Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

29

Sie

David LaChapelle w Starym Browarze

Tak! To nie plotki! 5 września w Poznaniu otworzy się wystawa poświęcona pracom tego przedziwnego i swego czasu szokującego artysty. Rozbierał, przebierał, malował i ustawiał w najśmielszych pozach nawet najbardziej spokojnych modeli, tworząc kolejne elementy swojego kolorowego i zwariowanego świata. Lil Kim przemienił w kolejny obiekt Louis Vuitton, umieszczając na jej ciele słynny rzut logotypu. Marka Wahlberga wcielił w postać dostawcy pizzy (w białych kowbojkach). Jest odpowiedzialny za tęczowy wizerunek Mariah Carrey oraz scenografię tras koncertowych Eltona Johna. Reżyserował też teledyski (czy da się zapomnieć „Natural Blues” Moby’ego?). Gdybym chciała wymienić wszystkich bohaterów jego zdjęć, nie doczekalibyście się żadnych informacji o poznańskiej historii, tyle by było scrollowania. A zatem do sedna!

Czytaj dalej

27

Sie

Tova. Jesień 2018.

Dziś będzie cisza i spokój. Jakiś czas temu pisałam o tej marce, potem miałam wrażenie, że nie za bardzo wie, w którą stronę podążać, więc milcząco czekałam na rozwój sytuacji. No i jest. Jesień. Łagodna, konsekwentna, dojrzała. Jakaś! Przypomina mi trochę ukochane skandynawskie historie, ale ponieważ znam ją nie od dziś, wiem, że to historie bardzo polskie. TOVA, szanowni Państwo. Stworzyła ją jedna wspaniała osoba, a pomagają różne dobre dusze i efekt jest wspaniały. Od lat obecna w butikach na terenie całej Polski, dobrze znana w sieci, w samej stolicy oczywiście przesłonięta przez Zarę – tego się niestety nie uniknie. A niesłusznie, bo oferuje sporo rzeczy baaardzo na czasie, w nieporównywalnej jakości. Sama od paru lat posiadam pewną sukienkę kopertową, wspominam ją tu co pewien czas, bo nie do zdarcia jest i zapewne jeszcze przez długie lata to się utrzyma. Ale wracając do sezonu obecnego…

Czytaj dalej

18

Sie

I że Cię nie opuszczę… cz. 2

Ślub. Od zawsze miałam postanowione, że nie będę się stroić. Choć w wieku lat sześciu czy siedmiu  kręciły mnie lalki Barbie w rozłożystych na całe pudełko sukienkach, sama za bardzo nie chciałam dzielić ich los. Skoro one klinowały się w drzwiach domku dla lalek, co czekałoby mnie w skali jeden do jednego? Patrzyłam na zdjęcia ślubne księżnej Diany (temat w domu był duży, bo akurat w tym czasie moja babcia była w Londynie i przywiozła mnóstwo okolicznościowych gadżetów, łącznie z talerzem i metalowym pudełkiem cukierków z naszą słynną parą) i nie rozumiałam, dlaczego rozsądna kobieta dała się wcisnąć w coś takiego. No dobrze, gdy ona brała ślub, ja zapewne nie zdawałam sobie sprawy z istnienia słowa „rozsądek”. Ale, choć potem widziałam nie raz przepięknie ubrane panny młode, sama zdecydowałam, że nie pójdę w ich ślady. Znacznie krótsze wytłumaczenie: moja mama brała ślub w zielonej sukience z Telimeny bodajże, zero koronek, zero tiulu, welonu brak. Sukienka w odcieniu mięty z długimi marszczonymi w mankietach rękawami, przepasana plecionym w warkocz z trzech kolorów zieleni paskiem. Koniec. Gdy nadszedł czas, zdecydowałam się na niebieską kimonową sukienkę z lekkiej koszulowej bawełny, którą uszyłam u Ani Kuczyńskiej. Nie zliczę, ile razy odpowiadałam na pytanie, na czyj ślub się wybieram. Stali Czytelnicy znają tę historię na pamięć. Byłam szczęśliwa, bo pozostałam sobą. Inna sprawa, że nie miałam szczególnych nacisków ze strony rodziny, a stereotypowy „szczególny dzień” naprawdę można świętować bez zbytniej odzieżowej pompy. Ale… Po trzynastu latach od tego fantastycznego wydarzenia myślę sobie, że może jednak fajnie by było wziąć ślub w czymś bardziej ślubnym. Nie to, że żałuję. Zupełnie skądinąd myśl przychodzi. W roku 2005 naprawdę nie było wyboru i na hasło „ślub” stawały przed oczami skomplikowane konstrukcje, tak chętnie zjadane potem przez mole. Mamy rok 2018 (gdyby ktoś zapomniał), a w Polsce dwoi się i troi (i roi) od cudownych sukien i marek, które najwyraźniej postawiły sobie za cel przekonanie takich cyników jak ja. Zwłaszcza że emocje, jakie ślub i jego okoliczności wyzwalają, rzeczywiście potrafią wspomniany zdrowy rozsądek zagłuszyć, a człowiek wierzy, że wszystko ma tylko dwa kolory: czarny lub biały. Zatem suknia ślubna odstrasza i wywołuje alergię, jak w pamiętnym odcinku „Seksu w wielkim mieście” i nie do pomyślenia, by znaleźć kompromis między bezą a czymś totalnie cywilnym. Prawda? Na szczęście totalna nieprawda. Ufff, zaczynamy!

