejscu. W pozytywnym sensie. Rzemiosło wciąż żyje, kolorowe chaty wciąż prezentują się malowniczo na leśnym tle, zaskakując mnogością inspiracji, jakie może w nich znaleźć miastowy, ciągle gdzieś pędzący człowiek. Podlasie ukształtowało projektantkę, otworzyło ją na inność, zbudowało wrażliwość estetyczną. Basia, prywatnie iberofilka, wyrusza na drugi koniec świata, by odnaleźć równie zaangażowanych rzemieślników i odkryć, że nasze kultury, choć tak odległe, mają sporo cech wspólnych.

B_sides_7314_F

Czytaj dalej