Czytaj dalej

10

Sie

Harel po berlińsku cz. 3

Wracamy do Berlina! Nareszcie kompiluję wszystkie uzbierane w ostatnim roku miejsca w kolejną część jednego z Waszych ulubionych blogowych cykli (tu część pierwsza i część druga). Ze smutkiem stwierdzam, że niektóre z nich zniknęły z rozrywkowej mapy. Najbardziej nieodżałowany jest Thai Park, słynny tajski niedzielny market na zielonej trawce – zamknięty podobno z powodów niedostatecznej higieny. Przecież ludzie piknikują od stuleci i żadnej zarazy to jeszcze nie wywołało. Ale nie będę podejmować dyskusji, stało się. Na szczęście zdołałam parę razy odwiedzić i poleżeć z pełnym brzuchem w równie pełnym słońcu. I w cudownym towarzystwie, oczywiście, bo to miasto przyciąga tylko fajnych ludzi. Inaczej bym tam nie jeździła, he he he. Gotowi? Start!

Czytaj dalej

3

Sie

Wspierajmy się! cz. 3

Pora na trzecią i ostatnią część cyklu, który przygotowuję we współpracy z marką Triumph. Było już o kształtach, było o dyscyplinie, czas na… prawdę. Czasem trzeba stanąć z nią oko w oko, porzucić swoją nieomylność i oddać się w ręce profesjonalistki. W kwestii mody nie mam poczucia misji. Nie zależy mi, żebyśmy nagle zaczęli się modnie ubierać, porzucili przyzwyczajenia czy dobierali strój odpowiednio do swojej sylwetki lub wieku. Zdecydowanie to nie te czasy, żeby wprowadzać dyktat takich rzeczy. I tak zazwyczaj okazuje się, że ci, co się z kogoś podśmiewają czy wytykają palcami, największy problem mają ze sobą. Ale  (duże ale) jednego nie odpuszczę. Kobiety drogie, musimy nosić dobrze dobraną bieliznę i kropka. A biustonosz zwłaszcza. Bez wymówek. Sama do niedawna miałam z tym ogromny (dosłownie) problem, który wiadomo jak się skończył. Ale dopóki zdrowie dopisuje, dbajmy o piersi i ich odzienie. Jeśli myśleliście, że tekst poświęcony plaży będzie dotyczył akceptacji siebie i różnorodności ciał, no cóż, chyba o tym wystarczająco już tu było. Zakładam, że ziarno zostało zasiane i nie dajecie się Panie złym myślom. Pewne rzeczy powinny być oczywiste. Ustalmy, że samoakceptacja to podstawy, może nie proste, ale możliwe do opanowania. Dziś będzie o dopasowaniu.

Czytaj dalej

2

Sie

Fenomen Butrym

Jak ona to robi? Wciąż wpada na pomysły, które przecież mógłby mieć bez problemu ktokolwiek inny. Sięga do przeszłości, jak wielu innych projektantów, ale to, co wybiera, by wyciągnąć na światło dzienne w połączeniu z intuicją spraw nowoczesnych, przynosi jej same sukcesy. Nominowana do tegorocznej nagrody LVHM, jednej z najbardziej prestiżowych i ważnych w branży mody, kolekcja za kolekcją udowadnia, że nigdy nie spocznie na laurach. Mogłaby – wzorem tych, których z szacunku dla ciszy nie wymienię – hurtowo produkować swoje bestsellery i bardzo dobrze sobie z tego żyć. Ale nie, ona wciąż ma głowę pełną pomysłów i wciąż serwuje wariacje na znane tematy. Satysfakcji jest z tego tyle samo, co z odkrywania nieskończonych opcji dwudziestego czwartego kaprysu Paganiniego, umieszczanego przez kolejnych kompozytorów w swoich dziełach. Albo – bardziej popularnie – w odkrywaniu oryginałów sampli u Beyonce czy Rihanny.  Oryginał bywa fenomenalny, ale czasem nudny. I docenia się go dopiero w nowej odsłonie.

Czytaj dalej